Miesięcznik Dzikie Życie

11/137 2005 Listopad 2005

Pytanie o przyszłość technokracji „Solaris” Stanisława Lema

Grzegorz Czerwiński

„Literatura o człowieku i przyrodzie” to nowa stała kolumna, autorstwa Grzegorza Czerwińskiego, którą prezentować będziemy na łamach naszego miesięcznika. Teksty w niej prezentowane będą dotyczyły zarówno pojedynczych, konkretnych utworów literackich, jak również całej twórczości wybranego pisarza czy też jakiegoś motywu literackiego w danym zbiorze tekstów. Autor cyklu, literaturoznawca, doktorant Uniwersytetu Gdańskiego, a jednocześnie osoba zaangażowana w ochronę dzikiej przyrody (wieloletni prezes SISE „Ruch na rzecz Ziemi”, wydawca biuletynu „Terra Est”, zapowiada, iż będzie przywoływał takie utwory z literatury polskiej i obcej, które w ciekawy i dający dużo do myślenia sposób ukazują relację człowieka i przyrody. Autora nie interesują utwory o tzw. tematyce „ekologicznej" (ekologiczna literatura z tezą), lecz takie dzieła, w których ta relacja jest nieraz pełna napięć i konfliktów. Dobra literatura – zdaniem Grzegorza Czerwińskiego – to tylko taka, która stawia wielkie pytania, a nie podsuwa czytelnikom proste odpowiedzi. „Literatura o człowieku i przyrodzie” nie jest także działem recenzji, ale prywatnym katalogiem literatury – ważnej i godnej polecenia zdaniem autora tej kolumny.

Redakcja

Napisana w 1961 r. powieść „Solaris” Stanisława Lema jest nie tylko jednym z najwybitniejszych polskich utworów science fiction, ale również zaliczana jest w poczet arcydzieł literatury światowej. Jest to równocześnie książka niezwykle popularna, o czym świadczy kilkadziesiąt przekładów na języki obce (m.in. niemiecki, hiszpański, japoński, hebrajski, angielski, ormiański, gruziński, łotewski), a także dwie adaptacje filmowe: Andrieja Tarkowskiego (ZSSR, 1972) i Stevena Soderbergha (USA, 2003). W ostatnim czasie „Solaris” znalazła się także, obok książek m.in. Camusa, Grassa czy Bułhakowa, w gronie czterdziestu tytułów w serii „Literatura XX wieku”, wydawanej przez „Gazetę Wyborczą”.

Amerykański znawca twórczości Lema, Istvan Csicsery-Ronay Jr., pisze, iż – „Solaris” otwiera kilka równoległych, a nawet sprzecznych interpretacji. Można ją czytać jako Swiftiańską satyrę, tragiczny romans, egzystencjalną parabolę Kafki, metafikcjonalną parodię hermeneutyki, ironiczną powieść rycerską Cervantesa i Kantowską medytację nad naturą ludzkiej świadomości”[1]. Do powyższego stwierdzenia należy dodać, że „Solaris” Lema to również utwór stawiający pytanie o przyszłość technokracji, o granice poznania naukowego i rolę doświadczenia zmysłowego w poznawaniu otaczającego nas świata. Utwór ten potraktować można także jako metaforę wzajemnej relacji człowieka i świata przyrodniczego.

Cytowany badacz, wymieniając różne sposoby odbioru powieści Lema, dodaje, że „ani jedno z tych odczytań nie jest w pełni satysfakcjonujące /.../. Zarazem sprzeczne i wzajemnie motywujące się odczytania czynią z procesu interpretacji tekstu metaforę naukowego problemu artykulacji jawnie paradoksalnego świata naturalnego”[2]. Czy jednak świat naturalny, co sugeruje Csicsery-Ronay Jr., można interpretować w kategorii paradoksu? Czy nie jest przypadkiem tak, że to nasza ludzka interpretacja tego świata jest paradoksalna? Przecież człowiek, zakładając, iż natura jest względem niego obca i wroga, za takiego postrzega równocześnie siebie samego (jest on integralną częścią świata naturalnego, zarówno w aspekcie biologicznym, jak i psychologicznym). Wszystkie te pytania, nurtujące niejednego z nas, zawarte zostały w powieści Lema. Mimo tego, iż utwór napisany został w konwencji fantastyki naukowej, a autor wciela się tutaj w rolę konstruktora nowych światów, „Solaris” podejmuje problemy stricte ludzkie, dotyczące nas, ludzi współczesnych, człowieka w ogóle, i naszego, ziemskiego świata.

Przypomnijmy, co zawiera ten utwór w warstwie fabularnej. Na Stację kosmiczną na planecie Solaris, przybywa nowy członek zespołu badawczego, dr Kris Kelvin. Od razu po przybyciu zauważa on wiele dziwnych i budzących nieraz przerażenie sytuacji. Dowiaduje się, iż jeden z solarystów, Gibarian, popełnił samobójstwo, a stację, oprócz dwóch pozostałych naukowców, zamieszkują istoty będące tworem, wypełniającego planetę, oceanu, który stabilizując układy zbudowane z neutronowej materii, powołuje do życia zmaterializowane wspomnienia i obrazy innych osób, wydobyte z pamięci członków załogi. „Goście” są fantomami ludzi, lecz mają bardziej skomplikowaną niż człowiek budowę (dwuwarstwową – ich atomy są zbudowane z jakiś mniejszych, nieznanych solarystom, elementów) i potrafią się regenerować, przez co są niemal nieśmiertelni. Każdy z członków załogi ma swojego „gościa”. Właśnie tak na Solaris zjawia się Harey, żona Kelvina, która w przeszłości, po kłótni z nim, popełniła samobójstwo. Kelvin wpierw wrogo nastawiony do swojego „gościa”, stopniowo ulega niezwykłej sytuacji i postanawia opuścić Stację Solaris razem z Harey. Niestety zamysł ten się nie udaje. Harey, jako „twór F”, który posiadł świadomość swojego prawdziwego istnienia i niemożności kontynuowania związku z Krisem, na własną prośbę zostaje unicestwiona przez pozostałych członków załogi Stacji.

Obok wątku miłosnego, który cechuje się szczególnym napięciem i dramatyzmem, pojawia się w powieści Lema temat solarystyki, nauki zajmującej się badaniem oddalonej od naszego układu słonecznego planety, która krąży wokół dwóch słońc – czerwonego i niebieskiego, a pokryta jest plazmatycznym oceanem. Widzimy wiele scen, w których główny bohater, i zarazem narrator, dr Kelvin wertuje i referuje dotychczasowe prace z zakresu solarystyki (planeta została odkryta niemal sto lat przed jego urodzeniem). Poznajemy w ten sposób najróżniejsze stanowiska badawcze i teorie naukowe na temat tej niezwykłej planety. Ogrom wiedzy, jaką zgromadzono już na temat Solaris, jest zdumiewający. „Oryginalna literatura na pewno nie zmieściłaby się w pokoju, w którym siedziałem” (s. 22) – informuje nas Kelvin. Mimo to jednak wciąż nie udawało się naukowcom nawiązać kontaktu z oceanicznym tworem „zamieszkującym” planetę. Bo że ocean żyje, a przynajmniej, że jego istnienie cechuje jakiś stan przypominający życie, stwierdzono z dużą dozą prawdopodobieństwa. „Biologowie widzieli w nim twór prymitywny – /.../ jedną, spotworniałą w swym wzroście, płynną komórkę /.../ astronomowie i fizycy twierdzili, że musi to być struktura nadzwyczaj wysoko zorganizowana, być może bijąca zawiłością budowy organizmy ziemskie, skoro potrafi w czynny sposób wpływać na kształtowanie orbity planetarnej” (s. 19)[3]. Każda dyscyplina nauki chce opisać tę planetę w swoim własnym języku, przez co pogłębia się wyprofilowanie poszczególnych dziedzin, atomizacja zakresu badań. Wprost proporcjonalnie do podejmowanych wysiłków badawczych, naukowcy spotykają na swej drodze coraz więcej trudności z wyjaśnieniem fenomenu Solaris. W konsekwencji tego ich poznanie staje się coraz bardziej fragmentaryczne i nie prowadzi do pożądanych rezultatów.

„/.../ badaczy i poglądów były legiony” – czytamy u Lema. „Cóż zresztą stanowiła cała dziedzina prób „nawiązania kontaktu” w porównaniu z innymi dziedzinami solarystyki, w których specjalizacja tak się posunęła, zwłaszcza na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza, że solarysta-cybernetyk nie mógł prawie porozumieć się z solarystą-symetriadologiem” (s. 23).

