Miesięcznik Dzikie Życie

11/137 2005 Listopad 2005

Niedźwiedzia przysługa

Tomasz Borucki

Dzika przyroda Tatr w obliczu zagrożeń (cz. 5)

W Polsce tylko w Tatrach nieprzerwanie od wieków utrzymuje się rodzima populacja największego europejskiego drapieżnika. Prawdziwym gazdą tych gór jest niedźwiedź brunatny – zwierzę obdarzone wyjątkowym sprytem i wielką siłą, a przez to łatwo ulegające synantropizacji i tym samym potencjalnie groźne dla człowieka. Skuteczna ochrona tego gatunku stanowi jeden z najpoważniejszych problemów Tatrzańskiego Parku Narodowego. Na jego obszarze szereg zachowań i działań ludzi w stosunku do niedźwiedzi, to nic innego, jak wyświadczanie im przysłowiowej niedźwiedziej przysługi.

Niedźwiedź na Podhalu należał ongiś do zwierząt demonicznych, których nie należało nazywać po imieniu. „On” – tak z szacunkiem i bojaźnią mawiali o nim górale, żeby przypadkiem nie przywołać licha... „Dy to teli jak sałas” – prawił Witkiewiczowi stary skrytostrzelec Jan Krzeptowski Sabała. „Wielgi beł co cud Pana Boga, juhasom owce targoł w biołe rano i telo ta stoł o nik, co z przeboceniem o własne gówno” – opowiadał Andrzej Tylka z Kościelisk. W rzeczy samej – wedle ks. Gabriela Rzączyńskiego, autora „Historia naturalis Regni Poloniae...” z roku 1721 – „zwierz to srogi i tak gniewny, że krocząc na wroga, łamie po drodze drzewa i wywraca kamienie; jest tak silny, że może dźwignąć ciężar konia lub wołu”. W 1844 r. stoczył nawet zwycięską walkę z żubrem w Puszczy Białowieskiej. Sabała opowiadał zaś o śmiertelnych zapasach tatrzańskiego niedźwiedzia z wołem, który rogami „przypucył go do wanty, co mu jaze flaki na wierk wysły” i tak trzymał, myśląc, że przeciwnik jeszcze żyje.

Dawniej górale wyróżniali kilka odmian niedźwiedzi w Tatrach: dużego, brunatno-siwego, który był uznawany, za najbardziej agresywnego i krwiożerczego; średniego „pławnika” o szarej maści; oraz małego, o prawie czarnym futrze i łagodniejszym usposobieniu, z upodobaniem żerującego w mrowiskach i stąd zwanego „mrowecniakiem”. Niedźwiedź brunatny może sięgać 2,5 m długości ciała i 450 kg wagi. Niegdyś w Tatrach zdarzały się wyjątkowe okazy. Jak zapisał w 1827 r. c.k. leśniczy Franz Klein, „Na brzegu Stawu Czarnego znaleźli juhasi roku 1784 ogromnego niedźwiedzia przechodzącego już w zgniliznę (który z łap białych i włosów białych na głowie był podobny do niedźwiedzia białego czyli polarnego)”.

Duża zmienność osobnicza, różnice wielkości i ubarwienia na ogromnym areale występowania gatunku Ursus arctos L. – od górskich ostoi w Europie, poprzez syberyjską tajgę, po knieje Ameryki Północnej – sprawiają, że w jego obrębie systematycy różnie wydzielają i grupują podgatunki. Polska populacja zaliczana jest do podgatunku nominatywnego Ursus arctos arctos L.

Obecność niedźwiedzia na obszarze Polski datuje się od plejstocenu. Być może przejawem przystosowania do życia w surowym klimacie epoki lodowcowej jest zapadanie niedźwiedzi brunatnych w sen zimowy. Układają się doń jesienią (w Tatrach zwykle w październiku) w gawrach, czyli w specjalnie wybranych i przygotowanych miejscach schronienia, niedostępnych i zacisznych, gdzie śnieg nie topnieje podczas krótkich odwilży zimowych. W Tatrach są to zazwyczaj jaskinie i nyże skalne, jamy pod wykrotami drzew lub wśród spiętrzonych kłód, choć spotykano również gawry w gąszczu niskich młodników świerkowych. W gawrze niedźwiedź ścieli barłóg – wygodne legowisko z drobnych gałązek świerkowej „etyny”, „kistek” kosówki, mchu i trawy. Niedźwiedzi sen zimowy nie jest hibernacją (stanem fizjologicznego letargu jak np. u świstaków) i bywa przerywany w ciągu zimy.

