Miesięcznik Dzikie Życie

10/29 1996 Październik 1996

Earth First! Journal o technocentryzmie

Omen

Wypowiadają się różne polskie autorytety, z parawa i z lewa, na temat moralności w polityce, honoru, etyki itp. Wszystkie te radiowe, telewizyjne i prasowe dywagacje opierają się o fundamentalną hipokryzję: przemilczanie braku moralności, honoru, etyki w powszechnie u nas akceptowanym modelu cywilizacji.

„Gdyby każdego było stać na samochód, zabrakłoby tlenu do oddychania. Ale co to za cywilizacja, jeśli warunkiem jej funkcjonowania jest nierówność?” – pisze węgierski dramaturg Istvan Eorsi, powołując się na rozmowę z Timothy Garton Ashem, w „Gazecie Wyborczej” (Potyczki z Gombrowiczem, GW, 7–8.09.96).

Nasza cywilizacja z jej modelem demokracji kierowanej wolnorynkową grą jest zaprzeczeniem ideałów, które głosi. I tak musi być. Dobre państwo jest to, które zapewnia dobrobyt swoim obywatelom, chociaż dzieje się to kosztem milionów jakichś biedaków w „gorszej”, niedemokratycznej części świata. Szlachetne są te ideologie i religie, które odnoszą sukces pozostałe to sekty. Dobra jest ta technika i technologia, która ułatwia nam życie, podnosi poziom wygody i pozwala na poszerzenie obszaru, nad którym my sprawujemy władzę, chociaż odcina nas coraz skuteczniej od doświadczania „zewnętrznego” świata.

Pewnie moglibyśmy wszyscy jeździć samochodami, bez szczególnego zagrożenia dla przetrwania życia na ziemi, pod warunkiem, że ludzi na niej byłoby znacznie mniej. Nawet gdyby wszyscy (5,8 mld) mieszkańcy planety ziemia zaczęli jeździć na „ekologicznych” rowerach, to też prawdopodobnie spowodowałoby to ekologiczne katastrofy (ogromne zapotrzebowanie na surowce do produkcji rowerów, ścieżki rowerowe itd.). Oczywiście Ziemia pomieściłaby wielokrotnie więcej rowerzystów niż samochodziarzy, ale problem jest tej samej natury.

Żeby mówić o moralności w polityce, handlu i proponowanym modelu cywilizacji trzeba mówić o tym w kontekście całego życia na Ziemi. Oczywiście trudno oczekiwać od polityka, a właściwie od kogokolwiek, by natychmiast zmienił hierarchię obowiązujących społecznie wartości i sposób życia. Takie jednostki się zdarzają i nazywane są świętymi, ale zdarzają się niezmiernie rzadko. Można jednak i trzeba wymagać, by otwarcie o tym mówić. Proces zmian zaczyna się zwykle od klarownego nazwania sytuacji. Nazywający nie musi być od razu świętym (chociaż hipokryci natychmiast pytają: A ty, dlaczego nie mieszkasz na drzewie?), ale powinien być świadomy, że droga, którą zmierza nie jest zgodna z głoszonymi ideałami. Jak harmonijnie zawrócić z tej drogi, bez powodowania wielkiego cierpienia i wewnętrznych konfliktów? To bardzo trudne pytanie, ale bez artykułowania go nigdy nie znajdziemy odpowiedzi. A może podświadomie, wbrew głoszonym ideałom, akceptujemy społeczny darwinizm i zasadę, że aby 20% żyło dostatnio 80% musi żyć w biedzie? Problemem jest utrzymanie się lub wdarcie do tego klubu 20%? Bez perspektywy biocentrycznej lub duchowej nigdy nie zobaczymy jakie skutki może przynieść nieustanny rozwój owych 20%. Jeśli w Polsce obowiązuje swoista cenzura w mediach na mówienie o problemach nadpopulacji, nadkonsumpcji, nadprodukcji dóbr, dyktatu techniki i pogłębiającej się niesprawiedliwości na świecie to nic dziwnego, że mamy również najniższą świadomość ekologiczną i nic się w tej materii nie zmienia.