W tok fabuły jest zresztą wplecionych o wiele więcej sceptycznych sądów na temat nauki. Szczególnie ważne w tym kontekście wydają się przytoczone przez Kelvina słowa jednego z solarystów, Veubeke'a: „Jak możecie się porozumieć z oceanem, jeżeli nie potraficie już tego uczynić między sobą?” (s. 23). Te pytanie zostanie później rozwinięte przez głównego bohatera. „Człowiek wyruszył na spotkanie innych światów”– czytamy – „innych cywilizacji, nie poznawszy do końca własnych zakamarków, ślepych dróg, studni, zabarykadowanych, ciemnych drzwi” (s. 141). Kelvin coraz wyraziściej zaczyna sobie uświadamiać, iż „wiedza o Solaris, wypełniająca biblioteki, jest bezużytecznym balastem i trzęsawiskiem faktów, i znajdujemy się w takim samym miejscu, w którym poczęto ją gromadzić przez siedemdziesięciu ośmiu laty, a właściwie sytuacja jest o wiele gorsza, ponieważ cały trud tych lat okazał się daremny” (s. 23).

Takie postawienie sprawy – możemy się tego domyślać – nie jest obce również pozostałym solarystom. Dochodzi do zmiany paradygmatu poznawczego solarystyki. O ile na początku nawiązanie kontaktu miało być wstępem do międzycywilizacyjnego dialogu, o tyle później celem wszelkich działań solarystów coraz częściej stawał się sam kontakt. Gdy kolejne próby jego nawiązania nie przynosiły rezultatów i pozostawały po nich tylko „ułamki intelektualnych konstrukcji” (s. 24), badacze przestają przebierać w środkach. Pragnienie naukowego spełnienia w postaci kontaktu doprowadza do sytuacji, gdy wszystkie chwyty stają się dozwolone. Proces badawczy zamienia się w szereg prób dążących do unicestwienia oceanu. Już Gibarian planował poddać oceaniczną plazmę działaniu bardzo twardych promieni rentgenowskich, co było zakazane konwencją ONZ ze względu na zabójcze działanie takich promieni. Sytuacja na Stacji zaczyna więc przypominać tę, którą opisał Herman Melville w „Moby Dicku, czyli Białym wielorybie”. Arogancki człowiek, samozwańczy pan stworzenia, pragnie zniszczyć wszystko, czego nie może posiąść i oswoić.

Kontakt udaje się mimo wszystko nawiązać. Nie za sprawą jednak nauki, lecz czysto ludzkiego doświadczenia. Kelvin, podjąwszy decyzję o opuszczeniu Stacji, postanawia, jeszcze przed odlotem, postawić nogę na solaryjskim gruncie (do tej pory nie miał ku temu okazji). Lecąc helikopterem nad oceanem, dostrzega skały wystające ponad plazmę, i ląduje. Wychodzi z maszyny i przybliża się ku oceanicznym falom. „Uniosłem wówczas wolno rękę” – relacjonuje bohater – „fala, a raczej jej wąska odnoga, poszła za nią w górę, wciąż okalając moją dłoń /.../. Wstałem, bo inaczej nie mogłem podnieść wyżej ręki; przesmyk galaretowatej substancji napiął się jak rozchybotana struna, ale się nie urwał /.../. Wyglądało to tak, jak gdyby z oceanu wyrósł ciągliwy kwiat, którego kielich otoczył moje palce /.../” (s. 183-184).

Zakończenie może dość naiwne, ale przez to książka Lema wyraziście uzmysławia nam, że bez uznania, iż otaczający nas świat posiada wartość samą w sobie, a każda wiedza musi mieć charakter holistyczny, walka człowieka z przyrodą będzie trwać dalej, czego skutki będą coraz bardziej tragiczne. Przyroda będzie coraz gwałtowniej odpowiadać kataklizmami i zniszczeniem. „Solaris” to wielkie studium zrozumienia, jednak nie w sensie wyjaśnienia praw rządzących wszechświatem, ale zrozumienia inności. To zakwestionowanie przykładania pozaludzkiemu światu miar, które używamy do opisania intencjonalnych wytworów ludzkich. Zaszyfrowana w tekście Lema metafora może okazać się więc nie tak bardzo skomplikowana: Solaris to Ziemia, a Ziemia to Solaris.

Grzegorz Czerwiński

[1] I. Csicsery-Ronay Jr., Książka jest Obcym. O pewnych i niepewnych interpretacjach „Solaris” Stanisława Lema, przeł. T. Rachwal, w zbiorze: Lem w oczach krytyki światowej, wybór i oprac. J. Jarzębski, Kraków 1989, s. 221.
[2] Tamże.
[3] S. Lem, Solaris, Kolekcja Gazety Wyborczej, nr 31 [b.r. i m.].