Miesięcznik Dzikie Życie

2/200 2011 Luty 2011

Wieści ze świata

Opracowanie Radosław Szymczuk

Coraz więcej mieszańców niedźwiedzi polarnych z grizzly

Gwałtowne topnienie arktycznych lodów może doprowadzić do powstania niedźwiedziej hybrydy – mieszańca niedźwiedzia polarnego z grizzly, a także przyspieszyć wymieranie tych pierwszych – alarmuje brytyjski dziennik „The Guardian”. Kurczący się obszar lodu i kry lodowej, pokrywających Ocean Arktyczny, zmusza niedźwiedzie polarne do wchodzenia na terytorium spokrewnionego z nim podgatunku brunatnego niedźwiedzia grizzly. W rezultacie tego spotkania mieszańce mogą zagrozić istnieniu odrębnych puli genetycznych obu gatunków.

Pierwszy hybrydowy niedźwiedź został zastrzelony przez myśliwych w 2006 roku. Był biały z brązowymi łatami. Badanie DNA potwierdziło, że był mieszańcem obu gatunków. Mieszańce niedźwiedzi zdarzały się w ogrodach zoologicznych, ale nie występowały na wolności. Jednak w tym roku znowu zastrzelono kolejnego, w zachodniej części kanadyjskiej Arktyki. Badanie DNA potwierdziło, że był to mieszaniec już w drugim pokoleniu: ojcem był czystej krwi grizzly, matką – hybrydowa niedźwiedzica. Naukowcy uważają, że będzie coraz więcej przypadków niedźwiedzich mieszańców, ponieważ niedźwiedzie polarne zmieniają terytorium i swoje zachowanie ze względu na zmiany klimatu. Coraz więcej czasu spędzają na wybrzeżu, czekając aż utworzy się na morzu lód, i wchodzą w bliski kontakt z niedźwiedziami grizzly.

Brendan Kelly z amerykańskiego laboratorium badającego ssaki morskie (US National Marine Mammal Laboratory) w Juneau na Alasce kierował badaniami, które odkryły możliwość powstania 34 krzyżówek gatunków wielkich ssaków żyjących w Arktyce lub kręgu polarnym. 22 z tych krzyżówek dotyczyły przypadków izolowanych populacji.

Przewiduje się, że do końca tego wieku Ocean Arktyczny przestanie skuwać latem lód i zniknie bariera uniemożliwiająca krzyżowanie się gatunków. Niedźwiedzie polarne spędzają już teraz więcej czasu na lądzie w tych samych rejonach, gdzie żyją grizzly; foki i wieloryby, które obecnie są oddzielone zlodowaciałymi morzami, będą wkrótce pływać w tych samych wodach – pisze Kelly w czasopiśmie „Nature”.

Zdaniem jego zespołu, nie wszystkie z tych krzyżówek dadzą zdrowe, mocne potomstwo. Chociaż hybrydyzacja jest naturalnym elementem ewolucji, naukowcy uważają, że jej tempo i zasięg w Arktyce, powodowane kurczeniem się pokrywy lodowej na morzu, może mieć dalsze konsekwencje, zwłaszcza dla tak wyspecjalizowanego gatunku, jakim jest niedźwiedź polarny. Badania mieszańców niedźwiedzi polarnych z grizzly w niemieckim zoo wykazały, że hybrydy charakteryzuje typowe dla białych niedźwiedzi zachowanie związane z polowaniem na foki, ale zwierzęta te nie potrafią pływać tak świetnie jak polarni pobratymcy, przemierzający zimą ogromne połacie morza i lodu w poszukiwaniu fok.

Jak się szacuje, w Arktyce żyje około 22 tys. niedźwiedzi polarnych. Ich populacja do połowy wieku skurczy się do jednej trzeciej, jeśli arktyczne lody będą topnieć nadal w obecnym tempie. Przy tym tempie do 2060 roku arktyczne wody latem nie będą skute lodem.

(PAP)

Deklaracja ochrony tygrysów

Przedstawiciele 13 krajów, w których na wolności żyją jeszcze tygrysy, podpisali 23 listopada 2010 r. w Petersburgu deklarację w sprawie ochrony tych wielkich kotów, zagrożonych wyginięciem.

Na „tygrysim szczycie” Rosja i Chiny porozumiały się w sprawie utworzenia ponadgranicznych stref ochronnych dla dziko żyjących tygrysów. Poinformował o tym premier Władimir Putin po spotkaniu z szefem chińskiego rządu Wen Jiabao. Putin zapowiedział też zaostrzenie kar dla kłusowników.

Na rosyjskim Dalekim Wschodzie, gdzie żyje jeszcze ok. 450 tygrysów syberyjskich, ochrona tych zwierząt będzie odgrywała większą rolę przy planowaniu budowy osiedli i dróg – zapowiedział Putin.

Zapowiedziano także podjęcie próby podwojenia światowej populacji tygrysów do 2022 roku. Niestety deklaracja przyjęta przez 13 państw, na których terytorium występują tygrysy, nie wiąże się z pozyskaniem środków na sfinansowanie działań ochronnych. Porozumienie mówi tylko o planach zwrócenia się o pieniądze do międzynarodowych instytucji, takich jak Bank Światowy, oraz o opracowaniu sposobów kierowania środków z ekoturystyki i projektów infrastrukturalnych na programy ochrony tygrysów.

Szacuje się, że na wolności żyje jeszcze na świecie ok. 3200 tygrysów. W minionym stuleciu liczba krajów, w których występują te zwierzęta, zmniejszyła się z 25 do 13. Do najbardziej zagrożonych gatunków należą: tygrys sumatrzański, amurski, bengalski i malezyjski. Spotkanie tygrysa południowochińskiego już dziś graniczy z cudem, pięć lat temu żyło ich zaledwie 30 sztuk.

Głównym powodem zmniejszania się populacji tygrysów jest kurczenie się ich środowiska naturalnego, m.in. z powodu wylesiania. Tygrysy padają także ofiarą intensywnego kłusownictwa, gdyż ich kości, pazury i inne organy są wykorzystywane w niektórych państwach do produkcji leków.

Tygrysy na wolności żyją w Bangladeszu, Bhutanie, Birmie, Kambodży, Chinach, Indiach, Indonezji, Laosie, Malezji, Nepalu, Rosji, Tajlandii i Wietnamie.

Dwa gatunki afrykańskich słoni

Nie jeden, lecz dwa gatunki słoni żyją w Afryce. Hipotezę, zgodnie z którą te wielkie ssaki są zróżnicowane silniej niż sądzono, potwierdziły nowe badania genetyczne.

Przy pomocy analiz genetycznych naukowcy z Harvard Medical School, University of Illinois oraz brytyjskiego University of York dowiedli, że afrykańskie słonie sawannowe i nieco mniejsze afrykańskie słonie leśne co prawda występują obok siebie, ale są w dość konsekwentnej izolacji genetycznej już od kilku milionów lat.

Naukowcy doszli do tego, porównując DNA słoni współczesnych z Afryki (leśnych i sawannowych) i Azji z DNA pochodzącym od dwóch gatunków wymarłych: mamutów włochatych i mastodontów. Było to pierwsze takie badanie, w którym analizowano sekwencję genomu jądrowego mastodonta, a jednocześnie obejmujące naraz słonie współczesne i ich wymarłych krewniaków.

Zaskakującym odkryciem jest fakt, że afrykańskie słonie leśne i sawannowe, o których sądzono, iż to ten sam gatunek, różnią się od siebie tak bardzo, jak słonie z Azji od mamutów. Wcześniej wielu badaczy sądziło, że – mimo zewnętrznych różnic – afrykańskie słonie reprezentują jedynie odmienne populacje tego samego gatunku. Te z sawanny mierzą w kłębie około 3,5 m i ważą od sześciu do siedmiu ton, podczas gdy ich leśni kuzyni mają około metra mniej i są niemal połowę lżejsze.

Teraz należy zacząć traktować słonie leśne i sawannowe jako dwa różne obiekty starań związanych z ochroną – mówi Alfred Roca z Department of Animal Sciences na University of Illinois. – Od połowy XX w. wszystkie słonie z Afryki chroniono jako jeden gatunek. Teraz, kiedy wiemy, że to zupełnie różne zwierzęta, słonie leśne powinny zyskać wyższy priorytet w staraniach związanych z ochroną – dodaje.

(PAP)

Raport dotyczący wycieku ropy w Zatoce Meksykańskiej

Winę za wyciek ropy na platformie w Zatoce Meksykańskiej ponoszą zarządy trzech firm zaangażowanych w eksploatację złóż – stwierdza specjalna komisja badająca największą katastrofę ekologiczną w historii USA. Jako przyczynę podano m.in. redukcję kosztów.

Wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej, widok z kosmosu

Wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej, widok z kosmosu, 24 maja 2010. Fot. Nasa Goddard Photo and Video, www.flickr.com/photos/gsfc/4638932803/in/set-72157623818984261/

Do katastrofalnego wycieku ropy doszło w kwietniu 2010 r. na platformie Deepwater Horizon. W wyniku prac przy cementowaniu odwiertu Macondo, doszło do wybuchu i pożaru na platformie. Zginęło 11 pracowników, a wybrzeża kilku stanów USA zostały skażone. Wyciek udało się opanować dopiero w lipcu.

Wszystkie trzy firmy: BP, Transocean (zarejestrowana w Szwajcarii firma wiertnicza, właściciel platformy) oraz Halliburton (amerykański koncern cementujący odwiert Macondo) w ocenie prezydenckiej komisji dochodzeniowej miały swój wkład w katastrofę, podejmując decyzje o redukcji kosztów i upraszczaniu wymaganych procedur. Amerykańska komisja wini też niewystarczający nadzór i regulację ze strony władz federalnych USA.

W ostatniej części raportu komisja stwierdza, iż zaniedbania były systemowe i mogą w przyszłości doprowadzić do ponownej katastrofy ekologicznej. BP według autorów raportu nie miało systemu kontroli zapewniającego bezpieczeństwo.

Podczas badania katastrofy, śledczy wykazali serię zaniedbań na Deepwater Horizon. Pracownicy koncernów mieli m.in. źle oceniać ryzyko, ignorować sygnały o nadchodzącym wybuchu i wadliwie przeprowadzać testy bezpieczeństwa. Krytycznie oceniono też reakcję na awarię tuż po tym, jak do niej doszło. Śledczy nie stwierdzili bezpośrednio, że zaniechania w dziedzinie bezpieczeństwa były intencjonalne. – Celowo bądź nie, większość decyzji koncernów, które zwiększały poziom ryzyka, jednocześnie pozwalały na znaczne oszczędności w pieniądzach i czasie – napisali śledczy.

Autorzy raportu stwierdzają także, iż katastrofy można było łatwo uniknąć, gdyby koncerny kierowały się przede wszystkim zasadami bezpieczeństwa, a instytucje nadzorujące działały sprawnie.

(PAP)

Opracowanie: Radosław Szymczuk