Miesięcznik Dzikie Życie

6/144 2006 Czerwiec 2006

Matoł

Robert Litwińczuk

Skwar lał się z nieba. Tuman kurzu unosił się w powietrzu. Szedłem asfaltową jezdnią, pozostawiając za sobą głębokie ślady butów.

Robię u Gienka – s...syn jakich mało. Płaci niewiele i oszukuje na godzinach. Któregoś dnia wypnę się na niego, tylko znajdę jakąś nową pracę.

Duża kropla potu spłynęła mi wzdłuż brwi na policzek. Otarłem dłonią mokre czoło. Gienek mówi, że ze mnie kiepski pracownik, bo powoli myślę, wolno się ruszam i jestem tłusty jak knur. Zawsze pierwszy kończę śniadanie, a mimo to powiada, że obżeram się i żebym lepiej pomyślał o diecie. Sam chudy jak patyk, nie wie co to znaczy mieć taki głód, jak mój.

Chyba zanosi się na burzę. Mama mówi, że jak jaskółki śmigają tuż nad ziemią, to pewnikiem będzie padać.

Lubię jaskółki. Są takie lekkie, szybkie, zwinne. To chyba naturalne, że taki grubas jak ja lubi patrzeć na jaskółki, nie? I podobno, w ciągu dnia łapią więcej much niż ważą.

Nad jezdnią tańczy rozgrzane powietrze. Daleką drogę mam do pracy, prawie trzy kilometry. Gienek przed tygodniem wziął budynek do remontu. Sześciopiętrowy blok, w ciągu pięciu lat zniszczony przez przyrodę, zdewastowany przez ludzi, przedstawia okropny widok. Wszędzie powybijane okna, kruszejący tynk, wyrwane kable elektryczne.

Jaskółki usiadły na drutach. Podobno nie są w stanie odbić się do lotu z równej powierzchni. Podobno łamią sobie wtedy delikatne skrzydła. I pomyśleć, że taki ptak nigdy nie dotyka ziemi – czyż to nie cudowne? (Opowiedziała mi o tym mama, ale nie chce mi się wierzyć, bo niby jak biorą błoto do budowy gniazd?) Patrzyłem na rozciągnięte na drutach jaskółki i spróbowałem wygwizdać z tego melodię. Na początku wychodziło coś niezdarnego, potem jednak uchwyciłem rytm, a że byłem na samiutkim pustkowiu, zacząłem gwizdać całą parą.

Znalazłem się na placu budowy.

– Coś się tak rozgwizdał? – śmieje się Gienek. – Przygotujesz dziś smołę. Poszukasz parę cegiełek, ustawisz na nich beczkę. Znajdziesz trochę drewienek i rozpalisz pod nią ogień. Rozumiesz? Kiwnąłem potakująco głową.
– Zanim zagotuje się smoła, minie trochę czasu i żeby ci się zbytnio nie nudziło... A zresztą chodź, pokażę ci.
Zaprowadził mnie za blok.
– Widzisz te gniazda?
Na całej długości budynku, prawie pod każdym balkonem, znajdowały się po dwa, a nawet trzy jaskółcze gniazda.
– Trzeba oczyścić balkony.
– A nie można z tym zaczekać? Są tam jeszcze pisklęta.
– Powiedz od razu, że ci się nie chce robić.

Ociągałem się, jak tylko mogłem. Zanim znalazłem cegły, zanim ustawiłem beczkę, zanim porąbałem siekierą smołę, zanim przyniosłem deszczułki, zanim rozpaliłem ogień, minęły dwie godziny. Potem schowałem się za blok.

Stałem pod balkonem. Patrzyłem, jak jaskółka wpada do małej dziupli w gnieździe. Słychać piski młodych i już za chwilę ptak wyskakuje szukać owadów. Za moment znowu powraca, pisk piskląt, wypada. I tak chyba ze dwadzieścia razy.

– Ty debilu! – zaszedł mnie od tyłu Gienek. – Tam smoła się gotuje, ludzie czekają, a ty co? Gdzie te poczyszczone balkony?
Chwycił z ziemi długi drąg i trzasnął nim po gniazdach. Gniazda rozprysły się i wypadły nagie pisklęta.
– Masz, zlituj się nad kretynem! Gdyby twoja matka mnie tak nie prosiła...

Jeszcze kilka razy jaskółka przylatywała w miejsce, gdzie drobne resztki skorupek błota świadczyły, że kiedyś był tu jej dom. Po kilku próbach zniechęciła się i już więcej nie przyleciała.
W nocy zaczął padać deszcz.

Robert Litwińczuk