Miesięcznik Dzikie Życie

12-1/174-175 2008/2009 Gru 2008 / Stycz 2009

Babia Góra (zimowe przesilenie)

Ryszard Kulik

Migawka

22 grudnia to szczególny dzień. Nad ranem słońce osiąga najniższy wobec równika punkt, co oznacza, że noc trwa najdłużej, a dzień najkrócej. Przez kolejne trzy dni w tym układzie nic się nie będzie zmieniało, aż od 25 grudnia stopniowo dnia będzie przybywało. W czeluściach nocy rodzi się światło. Od niepamiętnych czasów ludzie świętowali ten czas przesilenia, bowiem dawał on nadzieję odradzania się światła i życia. Ja też świętuję tę chwilę wraz ze swoimi przyjaciółmi, dla których przyroda jest matką i nauczycielką, ale zwykle nasze świętowanie ma miejsce kilka dni przed faktycznym momentem przesilenia. Może to i dobrze, bo już od wielu dobrych lat pierwszy poranek nowego czasu staram się spędzać sam w jakimś szczególnym miejscu.

Fot. Ryszard Kulik

Fot. Ryszard Kulik

Upodobałem sobie Babią Górę. Z kilku powodów. Z babiogórskiej grani widać jak słońce wschodzi znad grzbietu Tatr, co samo w sobie jest niezwykłym spektaklem, a tutaj jeszcze towarzyszy temu świadomość, że jest to szczególny wschód – rodzącego się światła. Babia Góra jest bliska memu sercu. Ileż to razy wspinałem się na nią mozolnie, tylko po to, by zatracić się w jej gęstych mgłach. Ileż to razy wiatr przeganiał mnie ze szczytu, a wiosenne burze straszyły piorunami. Ale też Babia wielokrotnie była dla mnie łaskawa i dawała okazję przeżycia niezwykłych spektakli wschodów i zachodów słońca na tle najwspanialszej chyba panoramy w Polsce.

Tak też było i tym razem. Na dole siarczysty mróz, a im bardziej w górę, tym powietrze było cieplejsze. Wspinam się z mozołem w kompletnych ciemnościach z Przełęczy Krowiarki, zrzucając z siebie stopniowo kolejne warstwy odzieży. Uff, jak mi gorąco. Co trochę ślizgam się po śniegu. W plecaku wprawdzie mam raki, ale jest tak ciemno, że nie jestem w stanie uporać się z tymi wszystkimi sznurkami. Jest ciemno, chociaż wszędzie leży śnieg i jest pełnia; niemniej jednak nisko wiszący nad horyzontem księżyc ledwo przebija się przez gęste świerki. Moja świadomość jest jeszcze wpół uśpiona. Jakoś nie czuję, że jestem tutaj, na tej górze. Dopiero gdy wychodzę ponad górną granicę lasu, otaczająca przestrzeń przebudza mnie natychmiastowo. Stoję oniemiały. Nade mną ciągle ciemne, rozgwieżdżone niebo, a wokół czarna grań Tatr oraz majaczące w księżycowej poświacie inne pasma Beskidów. Wieje łagodny, ciepły wietrzyk, co jest dość rzadką okolicznością, biorąc pod uwagę miejsce i porę roku. Po prawej stronie czerwonawy księżyc powoli zatapia się w beskidzkie pasma, ginąc w ciemnych czeluściach. Po lewej stronie tężeje słoneczna poświata. Na tym pomarańczowym tle tatrzańskie szczyty zarysowują się wyraźną postrzępioną kreską. Księżyc odchodzi w ciemność po to, by po drugiej stronie pojawiła się słoneczna jasność. Przez kolejnych kilkadziesiąt minut słoneczna poświata staje się coraz jaśniejsza, mieniąc się kolejno wszelkimi odcieniami różu, pomarańczu, czerwieni, zieleni i błękitu. Ach, cóż to za wspaniały spektakl. Tatrzańskie szczyty stopniowo także nabierają barw, wychodząc z totalnej czerni. Teraz mogę już zauważyć płaty śniegu oraz zarys dolin. Jest już zupełnie jasno, ale słońca ciągle jeszcze nie widać. Czuję się jak akuszerka, która zaraz ma odebrać poród. Jeszcze chwila, jeszcze chwila.

Słońce spostrzegam najpierw na babiogórskiej grani w momencie, gdy pierwsze promienie zmieniły odcień śniegu na pomarańczowy. Wtedy odwróciłem głowę i zobaczyłem świetlisty fragment tarczy, który wyjrzał zza tatrzańskiego zbocza. Wkrótce pojawił się pełny słoneczny dysk. Jest! Pierwsze promienie Nowego! Oto nadchodzi, a ja czekam tutaj i teraz, z otwartym umysłem robię mu miejsce.

Tutaj na samej górze wszystko jest takie przejrzyste i świetliste. Oczywistość, jasność i jednoznaczność tego promienia napełniają mnie jakimś spokojem. Czego możesz mnie jeszcze nauczyć wschodzące słońce?

Wszystko powraca i nic się nie kończy. To, co jest kresem, jest też i początkiem. Ten rytm jest wieczną pieśnią, jest moją własną pieśnią, do której, gdy się dostrajam, sprawiam, że moje życie staje się tym, czym jest w swej najgłębszej warstwie.

Bezwarunkowe ciepło i światło. Nikt nie jest niegodny, by czerpać z tego źródła. „Błogosławieństwo dla wszystkich. Dla każdego”.

Gdy spoglądam w dół, widzę sporo mgieł. Ten świat na dole broni się jeszcze przed dosłownością świetlistych promieni. Próbuje odwlec nieuchronny czas przyjścia Nowego, choć przecież już wiadomo, że przyjdzie, bo jest jasno, nawet we mgle. Tutaj, patrząc z góry, wszystko wydaje się być takie wyraźne, ale przede wszystkim wyraźne jest dla mnie to, że tam na dole ciągle jest szamotanie się w jakiejś mglistej malignie. Jak to dobrze, że teraz mogę na to spojrzeć z góry. Jak to dobrze, że tutaj widać prostotę słońca i czystość błękitnego nieba.

Ponad chmurami zawsze świeci słońce!

Niech ten czas przesilenia odmieni też moje życie. Tutaj na tej górze wszystko jest możliwe. Tam na dole stare schematy nie pozwalają widzieć tego, co jest. Dlatego tak ważne jest wejście na szczyt, aby przynajmniej raz w roku spojrzeć z góry i otworzyć swoje oczy, swoje serce i umysł na światło.

Czas więc wracać. Czas więc dostroić się do tego pulsującego rytmu całego kosmosu.

I niech tak się stanie!

Ryszard Kulik

Logo Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska w Katowicach

Kolumna dofinansowana przez Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach