Miesięcznik Dzikie Życie

7-8/38-39 1997 Lipiec / sierpień 1997

Potworna tama, czyli jak bym uszczęśliwił Zakopane

Rafał Malczewski

Poniższy tekst wchodzi w skład przygotowywanego do druku wznowienia książki „Pępek świata” Rafała Malczewskiego, malarza i pisarza, syna Jacka.

Minęły zawody międzynarodowe – należy teraz poważnie zastanowić się nad sprawą regulacji Zakopanego. Nie piszę tego jakobym miał zamiar krytykować plan dyrektora Stryjeńskiego, przeciwnie, uznaję jego niepospolite zalety i do ostatnich jeszcze dni marzyłem o tej chwili, gdy jako zgrzybiały staruszek, łysy i zgarbiony, pójdę sobie słoneczną aleją – wzdłuż zboczy Gubałówki, lub siądę na ławeczce w Parku Sportowym u stóp Krokwi i z lubością patrzeć będę kaprawymi ślepiami na wnuków Andrzeja Krzeptowskiego wesoło kopiących football na zielonym boisku.

Przed kilku dniami tknęło mnie coś jakby objawienie, poczułem, że jeżeli nie wypowiem się natychmiast, będę zmuszony wkrótce udać się do psychiatry. Ponieważ skromność uważano też za pewien wysubtelniony rodzaj molizmu, zrzucam pychę z serca i wypowiem się otwarcie, bez względu na skutki, jakie to wywołać może. Nie to bowiem, że nie ma funduszów na regulację, że bez stworzenia kasyna gry, którego dochodami możnaby finansować pierwsze prace, nie ruszymy z miejsca przed powrotem komety Orkisza.

Jakże jednak pogodzić sprzeczne interesy obywateli naszego uzdrowiska i planów regulacji… Niejednemu projektowana droga przekreśla wartość całej parceli, temu obcinają to z przodu, czego tamten ma za dużo i na odwrót. Strasznie mało zadowolonych. Każdy narzeka i protestuje. Jak tu wszystkim dogodzić? Jeden sprzedaje centymetr kwadratowy ziemi po dolarze, drugi może się tylko pochować na własnej parceli – i to na koszt gminy. I jak temu zaradzić?

Znam jeden sposób prosty i genialny zarazem. Wygląda on mniej więcej tak: należy wybudować olbrzymią tamę między Gubałówką a Antałówką, zaczynając od stacji kolejowej, obok zakładu Czerwonego Krzyża, tak iżby to Sanatorium i Szpital gminy znalazły się poza obrębem tamy. Nie wątpię, iż pacjenci szybko wracaliby do zdrowia, patrząc ze strachem na grożącą ustawicznie przerwaniem niebotyczną groblę. Wybudowano coś podobnego na Niebieskim Nilu, czemużby nie spróbować na Białym Dunajcu? – W Sudanie zatrudniono dwadzieścia tysięcy robotników przez lat dwadzieścia. U nas można by odwrotnie: dwudziestu robotników przez dwadzieścia tysięcy lat. Ostatni rok pracowano dzień i noc. Noce ze względu na marne oświetlenie możemy sobie darować, ale nadrobimy wytężoną pracą w świetle słońca.

Wyobraź sobie, że nadszedł wreszcie ostatni rok pracy. Rośnie gigantyczny wał. Pociągi dowożą nieustannie góry cementu. Zachłanna czeluść połknęła wszystek tatrzański piarg. Niepotrzebne dla turystów szczyty rozsadzą się ekrazytem. Pada Żółta Turnia, Kosista i parę pomniejszych wyniosłości. Nie pomagają protesty ochroniarzy. Starzy bywalcy Zakopanego nie poznają: nareszcie wszyscy pracują. Każdy ima się kilofa, by czym rychlej ujrzeć zatopioną parcelę sąsiada, własną już przebolał. Paru malarzy rzuciło góry na zawsze. Malują tylko tamę z przodu i z tyłu, przy wschodzie i zachodzie słońca, z baranami lub bez, w niedzielę i dzień powszedni; z dalekiego świata przyjeżdżają ciekawi.

