Miesięcznik Dzikie Życie

12-1/174-175 2008/2009 Gru 2008 / Stycz 2009

Orientalna mieszanka. Rozmowa z zespołem Masala

Wywiad Grzegorza Bożka

Muzycznie jesteście mocno zwróceni w stronę Wschodu. Wasza nowa płyta tylko to potwierdza. Skąd inspiracje, by łączyć tak odmienne gatunki ze sobą – „pomiędzy Jamajką, Indiami i muzyką arabską” (cytat z wkładki płyty Masali z roku 2004)?

Rafał Kolaciński: Trudno jednoznacznie to stwierdzić. Wydaje mi się, że najprostszym wyjaśnieniem będzie pewnie to, że poszczególni członkowie zespołu mają różne korzenie muzyczne. Np. Bart i Daniel zaczynali w zespołach folkowych, takich jak Stara Lipa czy Yerba Mater. Pe i Spox zaś są od lat związani ze sceną hip-hopową. Ja zaś reprezentuję w sumie od parunastu lat scenę elektroniczną z mocnym etnicznym zacięciem.

Fot. Paweł Balcerzak

Wasza muzyka wymyka się prostym klasyfikacjom, właściwie trudno ją określić. Jak sami ją nazywacie? Jakie inspiracje są w mniej wyczuwalne?

R. K.: Często zdarza nam się trafiać do najróżniejszych szufladek – ze śmieszniejszych może być „etniczny hip hop”, albo „etno-reggae”. Dla ułatwienia klasyfikacji, przy opisie medialnym nowej płyty napisaliśmy, że gramy „eklektyczny mix electro-etno-dancehall-rap-punk”. Działamy na styku tak wielu gatunków muzycznych i dla nas najlepszym rozwiązaniem byłoby określanie nas jako „masali” (śmiech). Inspiracje zapewne każdy z członków wymieniłby inne, ale żeby uprościć – dobra muzyka, bez względu na gatunek oraz kraj pochodzenia.

Wykorzystujecie mnóstwo różnych instrumentów muzycznych, które stosunkowo rzadko można spotkać na polskiej scenie muzycznej, również tej nazywanej alternatywną, tym bardziej, że zestawione są one z całą nowoczesną elektroniką. Czy ten etno-elektro miszmasz sprawdza się jako dobre narzędzie dla muzycznego języka zglobalizowanego świata?

R. K.: To prawda, nasze instrumenty są wyjątkowe, a myślę, że w ich wyjątkowość jeszcze bardziej zaznacza się w tej fuzji elektro-akustycznej. Jednak przede wszystkim chodzi o efekt i końcowe brzmienie, niż o szukanie języka zglobalizowanego świata. Być może jest to połączenie, które trafia do słuchaczy XXI wieku – zakorzenione w tradycji i kulturze, jednak poruszające się i mieszające z współczesnością. Zacytowałbym tu Nusrat Fateh Ali Khana [wybitny śpiewak i wykonawca qawwali, religijnego śpiewu, który rozwinął się na gruncie sufizmu, mistycznego nurtu w islamie – przyp. G. B.] – do muzyków należy szukanie środków wyrazu w taki sposób, żeby trafiały do ludzi żyjących obecnie.

Inspiracji do swoich płyt szukaliście nawet w Tuwie u źródeł Jeniseju. Zapewne muzyczną inspiracją tej ziemi jest dla was tuwiński zespół Huun Huur Tu. Pewnie zachwycają was też niezwykłe krajobrazy i przyroda tamtych stron.

R. K.: Huun Huur Tu na pewno było istotne, było bowiem tym, co przykuło uwagę, zaciekawiło, a w konsekwencji pchnęło w stronę nauki technik śpiewu gardłowego. Idąc dalej tym tropem – kilka lat później Bartek i Daniel pojechali do źródeł tego śpiewu, żeby go tam poszukać... i okazało się że nie jest to takie proste, żeby go znaleźć. Ale chłopaki szukali i znaleźli.

Sądzę, że ogromna wolna przestrzeń jest integralną częścią tego śpiewu. Kiedy Tuwińcy śpiewali, często jechali konno, stąd tak mocno wyczuwalny jest ten „koński rytm” w ich muzyce. Podobnie echo i ogromny pogłos pomagają wytrącać się alikwotom, więc pod względem akustycznym ten odległy step, góry i doliny są wręcz wymarzonym miejscem dla takiej muzyki.

W piosence „Cały ten świat” pojawiają się słowa „Tam, gdzie pojawił się człowiek, została tylko spalona ziemia”. Żyjemy w czasach nieustannych konfliktów lokalnych, wojen, zatrważającej eksploatacji zasobów planety. Mimo coraz nowocześniejszych urządzeń, doskonalszej komunikacji, nauki na coraz wyższym poziomie – ilość problemów wciąż rośnie... Gdzie tkwi przyczyna takiego stanu rzeczy?

