DZIKIE ŻYCIE Wywiad

Na ścieżkach tradycji. Rozmowa z Erdmute Sobaszek

Dariusz Matusiak

Jakie były początki Twojej wędrówki z Te­atrem Wiejskim „Węgajty”?

Erdmute Sobaszek: Przeniosłam się do Polski z Niemiec w roku 1977 i wtedy właśnie uczestniczyłam wraz z przy­jaciółmi w założeniu alternatywnego ośrodka kul­turalnego w Olsztynie, „Pracowni”. Odbywały się tam najróżniejsze rzeczy związane z kierunkami awangardowej sztuki XX wieku. Od początku były tam również działania parateatralne, jednak w pewnym momencie zdecydowaliśmy się na rozpoczę­cie pracy aktorskiej. Tak zaczęła się moja – dość dla mnie niespodziewana – przygoda z teatrem. Potem nastąpiły kolejne etapy wchodzenia w ma­terię aktorską. Było to już w Węgajtach, kiedy za­mknięto „Pracownię” w Olsztynie po wprowadzeniu stanu wojennego. Wtedy znaleźliśmy stodołę w Wę­gajtach, w której najpierw przygotowaliśmy klepi­sko do działań teatralnych, a później kupiliśmy deski i zaadoptowaliśmy oborę na salę teatralną. Sam te­atr został założony w 1986 r. Pierwszą rzeczą, któ­rą zrobiliśmy razem z Małgosią i Wolfem Niklausami była wyprawa teatralna do wsi kur­piowskiej. Wtedy pierwszy raz uczestniczyłam w czymś takim jak wyprawa teatralna, wcześniej moje zainteresowania związane były z zagłębianiem się w warsztat teatralny i ćwiczenia fizyczne. Ta wyprawa i wszystkie pozostałe były też inspiracją i bodźcem do naszych spektakli.­

Fot. Archiwum Teatru Węgajty
Fot. Archiwum Teatru Węgajty

Mówi się, że teatr robi się po to, by utrzymać świat w stanie równowagi. Po co Ty robisz teatr?

Ja zawsze tak rozumiałam muzykę, że utrzymuje świat w stanie równowagi. Jest piękny heksagram w Księdze Przemian I Cing, który mówi, że za po­mocą muzyki dawni królowie zapraszali swych przodków i w ten sposób przyczyniali się do utrzy­mania świata w stanie równowagi. Wydaje mi się, że teatr obrzędowy mógł pełnić bardzo podobną funkcję, z tym, że u źródeł teatru i muzyki jest tak­że ich łączność, której nie dawało się rozdzielić.

Jakie było znaczenie rytuału w teatrze, któ­rym się zainteresowałaś?

Używanie terminu rytuał jest bardzo niebez­pieczne, gdyż obecnie wiele słów jest zużytych. Np. w muzyce młodzieżowej mówi się o transie, a ja myślę, że niewiele ma ona wspólnego z tran­em. Kiedyś myślałam, że rytuał to jest takie cza­rowanie, że środkami magicznymi wpływa się na rzeczywistość. Miałam takie naiwne marzenia, że skoro przodkowie potrafili to zrobić, to w jakiś spo­sób można zagrać taką muzykę lub taki spektakl teatralny, który wpłynie na rzeczywistość. Teraz myślę, że to nie jest tak. Nasze doświadczenia, wyprawy i próby tworzenia teatru obrzędowego przywołują pamięć całości kulturowej, jaka była kiedyś. Całość tę da się opisać, ogarnąć w pew­nym stopniu poznawczo poprzez etnologię i an­tropologię kulturową. Ale dopiero w trakcie działania, gdy się w nim uczestniczy okazuje się, że jest tam jeszcze jakaś zagadka – i kryje się ona w tym, co dzieje się między ludźmi. Podejrzewam, że jeśli obrzęd ma w sobie siłę dokonania prze­miany, to jest to przede wszystkim siła przemiany ludzi. Bardzo trudno o tym mówić, bo zamiast po­znawania poprzez wiedzę mamy tu do czynienia z poznawaniem poprzez doświadczenie. Jest to ro­dzaj „wiedzy” przekazywanej na drodze inicjacji.

Fot. Archiwum Teatru Węgajty
Fot. Archiwum Teatru Węgajty

Carl G. Jung określił życie na wsi jako zgodne z pierwotnym zamysłem, przed którym się wzdra­gamy. Jakie jest Twoje doświadczenie życia na wsi?

Mieszkając w Węgajtach przez kilkanaście lat uprawiałam ogród i dla mnie jest to bardzo ważne, gdyż wiele doświadczeń związanych z ogrodnic­twem mogę przenosić na pracę w teatrze w prosty sposób. Bo proces pracy w ogrodzie jest taki, że najpierw porusza się ziemię a później się sadzi i to rośnie już samo, bez mojego udziału. Za każdym razem kiedy w pracy teatralnej chciałam dojść do efektów wprost, powodować na prostej drodze to, co mi się wydawało najbardziej istotne – nie było to możliwe. Zawsze potrzebny był jakiś proces dojrzewania i dopiero potem przyszły efekty. I wyda­wało się wtedy, że przychodziły same przez się. Oczywiście wcześniej musiała być praca nad stwo­rzeniem dobrych warunków. Dobrze to zobrazował Szekspir ukazując w swoich sztukach postać ogrod­nika jako człowieka, który zachowuje właściwy sto­sunek do życia.

A Twoje doświadczenie życia na wsi? Jak się tu odnajdujesz mieszkając w Węgajtach?

Ja nie jestem człowiekiem miasta, nigdy nie mieszkałam w środku miasta i nie było tego prze­skoku na warunki wiejskie. Wychowałam się w ta­kiej podmiejskiej miejscowości pod Berlinem, gdzie było sporo gospodarstw rolnych i dzieciństwo spę­dziłam dość blisko ziemi.

Czym dla Ciebie jest dzika przyroda?

To jest jedna z najważniejszych rzeczy w moim życiu, w pracy i w stosunku do rzeczywistości. Mam rodzaj zaufania, że jest to taka rzeczywistość, do której można się odwołać i wracać. Kiedy wcho­dzę do lasu, aby przygotować się do spektaklu ­część fizycznych przygotowań do spektaklu wyko­nuję w lesie – to wiem, że nie powinnam zakłócać tego miejsca swoją obecnością, bo ono jest czymś pełnym i żyjącym swoim rytmem. Mogę z niego brać a właściwie – mogę je naśladować! Cieszę się, że zadałeś mi to pytanie, choć trudno znaleźć właściwe słowa. Ale to co najważniejsze, to rodzaj za­ufania, że mogę na tym polegać.

Jest takie porównanie kultury ludowej do dzikiej, nieujarzmionej rzeki. Gdzie należy szukać jej jądra dzikości? Docierając do źródeł kultury ludowej?

Wciąż mam wrażenie, że kulturę ludową za mało poznałam. Ale wiem i mogę powiedzieć dlaczego pojechałabym na wyprawę na wieś a nie do miasta, chociaż i do miasta ostatnio jeździmy ze spektakla­mi. Na wsi ciągle nie ma zachowań anonimowych, które ludzie z miasta traktują jako coś normalnego. Pamiętam taki szok poznawczy, kiedy w jednej z wypraw na Huculszczyznę zauważyłam, że tam­tejsi ludzie rozmawiają patrząc prosto w oczy zu­pełnie obcym ludziom. To mi uświadomiło, jak ważny jest przepływ między ludźmi, przepływ uczuciowy. Podobne przeżycie miałam na Białorusi, kie­dy robiliśmy kolędowanie w olbrzymiej wiosce. Nie by­liśmy w stanie wejść do każdego domu. Poza tym da­wało się tam wyczuć różne trudne sytuacje, napięcia między ludźmi i nie zawsze istniała możliwość dogada­nia się. Wtedy taki kontakt przez oczy i otwarcie tego przepływu uczuciowego, to był podstawowy język, który funkcjonował dużo lepiej niż cokolwiek innego.

