Miesięcznik Dzikie Życie

7-8/145-146 2006 Lipiec / sierpień 2006

Matkę ziemię kochajcie i Ducha nie gaście

Adam Kubiak

Pierwotne instytucje ochrony przyrody miały charakter fundamentalny: duchy przodków bytujące w zwierzętach, siedziby bogów, święte gaje, rajski ogród powierzony w odpowiedzialne ręce Adama. Dziś są podtrzymywane przy życiu przez organizacje, regulacje prawne, teorie ekonomiczne, eko-fundusze, prognozy naukowe...

fot. Ryszard Kulik

Fot. Ryszard Kulik

Transcendencja wobec biologii i poczucie duchowej więzi z przyrodą nie są już traktowane poważnie. Ongiś jedyne, naturalne, oczywiste, podstawowe, dziś są uznane za jedną z wielu możliwych do zastosowania „technik” motywacyjnych w problemach środowiskowych (właśnie! faux pas! Środowisko naturalne jest dziś PROBLEMEM!). Ale czy rzeczywiście ewolucja odrzuciła „nadprzyrodzone”?

Na początku Bóg stworzył niebo (kosmos) i ziemię (dużą, można rzec, zbitkę meteorytów), i trochę nią zakręcił wokół słońca, a wydarzenie to miało miejsce jakieś 4,5 mld lat wstecz. Tak minął dzień pierwszy, wieczór i poranek. Życie zechciał Pan umieścić na Ziemi w swej mądrości ok. 3,5 mld lat temu, a pierwsze organizmy eukariotyczne – 2 mld lat później. Dnia szóstego (czyli po naszemu ok. 100 mln lat temu) zdecydował się ulepić człowieka. Na swoją zgubę ta niefrasobliwa istota ludzka połasiła się na coś, co groziło jej co najmniej niestrawnością – zjadłszy „zakazany owoc” poznała dobro i zło, i zabrała się do tworzenia etyki... etyki ochrony przyrody.

Nie wspominając wiele na temat paruzji (w przenośni – wg fizyka, na osi czasu, powinna ona nastąpić za jakieś 6,5 mld lat, kiedy to wyczerpią się zapasy energetyczne słońca), skupię się na pytaniu: czy biolog, a także każdy szanujący się miłośnik przyrody, powinien, ba!, czy JEST W STANIE, zapomnieć o duchowości?

Idąc za myślą Henriego Bergsona, możliwe, że moralność ma swoje dwa źródła: Pierwsze „podintelektualne”, statyczne, tkwiące głęboko w (ustanowionych) prawach biologii, będące wybiegiem ewolucji zabezpieczającym przed indywidualną strategią życia jednostki należące do populacji naszego gatunku. Drugie – „nadintelektualne”, dynamiczne, nadprzyrodzone, będące łaską, natchnieniem Ducha (dla mnie-katolika – Ducha Świętego). Te dwa źródła łączą się na poziomie rozumu, ale racjonalna jest tylko metoda dojścia do intuicji, wzmocnienia i zwalczenia skłonności przeciwstawnych. Moralność nie jest pochodną rozumu.

Gdybym założył, że moja złość na widok rzucanej na trawnik puszki po piwie, czy łzy, które szklą moje oczy wpatrzone w „fale” górskich pastwisk, są tylko efektem adaptacyjnym wypracowanym przez miliony lat historii gatunku, wiele rzeczy stałoby się „prostszymi", banalnymi (zwierzęta nie znają pojęcia dobra i zła; no chyba że psa wyuczymy), nie byłoby winy, nie istniałaby moralność ani wartości (człowiek jedyny intuicyjnie wprowadza takie pojęcie), nie istniałby Bóg i miłość (jako altruistyczna ofiara). Jeśli uwierzyć socjobiologii – wszystkie te pojęcia powinny być tworem odpowiedzialnym za dostosowanie człowieka do warunków życia w biosferze, dla zachowania równowagi między egoizmem inteligencji a pracą dla dobra populacji – rozumianej jako pula genowa.

Więc coś takiego jak wartość w odniesieniu do przyrody nie istnieje naprawdę, jest owym tworem? Ktoś powie, że to przyroda, że ona ma wartość samą w sobie... i ja się z tym zgadzam, ale niech dookreśli, w czym tkwi ŹRÓDŁO tej wartości. Na czym tę wartość „zaczepić”? Może na życiu, jako pojęciu biologicznym, określającym pewną nową jakość formy materii, która na skutek mechanizmów rządzących we wszechświecie wyewoluowała z najprostszych jednostek materii nieorganicznej? Więc sama ta niezwykła „machina” ma wartość z uwagi na fakt swej niezwykłości, złożoności, splotu niesamowitych zbiegów okoliczności, dzięki którym powstała? Ale skoro sama przyroda nie zna swojej wartości – nie operuje takim pojęciem, co najwyżej zna „interesy” – to jak my możemy twierdzić, że znamy wartość rzeczy (samą w sobie), będąc jednocześnie częścią przyrody? Więc może to wartościuje coś (lub ktoś) poza przyrodą, czyżby nasz Duch? Czyżby Bóg?