R. K.: Eksploatacja Ziemi i rozwój człowieka idą parze. Przez setki lat nikt nie zadał sobie pytania – co się stanie, gdy nie będzie już drzew do wycięcia, albo co się stanie, gdy zatrujemy wszystkie wody. Ponadto w naszych czasach nietrudno o konflikt, gdyż coraz bardziej dotkliwe i coraz bardziej wyraźne są dysproporcje między bogactwem a ubóstwem. Dopóki człowiek nie wie, że może być inaczej i nie ma możliwości porównania swojego życia z innym – nie będzie się buntował. Obecnie dużo łatwiej jest mieć takie porównanie – wystarczy często zmieniać dzielnicę, włączyć telewizję albo spojrzeć w Internet. Nie łudźmy się, że to wszystko niebawem się zmieni. Jeśli nawet kraje rozwinięte będą ograniczały negatywne wpływy na środowisko, to reszta „biednego świata” nawet o tym nie myśli lub nie może sobie na to pozwolić.

Słuchając waszych tekstów da się wyczuć mocno antywojenny przekaz oraz wiarę w to, że świat bez przemocy jest możliwy... Przewodzi wam hasło „Jeden świat – wiele kultur!”.

R. K.: Oczywiście jak najbardziej się z nim identyfikujemy. Od samego początku naszej działalności posługiwaliśmy się hasłem „Porozumienie ponad podziałami”, które oddawało naszą istotę wręcz perfekcyjnie. Zależało nam na tym, żeby zebrać razem ludzi z różnych środowisk, różnych kultur i razem działać. Jest oczywiście warstwa muzyczna, ale jest i słowo, które w przypadku Masali jest bardzo istotne. Nie jestem jednak idealistą i wiem, że nie będzie świata bez wojen i walki – nigdy go nie było, dlaczego zatem nagle miałoby się to drastycznie zmienić? Dopóki będzie o co walczyć, dopóki będzie po co napadać na inne kraje – wojny będą. Czysta kalkulacja i ekonomia dają już wystarczające preteksty do tego, że wojna komuś popłaca.

Fot. Paweł Balcerzak

W waszych tekstach słychać złość na ogłupiającą popkulturę i zachłystywanie się przez ludzi globalnymi wynalazkami, ale także gorące apele o przebudzenie się i zmianę myślenia. Co macie na myśli, mówiąc o zmianie myślenia?

R. K.: Zmiana myślenia dotyczy wielu aspektów naszego życia oraz jest wielopłaszczyznowa, jeśli chodzi o problemy. Bo z jednej strony zmianą myślenia może być konsekwentne segregowanie śmieci – oczywiście, jeśli ma się ku temu sposobność. W wielu miejscach w Polsce to wciąż kwestia nieobecna – a czasami nawet kuriozalna. Sam byłem kilkakrotnie świadkiem, jak trzy klasyczne pojemniki do składowania odpadów zostały opróżnione do jednego kontenera – kompletnie mieszając to, co było wcześniej posegregowane.

Z drugiej strony, nasza zmiana nastawienia wobec cudzoziemców, ludzi innego wyzwania, narodowości czy o innym kolorze skór. Polska oczywiście nie jest krajem tak wielonarodowym, jak wiele krajów europejskich w tej chwili. Oczywiście nie mamy szans na odejście całkowicie od popkutury – zresztą nie o to przecież chodzi. Zależy nam na pobudzeniu do myślenia, do obudzenia elementarnej świadomości, że świat nie jest czarno-biały. Skrótowo to ujmując – to, że o czymś się nie mówi w radiu czy telewizji, nie oznacza, że tego nie ma.

Współistnienie różnych kultur i religii jest prawdopodobnie takim samym wyzwaniem stojącym przed ludzkością, jak zrozumienie, że bez poszanowania dzikiej przyrody człowiek nie będzie w stanie przetrwać na Ziemi.

R. K.: Zdecydowanie tak. Człowiek jest zarówno związany ze swoją kultura, jak i z naturą. Rzeczy, o które pytasz, są w moim przekonaniu w pewien sposób nierozerwalne – brak szacunku do ludzi i do natury prędzej czy później będzie powodował szkody, konflikty na większą lub mniejszą skalę. Można na to patrzeć w różny sposób, gdyż natura nie zabierze głosu w swojej obronie – lub raczej zabierze go bardzo zdecydowanie, ale z opóźnieniem. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że gatunek ludzki nie nauczył się jeszcze, a może nie nauczy się nigdy tolerancji i poszanowania samego siebie, podobnie jak zrozumienie potrzeb Ziemi przyjdzie zbyt późno, aby dało się już cokolwiek pozytywnego zrobić. To tylko kwestia czasu...

Mieliście możliwość podróżowania po całej Europie i Azji. Jakie dostrzegacie główne różnice pomiędzy tymi dwoma częściami świata?