Fot. Archiwum Teatru Węgajty
Fot. Archiwum Teatru Węgajty

W Węgajtach i w okolicznych wsiach mieszka specyficzna grupa ludzi. Są to muzycy, artyści i eko­lodzy. Czy tworzycie społeczność alternatywną?

Przeprowadzając się tutaj mieliśmy nadzieję, że mając sąsiadów, którzy rozumieją nasz odmienny styl życia, będzie nam łatwiej żyć. Ale z drugiej strony stworzył się rodzaj oczekiwania, z którego nie powstało nic twórcze­go. I mimo tego, że należeliśmy trochę do tej wspólnoty, społeczności, to żyliśmy na uboczu, zajmując się swoim teatrem. Po drugie, te więzy bliskości nie były silne i to że słuchamy wspólnie muzyki rockowej czy kładziemy się spać o drugiej w nocy o niczym jeszcze nie decyduje. To bardzo klarownie wyszło, kiedy nasze dzieci weszły w wiek szkolny. Zbiegło się to z czasem, kiedy można było założyć szkołę społeczną. Powstała w nas pokusa, aby założyć taką szkołę, jednak na samym starcie okaza­ło się, że to co nas łączy nie jest na tyle silne, żeby rzeczywistość przetworzyć na nasz sposób.

A wobec czego chcieliście być alternatywą?

Słowo alternatywa ma dla nas długą historię. Były takie czasy, kiedy mówiłam, że mamy alternatywny ośrodek kultury, wtedy dominowała jedna państwowo­-mieszczańska kultura. Alternatywą było tworzenie cze­goś, co odbiega od tego schematu, co proponuje nowy styl życia. Takie dążenie kojarzy mi się z dawniejszy­mi czasami, kiedy miałam marzenia o alternatywnych społecznościach, że powstaje nowy świat. To myśle­nie załamało się w momencie, kiedy była katastrofa w Czarnobylu, stałam wtedy nad moim pięknym ogródkiem skażonym radioaktywnie i pomyślałam, że jesteśmy skazani na tę rzeczywistość. Myślenie w kategoriach wyspy jest niebezpieczne, bo kiedy na­sza wyspa okazuje się utopią to tracimy wszystko.

Wasza Kapela Terenowa gra świetną muzykę lu­dową, jednak choć istnieje już kilkanaście lat nie wyda­ła żadnej płyty. Z drugiej strony istnieje dużo zespołów, które ad hoc nagrywają i sprzedają płyty z muzyką fol­kową. Czym podyktowane są Wasze wybory?

Przez bardzo długi czas mieliśmy obiekcje dogma­tyczne. Uważaliśmy, że nasza muzyka istnieje tylko w żywym kontakcie z publicznością i tam się speł­nia. Również charakter naszej muzyki trudno sobie wyobrazić poza kontekstem żywego kontaktu, bo jest ona bardzo prosta. Nie ma w niej elementów formalnego rozbudowania, co jest ważne, gdy się słu­cha muzyki nie uczestnicząc w niej fizycznie. Mamy natomiast duże doświadczenie z brzmieniem muzy­ki w przestrzeni akustycznej, ponieważ nigdy nie używaliśmy nagłośnienia. Obecnie nie mamy obiek­cji, aby podsumować ten okres wydaniem płyty.

W czym Twoim zdaniem tkwi siła Teatru Węgajty?

Jest jakaś przekorność w naszym działaniu. Na­sze spektakle są bardziej dla widowni, niż dla recenzentów, ponieważ nas interesuje spotkanie z ludźmi i to jest dla nas istotne.