W zaciszu gawry, w pierwszej połowie zimy niedźwiedzica rodzi od 1 do 3 młodych. Ślepe, otwierają oczy po miesiącu. Są wielkości szczura, ważą ok. 500 g. Szybko jednak przybierają na wadze karmione mlekiem matki, która w tym czasie w ogóle nie żeruje. Z gawry niedźwiedzie wychodzą wraz z pierwszym, silniejszym, wiosennym ociepleniem, zwykle w marcu-kwietniu. W barłogu pozostawiają charakterystyczne, walcowate odchody składające się ze sprasowanej suchej trawy, kudłów i smolistej wydzieliny jelita grubego.

Matka karmi młode mlekiem nawet przez pół roku. W tym czasie edukuje je w trudnej sztuce przetrwania. Obserwując niedźwiedzicę z młodymi w Dolinie Roztoki, Leon Podobiński relacjonował: „wychowywała je pieczołowicie, ale nader surowo, utrzymywała bezwzględny rygor i karała boleśnie nie tylko za nieposłuszeństwo, lecz i za ślamazarność. /.../ twarda jest szkoła życia niedźwiedzi, jak twarde i ciężkie warunki w Tatrach”.

Po 2-3 latach niedźwiedzica ponownie wchodzi w okres rui, który może trwać od kwietnia do czerwca. Po 6-8 miesiącach ciąży wydaje na świat kolejny miot młodych. Bywa, że podrośnięte niedźwiadki z poprzedniego miotu nadal towarzyszą matce jako tzw. „piastuny”.

Niedźwiedź, podobnie jak człowiek, jest wszystkożerny, przy czym sezonowo zmienia dietę. Wczesną wiosną – w warunkach ubogiej wegetacji roślinnej – staje się wytrawnym mięsożercą. Pożera małe zwierzęta (gryzonie, płazy i gady, a nawet ślimaki!), jaja i pisklęta ptaków, owady i ich larwy (pszczoły, trzmiele, osy i mrówki, których gniazd często poszukuje rozpruwając spróchniałe pniaki). „Tłucze” też i większą zwierzynę (jelenie i dziki), zwłaszcza osłabioną ciężkimi warunkami zimowej egzystencji. Nie gardzi padliną – w jej poszukiwaniu patroluje w Tatrach lawiniska, przechadzając się nawet po wysokich graniach. Zamrożone ścierwo pogrzebanej w zwałach śniegu kozicy potrafi wyniuchać z ponad kilometrowej odległości i dokopać się do niego przez pokrywę śnieżną parometrowej grubości. „Niedźwiedzią kapustą” nazywają górale gramolące się spod śniegu na przedwiośniu, kalafiorowate kwiatostany lepiężników. W miarę rozwoju wegetacji roślinnej niedźwiedź stopniowo przestawia się bowiem na dietę jarską, by jesienią stać się zupełnym niemal jaroszem: zjada kłącza i korzonki roślin, ich części zielne oraz owoce i nasiona. Wśród roślin uprawnych najwięcej „gazduje” nocami na polach młodego, „mlecznego” owsa, siejąc spustoszenie ku rozpaczy górali. Gustuje też w owocach jarzębiny, malinach i bukwi, a także nasionach limby. Pod jesień „pasie się” w Tatrach na „jaferach”, czyli zżera całe krzaki borówek. Największym jego przysmakiem jest jednak miód. Wyniuchawszy ten smakołyk wpada w euforię. Na skraju Rusinowej Polany dobrał się kiedyś do barci ukrytej w spróchniałym pniu starego świerka, wokół którego udeptał ziemię w klepisko, rozrzucając powydzierane pazurami trzaski drewna.