Wreszcie nastał uroczysty dzień. Szkoła Przemysłu Drzewnego przemieniona w arkę przyjmuje po parze przedstawicieli wszystkich gatunków zakopiańskich obywateli. Idą pary za parami. Chudzi i grubi, kupcy bławatni i kolonialni, urzędnicy gminni i klimatyczni, państwowi, malarze, sietniacy, profesorzy, właściciele i właścicielki pensjonatów. Tanecznym krokiem nadbiega samotny pan Bodzio. Znów idą lekarze, adwokaci, narciarze, para Zająców, jeden Myśliwiec, Kwapienie, piekarze, chyłkiem pomyka Hirszprung. Dumni kroczą gazdowie i ci z Równi Krupowej, i ci zza Wody, z Żywczańskiego i ze Starej Polany. Niejeden niesie dobytek w dolarach, cała inteligencja prowadzi przynajmniej po parze psów, wilka i dobermana. Fabrykanci i przemysłowcy idą weseli jak trznadle. Nie możemy się dziwić. Kamień spadł im z serca. Już nie ujrzą swych przedsiębiorstw. Paru malkontentów wywieziono rano samochodem do Nowego Targu. Dyrektor Stryjeński, nowożytny Noe, zapisuje nazwiska wchodzących, wydaje numery porządkowe i wszystkich dzieli na „kretynów” i „chłoptasi”.

Zapada z wolna wiekopomna noc. Wody górskich potoków wstrzymywane dotąd śluzami napełniają wartko dno przyszłego jeziora. Zadygotała arka i leniwo wznosi się na nabrzmiewającej fali. Deszcz nie próżnuje, sprowokowany przepowiednią długotrwałej posuchy. Świta dzień pierwszy. Od Skibówek aż po Stamary domy stoją w wodzie. Czysty nurt pokrywa brudy, budy i rowery, doły kloaczne i uliczne. Na sterczących z odmętów kominach gromadzą się pluskwy. I tak to trwa przez lat czterdzieści.

Ostatniego dnia zakopiańskiego potopu ukazuje się nad wodami tęcza, ślicznie w szkole wystrugana i pomalowana jaskrawo.

Radość zawitała na niejednym obliczu, które byś wolał ujrzeć dziesięć metrów pod wodą. Panowie Gołąb i Moczydłowski krążą w przestworzach na samolotach i rozrzucają barwne ulotki. Gładka szuba jeziora hen od Kościelisk aż po Koziniec pozwala śmiało żeglować arce przymierza. Wprawna ręka posła Kozłowskiego spoczywa na sterze. Przybijamy wreszcie do brzegu. Sprawiedliwości stało się zadość. Wszystkie parcele pod wodą. Hotele, bazary, wille tak prywatne jak publiczne stały się zajazdami dla pstrągów, łososi i lipieni ku uciesze zapalonych rybołówców. Jak po narciarskim bankiecie, nie rozróżnia się gdzie „Morskie Oko”, a gdzie Trzaska. Wszyscy zadowoleni, lecz każdy skrzywdzony. Próbują smaku wody. „Ależ to słone, jak jezioro w Persji” – woła sławny podróżnik pan G.

Wymoczyły się nasze cenniki – odpowiada ktoś niesmacznym dowcipem.

Największa parcela funta kłaków nie warta – rozkoszuje się głośno taką myślą pan Z. Przyszła ludzkość przyszłego Zakopanego rozbija namioty pod krzyżem na szczycie Gubałówki. Doktor Świerz objaśnia zebranym nazwy kominów sterczących dumnie z wody. O piątej dancing. U stóp polskiej Niagary pracują niezmordowane turbiny. Cała Rzeczpospolita oświetlona, wszystkie fabryki pędzone siłą elektryczną za bezcen. Bilans handlowy dodatni. A my w Zakopanem pozbyci niechęci i zawiści do bliźniego żyjemy bez Trzaski. Firma „Panta” zmienia nazwę na „Panta rei” („wszystko płynie”) i zajmuje się fabrykacją krów morskich. Używa do tego naszej czerwonej rasy.

Mija parę lat. Białe domy, hotele, pensjonaty wznoszą się amfiteatralnie na spadzistych brzegach jeziora. Tarasami spadają ogrody. Niczym Genua, na gorącej plaży świecimy wszyscy golizną. Motorówki prują szafir wód. Parowce odpływają co godzinę do Kuźnic. Hydroplany siadają na jeziorze jak kaczki. Wysiadają cudzoziemcy, Czesi i Anglicy, Krakowianie i Amerykanie.

A zimą – po gładkiej tafli lodu mkną dzikie mustangi, a za nimi uwiązani narciarze używają ski skjoringu. Sanki żaglowe i motorowe przekreślają wzdłuż i wszerz białą powierzchnię. Znów dzieci się rodzą. Młode pokolenie nie zna zatopionego miasta. Tylko czasem jakiś dziadowina zapłacze na kamiennym polu. Tu był słynny wytrysk „Wnuka” – szepcą drgające wargi – a tam bito krowy i wieprze. Boże, mój Boże! A tam to po pysku – mruczy na pocieszenie i uśmiecha się do wewnątrz.