Dziękuję za rozmowę.

Węgajty, 16 marca 2001r.

Erdmute Sobaszek, rocznik 1957, narodowość: niemiecka (wschodnie Niemcy, obszar obecnej Brandenburgii). Żyje w Polsce od 1977 r., absolwentka pedagogiki „k.o.”, mężatka, matka dwóch synów. Tłumaczka, aktorka, instrumentalistka, organizatorka.

Projekt Terenowy Teatru „Węgajty”, rok założenia: 1996. Zespół: Trev Hill, Maria Łubiancewa, Erdmute Sobaszek, Wacław Sobaszek. Kierownik artystyczny: Wacław Sobaszek.

Warsztaty i wyprawy: Główny wątek pracy zespołu to prowadzenie warsztatów, będących przygotowaniem do aktywnego udziału w wyprawach terenowych. Uczestnicy wypraw uzyskują możliwość spotkania z bardzo już dziś odległym światem kultury tradycyjnej. Jest to szczególnego rodzaju edukacja teatralna: doświadczenie najbardziej podstawowych sytuacji teatralnych, spotkania możliwego tylko poprzez język gestu, tańca, pieśni.

Muzyka: Zespół realizuje Projekt tworzy również kapelę. Repertuar muzyczny Kapeli Terenowej zbudowany jest na podstawie szerokiej konfiguracji motywów polskich, ukraińskich, żydowskich, bałkańskich, litewskich i niemieckich. Motywy tradycyjne spełniały w swoim pierwotnym kontekście rolę dużo bogatszą niż muzyka w kulturze współczesnej. Zapisał się w nich całościowy obraz świata, oparty na cyklu przyrody i cyklu życia. Decydujące dla ostatnich poszukiwań zespołu jest odkrycie ciągłości. Na mapie tradycyjnych kultur Europy Środkowej właściwie nie ma granic. Wyprawy i własne zainteresowania artystyczne kierują się przede wszystkim w obszary pogranicza, obszary trudnych i nabrzmiałych stosunków między sąsiadami.

Teatr Wiejski Węgajty, rok założenia 1986: Elementy wiejskich obyczajów i pieśni stały się inspiracją przy tworzeniu spektakli. Zespół przygotował: Historie Vincenza o prawdziwym Żydzie, Antychryście i Preoswiaszczennym Metropolicie (1988) wg Stanisława Vincenza, Gospodę ku Wiecznemu Pokojowi (1992) wg historii Magdaleny z Doliny Issy Czesława Miłosza, Opowieści kanterberyjskie (1996) wg Geoffreya Chaucera, wszystkie spektakle w reżyserii Wacława Sobaszka. Prezentacje na festiwalach teatralnych („Na granicy” w Cieszynie, główna nagroda w 1993 r., LST 94) i ekologicznych, występy w Niemczech, Czechach, Rosji, na Węgrzech, w Szwajcarii. Sala teatralna mieści się w wyremontowanej, przydomowej stodole w Węgajtach (gmina Jonkowo). Co najmniej 2 razy w roku odbywają się tam sesje i seminaria (199093 Bliższe ojczyzny, 1994 Ścieżki tradycji, 1995-96 W stronę żywej tradycji), podczas których prezentuje się spektakle gospodarzy, przedstawienia lub koncerty zaproszonych gości i organizuje warsztaty, wykłady, pokazy filmów oraz wieczorne zabawy (także z mieszkańcami pobliskiej wsi). Obecnie, oprócz wspólnych przedsięwzięć Teatr Wiejski „Węgajty” prowadzi działalność w dwóch różnych nurtach" „Projekt Terenowy” (kier. Wacław Sobaszek) oraz „Schola Teatru Wiejskiego Węgajty” (kier. Wolfgang Niklaus)

(Słownik teatrów niezależnych, hasło w opracowaniu Madzy Gołaczyńskiej.