Niedźwiedź jest zwierzęciem stopochodnym – jego tropy o długości 20-30 cm przypominają ślady ludzkich stóp. Łapy ma jednak uzbrojone w długie na 4-6 cm pazury. Kroczący niedźwiedź „ruso kudłami, jak Madziar gaciami” – to powiedzenie Sabały obrazuje pozornie ociężały chód owego zwierzęcia. Potrafi jednak rączo sadzić susami z wielkim impetem i zwinnością. W trudniejszym terenie (na wiatrołomie, w kopnym śniegu, na stromiznach) jest nawet w stanie dopaść jelenia! Nieobce są mu również umiejętności wspinaczkowe. W Tatrach obserwowano niedźwiedzicę z młodymi, która znad Morskiego Oka weszła w północną ścianę Mięguszowieckiego Szczytu, gdzie żerowała w trudno dostępnym, podciętym urwiskami kotle Małego Bańdziocha i w nocy wydostała się stamtąd niewiadomym sposobem. Młody niedźwiedź przeszedł też na Słowację szlakiem turystycznym przez szczyt Rysów! Ale interpretuje się to jako zachowanie synantropijne. Niemniej jednak młode osobniki przejawiają skłonności do odbywania dalekich wędrówek.

Osobnicze areały niedźwiedzi w Karpatach wynoszą średnio od 15 do 35 km2, ale w Alpach zbadano radiotelemetrycznie, iż obejmowały obszar 56 i 74 km2. Rewiry samców są większe – w Tatrach Słowackich jeden osobnik penetruje nawet 90-100 km2. Granice swego terytorium niedźwiedź znaczy w sposób napawający respektem – na pniach drzew na wysokości ok. 1,5-2 metrów kłami i pazurami jak dłutem zdziera korę i drewno.

Migrując pomiędzy ostojami, niedźwiedzie przekraczają przełęcze w głównej grani Tatr. Dążąc ku Gładkiej Przełęczy w maju 1952 r. w Dolinie Pięciu Stawów jeden zginął podczas przeprawy po lodzie na Wielkim Stawie. Zwierzę to potrafi jednak nieźle pływać. Zaświadcza o tym Jan III Sobieski w liście do królowej Marysieńki, relacjonując łowy na niedźwiedzie: „starych siła przez Dniestr przepłynęło, za którymi psi co lepsze i do tych czas po lasach się tłuką”.

Wskutek nasilonych polowań drapieżnik ten został niemal do cna wytępiony w Zachodniej i Środkowej Europie. Ostatnią jego ostoją na Niżu Środkowoeuropejskim była Puszcza Białowieska, gdzie w latach 1873-1878 ustrzelono ostatnie osobniki. W Alpach Szwajcarskich ostatni niedźwiedź padł ofiarą myśliwych w 1904 r. W efekcie systematycznego tępienia na Słowacji w latach międzywojennych, doszło do rozerwania niedźwiedziej populacji w Karpatach na część wschodnio- i zachodniokarpacką. Jedyną stałą ostoją tego gatunku w obecnych granicach Polski pozostały Tatry, mimo że i tutaj do I wojny światowej urządzano nań oficjalne polowania, w których brał udział m.in. Henryk Sienkiewicz. Ostatnia, niesprawdzona informacja o ubiciu niedźwiedzia w Tatrach Polskich pochodzi z 1990 r. Od wieków był tu bowiem tępiony przez góralskich kłusowników.

W XIX wieku zasłynął zwłaszcza Jan Krzeptowski Sabała, który ustrzelił podobno 13 niedźwiedzi. Jak pisał Stanisław Witkiewicz: „Takie polowanie to nie jest sport /.../ – jest to czysta walka o byt, między dwoma różnymi istotami, które siebie traktują na równi. W walce tej idzie o skórę, o wątrobę drgającą, wyprutą nożem spod żeber, o mózg z czaszki, rozłupanej łapą zbrojną pazurami”. W rzeczy samej zdarzało się, że po nieskutecznym strzale, nie mając czasu na powtórne nabicie gładkolufowej jednorurki, polowac musiał ratować się ucieczką na smreka, bądź – jak Matus Karpiel – do rozprawy na śmierć i życie stawał jedynie z ciupagą w ręku.

