Miesięcznik Dzikie Życie

7-8/61-62 1999 Lipiec / sierpień 1999

Antropocentryzm oświecony

Dariusz Liszewski

Na spotkaniu 13 maja miałem okazję poznać miłościwie nam panującego ministra ochrony środowiska Jana Szyszko. Mini­ster jest leśnikiem i zapalonym myśliwym, co często podkreśla i nie jest to bez znaczenia. Oto garść wrażeń, które być może zainteresują czytelników DZ.


Najpierw był wykład ministra pod intrygującym tytułem „Stan środowiska naturalnego - mity i fakty”. Z wykładu wynikało (a raczej miało wynikać), że stan środowiska w naszym kraju, wbrew krakaczom, nie jest gorszy niż w krajach Unii Europej­skiej, a często lepszy. Co jest oczywiste. Świadczy o tym obecność gatunków takich jak: żubr, ryś, niedźwiedź, orzeł czy bóbr, którego nawet będziemy rozdawać, bo mamy za dużo, a innym pomoże poprawić tzw. małą retencję. Co do wilka, minister wprawdzie objął go ochroną, ale zastanawia się czy dobrze zrobił. Na Białorusi co roku odstrzeliwuje się ok. 1000 wilków i jest mu dobrze, a myśliwi dbają o niego jako zwierzynę łowną. Poza tym chronimy 30% terytorium (statystycznie), a wiele norm dotyczących zanieczyszczeń mamy ostrzejszych niż w Unii1. I co najistotniejsze wydajemy 1,7% PKB na ochronę środowiska, czyli jakieś 2 mld euro, jak wydamy jeszcze 30 mld euro (przez 10 lat) będzie już całkiem cacy - spełnimy wtedy wszystkie dyrektywy unijne w tej materii.

Śledziłem pilnie z jakimi innymi strasznymi mitami rozpra­wiać się będzie Pan Minister, a tu wykład się skończył, a ja nie zanotowałem żadnego. Dopiero gdy spytałem bezpośred­nio zostałem oświecony, że chodziło o mit następujący: le­śnictwo niszczy środowisko, podczas gdy wszystkim wydaje się, że rolnictwo i przemysł nie. A jest akurat odwrotnie. Na czym to polega? Otóż ok. 14 tys. lat temu całą Polskę pora­stały lasy bukowo-dębowe z właściwymi sobie gatunkami np. przemiłym koziorogiem dęboszem. Było fajnie, asymilacja w układzie pionowym działała aż furczało, wszystko rosło jak tra la la, gromadził się tzw. kapitał organiczny. Wody były czyste, pełne troci i pstrągów, bo las nic nie oddawał. Czasem tylko następował naturalny kataklizm np. pożar, wiatrołom czy powódź i zmieniał nieco układ lasu. Potem przyszedł czło­wiek, wyrąbał lasy, obsiał pola, zmeliorował, a w końcu zbu­dował infrastrukturę przemysłową i pierwotne gatunki znik­nęły. Przyznajcie sami, niezwykle odkrywcze, prawda. Ja też byłem pod wrażeniem.

W tym samym czasie przemyślni leśnicy zauważyli, że pozy­skiwanie drewna z pierwotnego lasu się nie opłaca, bo wiele drzew jest krzywych i dziuplastych i z hektara da się wycisnąć jedynie kilkanaście m3 dobrego drewna. Za to gdy wyrąbie się taki las i zasadzi się w tym miejscu sosny, można uzyskać w pierwszym pokoleniu (po 100 latach) aż 600 m3, wszystko dzięki nagromadzonemu w glebie kapitałowi organicznemu, który wytworzył las pierwotny. W drugim pokoleniu jest już dużo gorzej, da się wycisnąć ledwie 240 m3 drewna sosnowe­go z ha. Trzeci zbiór (w 2090 r.) szacuje się już tylko na nędz­ne 120 m3. Zaniepokojeni tym leśnicy zauważyli (po 200 latach nota bene), że taka leśna monokultura powoduje roz­trwonienie kapitału2, wypłukanie gleby i jej mineralizację. Aby temu zapobiec przestali rąbać do gołego i sadzić mon­okulturę, a zaczęli naśladować procesy naturalne, udawali wiatrołomy i pożary (rąbanie po trochu) i czekanie aż samo odrośnie (tzw. nasadzenia naturalne). Okazało się, że wydaj­ność m3 drewna z ha podniosła się znacznie, struktura gleby poprawiła, nawet można było zacząć wprowadzać z powrotem gatunki liściaste. Jednym słowem happy end w amerykańskim stylu: las (owca) cała i człowiek (wilk) syty. Brakowało mi tylko jednego: uczciwego przyznania, że to w końcu przyroda miała rację, a nie ludzie.

Kolejny ważny temat tzw. defoliacja: jeszcze do niedawna niepokoiło leśników 100 tys. ha lasów masowo tracących liście, teraz dopiero 500 tys. ha uważa się za stan alarmujący.

Nie wiem tylko co ta zmiana świadomości miała poprawić - stan lasów czy samopoczucie leśników.