Mój wniosek – albo istnieje duchowość nadprzyrodzona, albo nie istnieją wartości. Można rzeczywiście wykluczyć realność wartości – nawet takie pojęcie jak celowość (czyli potencjalne dążenie do osiągnięcia jakiejś wartości wyższej), w przypadku ewolucji życia można podważyć. Mówi się, że ewolucja to nie „drzewo”, ale punkt z rozchodzącymi się promieniście liniami – donikąd (bo jak przyznać że celem jest większa złożoność istot żywych lub wzrost świadomości, jeśli wiemy, że najbardziej prężnie rozwijają się i dostosowują grupy bezkręgowców, bakterii, grzybów...). Jeżeli jednak nie ma wartości, to po co nam ględzenie na temat ochrony przyrody?! – jeżeli chcemy być uczciwi wobec swoich poglądów i wierni logice, to musimy, odrzuciwszy wszelkie odniesienia do świata niematerialnego, nie zwracając się ku czemuś „ponad” w naszym obcowaniu z naturą, przyznać, że bierna postawa wobec problemów środowiskowych jest oczywistą konsekwencją.

A co z motywem ekonomicznym, zdrowotnym – na pozór nie wymagającym sięgania po wartości spoza świata przyrody, materii? Otóż jeśli zaczniemy traktować przyrodę tylko z czysto użytecznego punktu widzenia, to już mały krok do rozpoczęcia traktowania tak samo całego świata, tzn. innych ludzi też.

fot. Ryszard Kulik

Fot. Ryszard Kulik

Można by spróbować znaleźć motywację z samego faktu podporządkowania się mechanizmom wytworzonym przez przyrodę: skoro ewolucja stworzyła taki mechanizm samozachowawczy w postaci „sumienia ekologicznego”, to po prostu trzeba się temu podporządkować, bo tak na pewno jest dobrze, tak musi być, tego chce ewolucja. Ale czy to nie jest oszukiwanie rozumu – wystarczy sobie przypomnieć, że ewolucja może być ślepa, że nie wiadomo który jej eksperyment okaże się trafiony, a który nie (błędy ewolucji są też rozpoznawalne w naszym ciele – siatkówka za nerwami wzroku, niebezpieczne połączenie tchawicy z przełykiem). Można co najwyżej założyć, że w tym przypadku natura się nie myli, ale... żeby motywacja była AUTENTYCZNA, potrzebne jest zaufanie, nie założenie. Bo zaufanie daje PEWNOŚĆ, założenie z definicji – nie. Nauce nie można zaufać. Nauka, wychodząc od założenia domaga się nieskończonej liczby empirycznych odczytów i nigdy nie daje pewności (wystarczą fakty takie jak ten, że już na poziomie molekularnym ruch cząsteczki nie jest przewidywalny – możemy tylko zakładać statystycznie kierunek wektora, co oznacza, iż świat jest jedną wielką możliwością. Poza tym czas i przestrzeń również nie istnieją „a priori” – nie są własnością świata). Nie znajdziemy autentycznej motywacji ograniczając się do naukowego poznawania i sprawdzania. Sarkastycznie ujął to Neil Postman pisząc o zmianie naszego autorytetu – z mężczyzny z długą białą brodą, na mężczyzn i kobiety w długich białych fartuchach.

Osobiście, pewnym koncepcjom naukowym nie ufam, kiedy intuicja i doświadczenie mówią mi, że coś w nich śmierdzi. Głęboko wierzę, że kochamy przyrodę jako istoty duchowe. Nie potrafiłbym znaleźć żadnej autentycznej motywacji, gdybym ograniczył się tylko do świata materii.

Odcinając się od świata duchowego, przy naszym poziomie świadomości i wiedzy (czyli też odpowiedzialności) nie można mówić o motywacji do aktywnej ochrony przyrody: prawdziwej, naturalnej, żywej, spontanicznej, będącej pewnym i radykalnym przekonaniem (a nie tylko mglistym przeczuciem albo poczuciem obowiązku wobec życia).

Wtedy pozostają tylko sztuczne, skostniałe logiczne konstrukcje, które próbują rozniecić nieśmiertelny ogień na biurku ze stosem papierowych dokumentów z odzysku. Ten ogień, który na pewno, choć raz kiedyś, żywo zapłonął w każdym sercu. Sercu drzemiącym pośród lubelskich stepów, dającym nura w tatrzańską ulewę, brodzącym w mrocznych mazurskich olsach, słuchającym śpiewu słowika czy wpatrzonym w arcydzieło pająka krzyżaka.

Tak, jak nie ma wolności bez odpowiedzialności, miłosierdzia bez sprawiedliwości, jedności bez wielości, kupna bez sprzedaży... tak nie ma etyki bez metafizyki – oto moja prawda.

Anthony Hoffman pisał, że gdy przyroda podarowała nam rozum, wyposażyła go w logikę dwuwartościową (tak lub nie, nic lub coś, dobre lub złe), ale nie przekreśliła w ten sposób możliwości powstania form bardziej zaawansowanych, których logika byłaby 3-, 5-, nieskończenie – wartościowa. Decyzja, w co się uwierzy i czym zmotywuje się swoje życie, jest zawsze osobistym wyborem człowieka, nie zdeterminowanym dowodami, choćby takimi jak powyższe. Nie potrafię powiedzieć, czy chodzi o pewność, pochodzącą z pozarozumowych źródeł (choćby z prostej i naturalnej intuicji), czy może najpierw musi być decyzja, która podjęta z determinacją, zobowiązaniem i posłuszeństwem, daje w konsekwencji tę pewność z Bożej Łaski, czy może obydwie drogi mają znaczenie. Ale wiem... że otwieram księgę przyrody po to, żeby pochwycić wiejącego znad szczytów Ducha Bożego i u delty zaczerpnąć Wody Żywej, płynącej z serca Jezusa. Kocham przyrodę, bo kocham Pana Boga – mojego ojca i twórcę tej cudownej krainy. Jako stworzenie, nie stwórca, proszę Go, żeby obdarzał mnie wrażliwością na jej piękno i świadomością jej dobra, uczył mnie szacunku dla każdej istoty, która bez wyjątku należy do Niego.

Adam Kubiak