Górale uważali, że niedźwiedź ma pewne cechy ludzkie i można z nim nawiązać kontakt duchowy, a także... cielesny (w owej antropomorfizacji uznawano nawet, że nieślubne potomstwo, to sprawka „Onego”). Wedle relacji Andrzeja Tylki, Sabała przemawiał do ubitego niedźwiedzia, przepraszając, że go „ukrzywdził” i nazywając poufale „kumotrem". Było to reminiscencją pradawnego zabiegu magicznego, kiedy po szczęśliwym polowaniu na groźnego zwierza, należało przebłagać jego ducha, by zjednać sobie dalsze powodzenie w łowach.

Ale pożytki z niedźwiedzia: mięso, sadło i skóra, były wielce pożądane w warunkach chronicznej biedy podtatrzańskich wsi. Toteż polowano na to zwierzę bezwzględnymi sposobami. Zastawiano oklepce i inne pułapki, groźne również dla ludzi – np. pod Krywaniem w niedźwiedzi potrzask wpadł turysta i omal nie zginął z wyczerpania. Zabijano również samice z młodymi. W efekcie takich łowów doszło do jedynego odnotowanego w XX wieku wypadku uśmiercenia ludzi przez niedźwiedzia w okolicach Tatr – w 1927 r. poraniona w potrzasku niedźwiedzica zaatakowała ze skutkiem śmiertelnym dziewczynę zbierającą jagody koło Jurgowa, by w parę dni później w rejonie Osturni napaść pasterzy, z których jednego pozbawiła życia.

Od 1938 r. w Polsce niedźwiedź podlega ochronie gatunkowej; jest także chroniony na mocy Konwencji Berneńskiej (Appendix II). I choć w Tatrach zaprzestano tępienia tego zwierzęcia, to nadmierna presja turystyczna nadal wywołuje sytuacje potencjalnie konfliktowe, w których może ono stwarzać realne zagrożenie dla ludzi.

W 1967 r. na drodze w Tatrzańskim Parku Narodowym wycieczkowy autokar rozjechał niedźwiedzia w rejonie Palenicy Białczańskiej. W połowie lat 90. pędzący do Kuźnic mikrobus potrącił przechodzącego przez szosę niedźwiedzia, który poraniony uszedł w las. Każda taka kolizja jest podwójnie niebezpieczna – potężny zwierz z ofiary wypadku drogowego może bowiem łatwo stać się groźnym napastnikiem, w odruchu obronnym atakując napotkanych przypadkowo ludzi. Są to rzadkie, acz szczególnie niebezpieczne sytuacje. Tak np. w Tatrach Słowackich potrącony przez kolejkę elektryczną („elektriczkę”) niedźwiedź parę dni później poturbował turystkę, która nieświadomie się doń zbliżyła, schodząc ze znakowanego szlaku.

Znacznie częstsze są przypadki włamywania się niedźwiedzi do zaparkowanych samochodów (zwłaszcza w rejonie Łysa Polana – Palenica Białczańska) i zabudowań (śmietniki, spiżarnie) oraz domagania się pożywienia od turystów na szlakach. Owe zachowania synantropijne są reakcją zwierząt na wywołane przez człowieka zmiany warunków ich życia. Synantropizacja przejawia się w wykorzystywaniu elementów i wytworów cywilizacyjnych przez dziko żyjące zwierzęta, przez co zmniejsza się u nich tzw. dystans bezpieczeństwa. Stopień synantropizacji poszczególnych osobników jest różny – bywa szacowany trójstopniowo: 1) „płochliwe” – żerują nocą unikając ludzi; 2) „ośmielone” – żerują w dzień w obecności ludzi; 3) „zdemoralizowane” – podchodzą do ludzi.