I ja uśmiecham się z goryczą. A nuż nie usłuchają mojej rady? Nuż, wyśmieją i odeślą z kwitkiem do Pilca. Nie, to nie – powiadam sobie, niejeden zawód przeżywa się w tym i przyszłym życiu – jak uczy doświadczenie. Gdy moje perswazje, obliczenia, kosztorysy, plany, rysunki, które w każdej chwili przedstawić mogę, nie przekonują czynników miarodajnych. podam plan drugi, o wiele prostszy, tani, a obliczony na długie lata rozkwitu Zakopanego. W kilku słowach naszkicuję: Dekretem Prezydenta Państwa zwija się wszelkie więzienia na terenach Rzeczypospolitej i zakłada się jedno wielkie w byłej letniej stolicy.

Na pozór brzmi to nieswojo.

Jak to – zapytają – a goście? Ba! i tak niedługo powrócą pod eskortą. Proszę czytać codzienną prasę. Człowiek co rano z pewną obawą czyta „Kuriera”, czy nie dowie się o tym, co dzisiejszego dnia nakradł. A nareszcie nie powinno nam zależeć. Bez specjalnych dochodów wyjeżdża się prędzej na cmentarz niż na letnisko.

Pomyślmy tylko. Nie mam statystyki pod ręką, ale śmiało przypuszczać mogę, iż mielibyśmy do piętnastu tysięcy gości i to stale, a nie w ciągu całego roku. Większość pokoi nadaje się cudownie do systemu celkowego. Tylko okratować musimy okienka. Każdy z większych właścicieli pensjonatów miałby do wyboru kategorię zbrodni, która mu najbardziej odpowiada.

Najgorzej z politycznymi. Mało znani w tutejszych sferach, nie przyzwyczają się tak łacno do komfortu i zatęsknią za Łysą Górą.

Lecz za to inne kategorie, począwszy od fałszerzy banknotów do fałszerzy bilansów, egzotyczni przestępcy naszej finansowej dżungli, rekordowe orchidee występku, rozkwitłyby szybko w przyjaznym klimacie. I do pożywienia rychło by się przyzwyczaili. Rząd płaciłby miesięcznie pensjonatom od twarzy i jego obowiązkiem byłoby zapełnić luki świeżym towarem, luki spowodowane ucieczką, śmiercią, amnestią lub innym przypadkiem. Jestem ciekawy, czy by nam wtedy dała rady Krynica? Wrogie a tajne siły za granicą nie mogłyby nas oskarżać o nieludzkie obchodzenie się z więźniami, chociaż któż tam wie… mniejsza z tym. Powracam do najważniejszej, sprawy – regulacji. Dochód byłby stały, a regulacja zgoła zbyteczna. Bo i cóż takiemu, który ciągle siedzi, po nowej ulicy lub Parku Sportowym?

T.K.U. (Tymczasową Komisję Uzdrowiskową – jedna z władz Zakopanego, przyp. MP) możnaby zaraz zwinąć. Gminę niedługo potem. Dyrektor więzienia, paru pomocników, kilkaset stróżów wystarczyłoby znakomicie. Nie radzę długo się namyślać. Któreś drugie uzdrowisko nas ubiegnie i co potem?

Post scriptum

W razie przyjęcia pierwszego z moich projektów zakładam Towarzystwo wykupna terenów budowlanych na Gubałówce, Antałówce i reglach. Mam chyba prawo zastrzec sobie pierwszeństwo.

Rafał Malczewski

***

Niniejsze wydanie Pępka świata dochodzi do skutku dzięki życzliwej zgodzie i pomocy syna Rafała Malczewskiego, pana Krzysztofa Malczewskiego, który udostępnił nam rękopis dzieła. Stąd też pewne różnice w edycji w stosunku do wydania „Czytelnika” z 1960 r. Tym razem edycja jest kompletna. Poprawiono niektóre oczywiste błędy i przejęzyczenia, treść, styl i sposób ujęcia pozostawiając oczywiście bez zmiany.

W kolejnych tomach „Biblioteki Tatrzańskiej” wydawnictwa „Aries” zobaczymy m.in. dzieła Andrzeja Struga, Zofii Urbanowskiej, ks. Józefa Stolarczyka, St. Witkiewicza i innych.

Maciej Pinkwart