Magazyn Earth First! Journal z czerwca i lipca br. poświęcony jest w dużej części problemowi panującego na Zachodzie technocentryzmu. Żyjąc w zachodniej cywilizacji i podejmując działania dla ratowania dzikiego życia używamy urządzeń technicznych. Kupujemy do ośrodków komputery, drukarki, używamy samochodów, korzystamy z samolotów i czasami gubimy kontekst. Ross Freeman pisze w artykule redakcyjnym, że cały biznes przerabiający odkrycia naukowe na osiągnięcia technologiczne prowadzi w rezultacie do postępującej zagłady życia na ziemi. Społeczeństwo przemysłowe w coraz większym stopniu zależy od komputera i nowoczesnych programów. Możemy się oszukiwać, że komputeryzacja i dostęp do informacji naukowych obniżają ilość zużywanego papieru oraz czasu, ale zapominamy wówczas o podstawowej prawdzie: społeczeństwo technokratyczne coraz bardziej oddala się od doświadczenia wewnętrznej wartości życia. Komputer dostarcza nam informacji, ale oddziela nas od świadomości cudu samego życia. Żaden komputer nie przekaże piękna spienionej rzeki lub wycia wilka. Raczej wykaże koszty inwestycji w naszej, wolnorynkowej skali wartości. Komputerowi brakuje skali wynikającej z perspektywy pozaludzkiej. Jeśli używamy techniki, powinniśmy to robić dla promowania stylów życia w mniejszym stopniu zależnego od technologii. Wielkim niebezpieczeństwem jest wpadnięcie w pułapkę podziwu dla technologii. Zamiast tego należy raczej wskazywać drogę opuszczenia cywilizacji technologicznej na rzecz umiejętności szacunku i pochwały wszystkiego co dzikie, naturalne; jak uniezależnić się od maszyny i informacyjnego filtru, by przeżywać doświadczenie świętości całego dzikiego życia z pierwszej ręki. Filmy Spielberga i modna wirtualna „rzeczywistość” prowadzą do coraz to większej izolacji. Ktoś, kto nigdy nie był w naturalnym lesie nie będzie go naprawdę bronił. Iluzję jego może sobie stworzyć dzięki technice. Dla człowieka Zachodu dominującymi gatunkami są nowoczesne telewizory, magnetowidy, fordy, volkswageny i komputery klasy pentium.

W tym samym numerze EF!J Indianin George Wuerthner pisze o mitologii „dobrych” Indian. Tę mitologię stworzyły media, by utrwalić mit raju (cywilizacja technologiczna też potrzebuje mitów). Ten mit skutecznie odwraca uwagę od zasadniczego problemu niesprawiedliwości naszego świata. Indianie są takimi samymi ludźmi jak my. Tak samo potrafią niszczyć przyrodę i wielokrotnie, również w zamierzchłej przeszłości, to robili. Dzisiaj, właśnie tubylcy są potężną siłą niszczenia przyrody. Dzieje się tak dlatego, że czerpią z tego procederu korzyści. To miejscowi domagają się tępienia drapieżników, wycinają i wypalają lasy, polują na foki i wieloryby, choć oczywiście często pracują dla wielkich korporacji i przyczyny tych zachowań są na Wall Street i w gabinetach polityków. Jeśli tylko jakieś zyski z niszczenia przyrody trafiają do rąk miejscowej ludności, ludność ta chętnie w tym uczestniczy. Ochrona środowiska zawsze będzie na drugim miejscu, za osobistymi korzyściami. Wuerthner przypomina zarozumiałym ludziom Zachodu, że Indianie nigdy nie będą obrońcami przyrody jeśli nie będą mieli tych samych praw co bogatsi od nich, ponieważ na pierwszym miejscu będą stawiali sprawę własnego przeżycia. Jeśli nie nastąpią zasadnicze zmiany w światowej polityce i nie nastąpi jakaś forma wyrównania poziomu życia, proekologiczny Indianin będzie pustym mitem. Wszyscy ludzie są podobni. Jesteśmy genetycznie zaprogramowani do działań dla swojego dobra, a zachodni model cywilizacji, stawiany wszystkim za wzór, nie pozostawia miejsca dla wyrzeczeń. Indianie, którzy zbili fortunę na głoszeniu mądrości matki Ziemi kupili sobie odrzutowiec, by tę fortunę pomnażać.