Daniel Moński: Według mnie, podstawowa różnica to dużo większe skupienie na świecie duchowym. Wszystko na Wschodzie jest w pewien sposób podporządkowane duchowi, życie, myśli, twórczość... To powoduje dwie rzeczy: jedna bardzo dobra – to wszystko, za co lubimy Wschód, jego mistycyzm, uduchowienie i rodzaj nonszalancji wobec świata materialnego; ale druga – konsekwencja jest w kontekście naszej rozmowy fatalna, tj. właśnie przez to, że świat materialny jest tak mało ważny, to mała rola, jaką przywiązuje się do ochrony tego świata. Oczywiście, Zachód ma w tym swój gigantyczny udział, że Wschód ginie w morzu śmieci, są to śmieci zachodnie... plastikowe torby, opakowania, ubrania ze sztucznych tworzyw itd. To Zachód przyniósł ze sobą te wszystkie zdobycze cywilizacji. Musimy też pamiętać, że Zachodowi zajęło trochę czasu zanim zrozumiał potrzebę ochrony przyrody. Teraz Wschód jest na samym początku tej drogi, wydaje mi się, że tu powinniśmy być uważni i pomocni. Wysyłając kolejny kontener coca-coli, należałoby „nauczyć” Wschód recyklingu.

Azja – pomimo swojej niezwykłej, urzekającej przyrody, jawi się również jako miejsce ogromnej dewastacji środowiska – jest tak m.in. w Indiach, Chinach. Co trzeci obywatel świata jest albo Chińczykiem albo Hindusem – gdy każdy z nich będzie żył na poziomie przeciętnego Amerykanina lub Europejczyka, Ziemia może tego nie unieść. Paradoksem jest to, że dopiero bogate społeczeństwa Zachodu otwarcie (mniej lub bardziej) mówią o potrzebie ochronie środowiska... Jak pogodzić potrzebę godnego życia człowieka z zachowaniem przyrody, dziś nadmiernie eksploatowanej?

D. M.: Tutaj odpowiedź łączy się trochę z poprzednią – najlepszym wyjściem byłaby buddyjska droga środka: my powinniśmy zaczerpnąć ze Wschodu odrobinę tej duchowości, która pozwala im współżyć ze światem w sposób harmonijny, bezkonfliktowy, z dużą dozą zaufania i wzajemnego szacunku, szczególnie do spraw, na które nie mamy wpływu, ale w tym samym czasie Wschód powinien przyswoić sobie nasze doświadczenia związane z potrzebą ochrony tego świata. Problemem gigantycznym jest według mnie wciąż pokutujące na Zachodzie myślenie i traktowanie Wschodu trochę z wyższością, wykorzystywanie go, czasem brutalne i jawne. Myślenie w rodzaju „tam i tak jest brudno, więc wywieźmy tam śmieci”, jest chore...

Polska przyroda w wielu miejscach potrafi zachwycić swoimi walorami. Czy macie miejsca, które są wam szczególnie bliskie?

D. M.: Rzeczywiście, takich miejsc jest sporo. Jeśli musiałbym konkretyzować powiem: Kaszuby, Gorce i Suwalszczyzna. We wszystkich tych miejscach jest cudowne połączenie genialnej przyrody i małej ilości (co sobie cenię), ale bardzo przyjaznych ludzi.

R. K.: Ja właściwie mam takich miejsc kilkanaście w Polce. Jednak gdybym miał wskazać dwa, to byłyby to Tatry – ale zawsze koniecznie po lub przed sezonem. Uwielbiam Tatry zaraz po Sylwestrze, kiedy jest tam pusto. Przez kilkanaście ostatnich lat zawsze w Tatrach spędzałem Sylwestra, często zostając do 5-6 stycznia. Uwielbiam ten czas w tym miejscu. Nie jestem w stanie zdzierżyć Tatr latem... Drugie miejsce, które cenię, to Bory Tucholskie w okolicach Wdzydzów i Funki.

Dziękuję za rozmowę.

Fot. Kinga Gorczkowska

Masala – kolektyw muzyczny, który, jak piszą o sobie, „łączy brzmienia tradycyjnych, orientalnych instrumentów i technik wokalnych, nowoczesną elektronikę i »połamane« klubowe rytmy oraz środki wyrazu charakterystyczne dla wielkomiejskiej kultury ulicznej, takie jak turntablism czy zaangażowany społecznie MC’ing”. Powstał w 2002 roku. Występują jako skład koncertowy oraz jako sound system. Aby oddać wyjątkowość zespołu warto wymienić, jakie narzędzia muzyczne tworzą Masalę: elektronika, MC’ing, sarangi, kemancze, śpiewy gardłowe, darabuka, tabla, bendir, cajon, gramofony i inne.

Formacja ma na koncie dwie duże płyty: „Long play” (2004) i „Cały ten świat” (2008) oraz trzy małe krążki: „Praczas & Like Orient” (2003), „Across the Wilderness” (2005), „Obywatele IV Świata” (2007). W składzie na ostatnim krążku znajdują się Rafał „Praczas” Kolaciński, Bart Pałyga, Marcin „Duże Pe” Matuszewski, Szymon „DJ Spox” Kurek, Daniel „Danielsen” Moński + wiele osób współpracujących.

Kontakt:

myspace.com/masalasound

e-mail: masalasoundsystem@poczta.fm