Zjawisko synantropizacji niedźwiedzi w Polsce pojawiło się najwcześniej w Tatrach, wydatnie nasilając się od ok. 1979 r. W październiku owego roku do bufetu na Polanie Strążyskiej zaczął zaglądać młody niedźwiedź, którego litościwa ajentka dokarmiała chlebem. Tak przyuczone zwierzę wkrótce przeniosło się na drugą stronę Giewontu, w okolice schroniska na Polanie Kondratowej, gdzie włamało się do magazynu wyjadając jabłka. I tutaj schroniskowa obsługa pospieszyła życzliwie z pomocą, podrzucając niedźwiedziowi pożywienie, bo jego obecność stanowiła nie lada atrakcję przyciągającą klientelę. Później Kuba Kondracki (jak go nazwano) odwiedzał też regularnie bufet przy dolnej stacji kolei linowej na Goryczkowej i pośrednią stację na Myślenickich Turniach, obficie dokarmiany przez personel i narciarzy. W efekcie nie zapadł w sen zimowy i włóczył się po okolicy. Jak pisze Krystyna Sałyga-Dąbkowska: „Skrzywdzony dobrocią ludzi, którzy zaczęli go karmić i nie mogąc zdobyć pożywienia w zasypanych śniegiem górach, zmuszony był korzystać z ludzkiej gościnności. Stale szczuty tłumami turystów i narciarzy, przepędzany z miejsca na miejsce, zachowywał się z podziwu godnym spokojem /.../”. Do czasu... Tragedia nastąpiła 6 lutego 1980 r., kiedy to na nartostradzie do Kuźnic wygłodniały niedźwiedź, coraz natarczywiej domagając się żywnościowych datków, zapędził na drzewo dwóch młodych turystów z Zakopanego (wg wiarygodnej relacji jednego z nich – Roberta C.). Pomocy udzielił im strażnik TPN Marian Weron. Chcąc odstraszyć niedźwiedzia oddał z pistoletu strzał ostrzegawczy – tak nieszczęśliwie, iż trafione zwierzę konało przez dwa dni... W prasie rozpętała się nagonka na przestraszonego strażnika.

Tymczasem w istocie zawinił ówczesny dyrektor TPN, Leon Niedzielski, który mimo licznych doniesień o na wpół oswojonym niedźwiedziu zaniechał podjęcia niezbędnych działań prewencyjnych. Zarówno podwładny (były funkcjonariusz MO), jak i jego nieudolny przełożony (z PZPR-owskimi koneksjami) nie ponieśli żadnych konsekwencji.

Brak odpowiedzialności dyrektora Niedzielskiego w tym względzie zaowocował dalszymi zaniechaniami, które doprowadziły do kolejnej niedźwiedziej tragedii w Tatrzańskim Parku Narodowym. Od 1987 r. przez 5 lat obserwowano w Tatrach Polskich synantropizowanie niedźwiedzicy zwanej Magdą. W tym okresie jej zachowanie zmieniło się diametralnie – gdy początkowo ostrożnie podchodziła do śmietników, pierzchając na widok ludzi, to w 1991 r. wdzierała się już do budynków wyłamując drzwi i okna, a także zbliżała się do grup ludzkich. Prowadziła wtedy ze sobą trójkę młodych. Podatność na synantropizację wykazują zaś zwłaszcza osobniki młodociane, przejmując tego typu zachowania poprzez naśladownictwo.

Młody niedźwiedź, włamujący się do budynków na Hali Gąsienicowej w latach 1990-91, był więc najprawdopodobniej potomkiem Magdy. Znakomity znawca fauny tatrzańskiej, inż. Jerzy Zembrzuski, przeprowadził rachunek prawdopodobieństwa, w jakim okresie czasu, przy odpowiednio zwiększonym współczynniku przeżywalności zsynantropizowanych osobników, zostanie przez nie zdominowana niedźwiedzia populacja w Tatrach Polskich. W końcu podjęto decyzję o odłowieniu Magdy z młodymi. Był to dopiero początek tragedii – wywieziona z Tatr dzika niedźwiedzica, wraz z młodymi zamknięta została we wrocławskim ZOO. Na wybiegu sforsowała jednak standardowe zabezpieczenia, zagrażając obsłudze. Oddano do niej strzały pociskami usypiającymi tak, iż się już nie obudziła. Na szczęście – oszczędziło to bowiem udręki dzikiemu zwierzęciu, uwięzionemu za kratami.

W przypadku niedźwiedzi zsynantropizowanych w najwyższym stopniu („zdemoralizowanych”) dramatyczną koniecznością jest ich wyeliminowanie z populacji. Odstrzał czy odłów do ogrodu zoologicznego? – na decyzję w tym względzie wywiera nacisk opinia publiczna. W świadomości powszechnej funkcjonuje stereotypowy obraz „dobroci” człowieka dokarmiającego dzikie zwierzęta oraz stereotyp niedźwiedzia jako „misia”. W efekcie Tatrzański Park Narodowy staje się rodzajem otwartego ZOO, gdzie na wpół oswojone niedźwiedzie koegzystują z tłumami ludzi.

Oprócz edukacji grup użytkowników terenu Parku Narodowego niezbędne jest wyeliminowanie i ograniczenie czynników stymulujących synantropizację niedźwiedzi, z czym od lat borykają się służby TPN. Wprowadzono m.in. wymóg codziennego usuwania z bufetów artykułów spożywczych, a także stosowania przy schroniskach odpowiednio solidnych pojemników na odpadki i regularnego ich wywożenia. Obiekty szczególnie często nawiedzane przez niedźwiedzie otacza się specjalnie oznakowanymi ogrodzeniami pod napięciem elektrycznym – zwierzęta po paru bolesnych kontaktach z tego rodzaju przeszkodami unikają ich później odruchowo. Nadal jednak przywabia niedźwiedzie woń śmieci. Zatem odpadki należałoby zamykać w hermetycznych pojemnikach. W przypadku szczególnie nachalnych osobników odstrasza się je strzelając pociskami gumowymi, co jest praktykowane również w innych parkach narodowych na świecie (np. Yellowstone w USA). Metoda ta niesie jednak ryzyko spowodowania obrażeń u zwierząt, a nadużywana zbyt często może prowadzić do oswojenia ich z bólem wywołanym postrzałem kulowym. Mogą one później, w trakcie ewentualnego zaatakowania człowieka, nawet przy trafieniu ostrym pociskiem wykazać podwyższoną odporność na szok bólowy i być w stanie kontynuować atak.

Jedynym racjonalnym sposobem zażegnania konfliktu w koegzystencji niedźwiedzi i ludzi na terenie i w otulinie Tatrzańskiego Parku Narodowego jest zredukowanie ruchu turystycznego i narciarskiego, a także uporządkowanie funkcjonowania obsługujących go obiektów.

Nasz najwybitniejszy badacz ekologii niedźwiedzia, doc. dr Zbigniew Jakubiec, stwierdza wprost: „Turystyka piesza na stałych szlakach w okresie jesienno-zimowym w niewielkim stopniu zakłóca spokój i zwierzę jest w stanie wybrać sobie dogodną lokalizację gawry. Natomiast turystyka narciarska, a zwłaszcza masowe narciarstwo stokowe wraz z infrastrukturą, zaczyna funkcjonować już po zapadnięciu niedźwiedzi w sen i może być przyczyną przerwania spoczynku zimowego i porzucenia gawry” („Niedźwiedź brunatny Ursus arctos L. w polskiej części Karpat”, Studia Naturae nr 47, Kraków 2001, s. 85).

Niestety, obecny dyrektor TPN, dr Paweł Skawiński, który wylewa krokodyle łzy nad tragedią niedźwiedzicy Magdy (zob. „Niewinne początki dramatu”, Tatry TPN, nr 3(9)/2004, s. 47), równocześnie ulegle współpracuje z lobby inwestycyjno-samorządowym, forsującym budowę w Parku Narodowym nowej kolei linowej o podwojonej przewozowości. Tymczasem dotąd nie uprzątnięto skandalicznych zrzutowisk śmieci i odpadów pod starą kolejką na Kasprowym Wierchu. Czyżby efektem troski dyrektora Skawińskiego o los niedźwiedzi miało być stworzenie im jeszcze jednego żerowiska na śmietnikach przy nowej kolejce...?!

Iście niedźwiedzią przysługą są zarówno przypadki dokarmiania tych zwierząt przez turystów, jak i zaniechania oraz kontrowersyjne poczynania dyrekcji Tatrzańskiego Parku Narodowego. Oby nieuświadomienie społeczeństwa i nieodpowiedzialność decydentów nie doprowadziły w TPN do kolejnej tragedii owego skrajnie rzadkiego w Europie, chronionego prawnie zwierzęcia.

Tomasz Borucki