Działacze ekologiczni lekceważący istotę problemu jaką jest dominujący system są jak dzieci, zainteresowane zabawą a nieświadome jej nierealności.

Bioregionalny architekt Bill McCormick jest autorem inspirującego eseju w tym samym EF!J zatytułowanego „Czy Disneyland może być ogrodem Edenu?” Architekci i projektanci ulepszają naturę. Czasami chcą rehabilitować zniszczone wcześniej obszary (według swoich wizji), ale najczęściej chcą tworzyć lub sprzedawać towar. Muszą przy tym odpowiednio dbać o marketing. Czym jest zniewalanie żywej przyrody? Dla McCormicka ma ono dwa aspekty: odkryty i ukryty. Ten jawny to zręby zupełne, autostrady, kopalnie. ukryty natomiast mieści się w ideologii i służy usprawiedliwieniu pierwszego. Używany jest przez planistów, architektów i biznesmenów realizujących swoje fantazje. Realizowanie utopii, budowanie disneylandów, które mają być rajem. Disneyland, a może raczej efekt disneylandu sprowadza się do uporządkowania świata. Wszystko tu ma swoje miejsce, jest kontrolowane, nawet rośliny powinny być strzyżone, zwierzęta mają swoje wydzielone obszary, turyści swoje parki do zwiedzania, ośrodki wypoczynkowe, campingi. Ruch jest odpowiednio skanalizowany, powinno być czysto i bezpiecznie. Ludzie, którzy nie pasują do takiej wirtualnej rzeczywistości, choć jest ich większość, są usuwani, żeby nie rzucali się w oczy i nie psuli raju. Cytowany William Cronin użytkowników takiego raju nazywa „plastikowymi, uniwersalnymi ludźmi”. N.K. Hayles pisze nawet o nadchodzącym czasie, gdy ludzie zmęczeni światem rzeczywistym będą mogli wkrótce osiągnąć poziom świadomości zbliżony do „świadomości” komputera. Wrócimy do ontologii bazy danych w naszym sztucznym świecie, który na nowo określi co to znaczy być człowiekiem. Jeśli wszystko uda się sprowadzić do konstrukcji społecznych nic nie stanie na przeszkodzie, żeby wybrukować całą ziemię i pokryć ją siecią sklepów ośrodkami komputerowymi, stacjami telewizyjnymi i ogrodami oraz terenami rekreacyjnymi. Projektujemy domy, które mają nam zapewnić izolację od rzeczywistości i zastępować ją disneylandem, dzięki coraz to bardziej wyszukanym materiałom i urządzeniom. Inna autorka, Donna Haraway twierdzi, że już staliśmy się chimerami, hybrydami teorii i technologii, słowem cyborgami. Żywą rzeczywistość zastępujemy doskonałymi replikami. Czym różni się sztuczny, plastikowy kwiat w lokalu od sztucznie uformowanego ogródka, dalekiego echa sawanny i imitujących naturalne materiałów wnętrza?

Mary Midgley przestrzega: Człowiek nie jest jednak przystosowany do życia w pudełkach wyłożonych lustrami, używania elektrycznego światła i oglądania wybranych obrazków „z zewnątrz” kiedy mu się zachce.

W rezultacie trzymania się tylko tej drogi spotka go ciemność i smród. Potrzebujemy przestrzeni otaczającego świata. Świata, który wcale nas nie potrzebuje, który ciągle się zmienia i może dostarczyć nam niezliczonych niespodzianek. Świata, którego nie programujemy. Tylko taki świat może być przedmiotem podziwu.

Omen