Teraz kolej na tezy metafizyczne, czyli wyznanie wiary mini­stra:

  1. „Żadna z form działalności człowieka nie musi pogarszać stanu środowiska naturalnego” - zdanie to, które ozna­cza mniej więcej - można zjeść ciastko i mieć je nadal, pozostawię bez komentarza.
  2. „Przyroda posiada wartość wymierną” - o ile dobrze zrozumiałem, powinna być równa tzw. kosztom odtwo­rzenia np. bagna czy jakiegoś gatunku. Uratuje to przyro­dę, bowiem np. budujący autostrady będą więcej płacili za zniszczenie bagna, które teraz jest traktowane jak nie­użytek i tyleż kosztuje, niż jakiejś rudery. Jest to sensow­ne rozwiązanie, gdyby udało się je wprowadzić w życie. Niestety nie wierzę w to, bo każdy, najmniejszy nawet ekosystem byłby, licząc po kosztach odtworzenia, bez­cenny. Nawet „Mony Lizy”3, która jest tylko kawałkiem płótna pokrytym warstwami farby, nikt, za żadne pienią­dze, nie potrafi odtworzyć, bo tajemnicę malowania słyn­nego sfumato4 Leonardo zabrał ze sobą do grobu, a co dopiero coś, co kształtowało się tysiące lat, w sposób sła­bo przez nas poznany, jeżeli w ogóle.
  3. „Ochrona środowiska musi dawać dochód” - minister dla niedowiarków (takich jak ja, bo nieśmiało zauważy­łem, że ochrona przyrody to zawsze koszty i wyrzecze­nia) podał przykłady jak to rozumieć: np. parki w Afryce organizują safari, a turyści dużo płacą, budowa oczysz­czalni ścieków daje miejsca pracy, a czyste środowisko to mniejsze wydatki na służbę zdrowia. Z wyjątkiem tego pierwszego, zgoda. Tak, ochrona środowiska daje nie­wymierny dochód w postaci lepszej kondycji zdrowotnej ludzi. Nie wiem tylko czy tak samo słowo „dochód” będą rozumieć tajemniczy sponsorzy, którzy zdaniem ministra powinni finansować większość przedsięwzięć chronią­cych środowisko, mając właśnie tenże dochód na oku. Śmiem wątpić w istnienie sponsorów; których satysfak­cjonować będą rumiane buzie zdrowych dzieci i czerstwe lica roześmianych staruszków zamiast przyrostu gotówki na koncie. Zwłaszcza jeżeli sponsorem będzie koncern władający m.in. zakładami farmaceutycznymi.
  4. „Konsumpcja musi wzrasta攄bo tak powiedzieli mi Amerykanie i taka jest natura człowieka, że chce mieć więcej i żyć wygodniej”. W momencie gdy to usłyszałem opadło mi co nieco ale nie dałem po sobie poznać. Taka jest być może natura Amerykanina, ale uogólnianie tego na wszystkich jest cokolwiek na wyrost, świadczy o tym chociażby kilka wojen, które „musieli” prowadzić (ostat­nio w Jugosławii) Amerykanie aby przekonać do swojej wersji natury ludzkiej opornych - ludzi, a może jeszcze nie ludzi, skoro nie wiedzą jaka jest ich natura i dopiero colty, winchestery, „woda ognista”, rezerwaty, napalm, bomby, rakiety kierowane - argumenty były historycz­nie zmienne - muszą ich co do niej upewnić.

Teraz słów kilka o ministerialnej „strategii i metodach” ochrony środowiska: na pierwszym miejscu edukacja - za co i jak, jeszcze nie wiadomo - potem prawo, zwłaszcza prawo własności, monitoring i powszechność informacji. Moje szczególne zainteresowanie wzbudziło określenie monitoring pozarządowy. Mrzonki, że może będą to robiły NGO-sy roz­wiały się natychmiast, będzie się tym zajmował sejm. Już widzę tę „pozarządowość”, sejmowa większość formuje rząd, a potem ta sama większość „bezstronnie” kontroluje stan środowiska, za który odpowiada obrany przez nią rząd, kółko się zamyka. Za to pan minister bardzo lubi i szanuje NGO-sy i to wszystko co może o nich powiedzieć. Opowiada się za powiększeniem Białowieskiego Parku Narodowego, pod warunkiem, że okoliczni mieszkańcy na tym zarobią. Na olimpiadę w Zakopanem też by się zgodził, o ile nie zostanie naruszone prawo. Jest też gotów przekonać każdego, nawet panienki płaczące nad zabitą sarenką, że myślistwo to najlep­sza forma ochrony przyrody, podobnież wszyscy, jak do tej pory, dali się przekonać.

Na koniec dowiedziałem się, że w ministerstwie pracują sami altruiści, bo wszędzie mogliby zarobić więcej, a tu pracują niczym stachanowcy do 2300 za marne grosze (średnio 1400, a szefowie departamentów 3000 zł).

Podsumowując, spotkanie dało mi wiele do myślenia. Mini­ster, mimo wszystko, wygląda na sensownego gościa, któremu chyba naprawdę na przyrodzie zależy5. Niestety zgodnie z przysłowiem „jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one”, uwikłany jest w sieć różnych układów, pod wspól­nym hasłem „ekonomia rządzi”. Ale i tak nieźle w tym gąsz­czu lawiruje, czy skutecznie dla przyrody, pokażą najbliższe miesiące.

Dariusz Liszewski

* Wszelkie skojarzenia z absolutyzmem oświeconym są jak najbardziej na miejscu.
1 W trakcie odpowiadania na pytania minister przyznał, że w ramach przystosowywania się do Unii swoje normy łagodzimy, co nam ogólnie na dobre wyjdzie.
2 Och, jak ja lubię tę ekonomiczną metaforykę.
3 Dałem przykład „Mony Lizy”, którą wszyscy znają, chociaż tam akurat sfumato jest niewiele, ale przykład innego mniej znanego obrazu Lonarda „Św. Anny Samotrzeciej” powinien zadowolić nawet drobiazgowych historyków sztuki.
4 Technika subtelnego światłocienia osiągana nakładaniem wielu warstw farby w specjalny sposób.
5 Wykupił za własne pieniądze ponad 180 ha bagienek i założył tam coś w rodzaju prywatnego rezerwatu przyrody. Tamtejsze żurawie mają się dobrze.