Miesięcznik Dzikie Życie

3/285 2018 Marzec 2018

Szczyt „spontaniczności” – przygotowania do COP 24 w Katowicach

Hanna Schudy

Krytyka z pozycji ekologicznej, obywatelskiej czy działania artystycznego rodzi się często jako wyraz spontanicznego i kreatywnego skojarzenia pewnych faktów oraz mobilizującej woli wyrażenia tego na zewnątrz. Jest zazwyczaj wyrazem serca, emocji, dzieje się tu i teraz, natomiast rzadziej jest przemyślaną strategią, zaplanowaną na konkretny czas. Tak pojęta krytyka jest odpowiedzią. Podczas kolejnego Szczytu Klimatycznego COP 24 w Katowicach, spontaniczność ruchu klimatycznego może być znacznie ograniczona. Powód – bezpieczeństwo. Pytanie – ale kogo?

Polska w roli odważnego moderatora?

Obrazek

Wystawa międzynarodowych banerów z demonstracji podczas szczytu COP 23. Bonn 2017 r. Fot. Małgorzata Tracz

Szczyt Klimatyczny w Katowicach w 2018 r., w roku świętowania przez Polskę 100-lecia odzyskania niepodległości, to ważny etap realizacji celów Porozumienia Paryskiego – temperatura na powierzchni Ziemi nie może przekroczyć 1,5 stopnia Celsjusza, w stosunku do epoki przedindustrialnej. To kluczowe już nie tylko dla przyszłych pokoleń. Także życie nas, doczesnych może się pogorszyć, jeżeli „zaatakują” nas ekstremalne warunki pogodowe. Zmiany klimatu przyczyniają się też do negatywnych skutków zdrowotnych m.in. przez zmieniające się zasięgi występowania drobnoustrojów, o czym informuje ostatnio na swojej stronie także Bank Światowy1. Dotychczasowe rozwiązania są wciąż za słabe, aby zwolnić tempo spalania paliw kopalnych czy ograniczyć machinę intensywnego, przemysłowego rolnictwa. W Katowicach nie może zatem zabraknąć koniecznej korekty i wyłożenia kart na stół. W 2015 r. w Paryżu nie doprecyzowano ważnych kwestii – wkłady poszczególnych krajów odnośnie redukcji emisji gazów cieplarnianych (INDC) zostały określone jako dowolne, z kolei mechanizmy kontrolne realizacji postępów nie przewidują późniejszego karania. Jak na razie, jeżeli strona porozumienia nie realizuje deklarowanych wkładów, może się spotkać co najwyżej z publiczną krytyką czy pośrednimi konsekwencjami dyplomatycznymi, jednak nie ma mowy o karaniu. W Katowicach te niewygodne kwestie będą przedmiotem rozmów. Polska, jako gospodarz, obejmie przewodnictwo negocjacji na temat doprecyzowania powyższych luk. Wiele jednak wskazuje, że Polska będzie się raczej kierować „zdrowym rozsądkiem”, a nie ambicjami klimatycznymi2. Co więcej polskie i międzynarodowe społeczeństwo nie będzie mogło spontanicznie włączyć się do procesu poprzez wyrażanie swojego poparcia czy niezadowolenia na ulicy3. Czy delegaci usłyszą głosy zadowolenia albo wkurzenia pochodzące z ulicy?

Wioska potiomkinowska

Kandydatura Polski do organizacji COP w Katowicach w 2018 r. oceniana jest z jednej strony jako przypadek – i tak ktoś musiał zająć się organizacją. Komentuje się też, że o żadnym przypadku nie może być mowy biorąc pod uwagę ambicje Polski, jeżeli chodzi o przeciwdziałanie zmianom klimatu, a raczej robienie dobrej miny do złej gry. Kraj nad Wisłą, a konkretnie rządzący – i to niestety nie tylko obecni – chcieliby widzieć siebie jako liderów w walce ze zmianami klimatu. Niestety wiele wskazuje, że nie jesteśmy prymusem, a raczej pawiem narodów. Nasze „ambitne” działania zostały z resztą zauważone podczas ostatniego szczytu w Bonn – Polska już na samym początku dostała antynagrodę przyznawaną przez organizację Climate Action Network, a konkretnie przez wydawany przez nich „Dziennik szczytowy” ECO.

Polska lubi się chwalić osiągnięciami w zakresie polityki klimatycznej. Faktem jest, że w naszym kraju emisje CO2 są rzeczywiście mniejsze niż w latach 90., aczkolwiek powodem tej „imponującej” redukcji nie jest proaktywne odchodzenie od spalania paliw kopalnych, ale transformacja ustrojowa, która doprowadziła do zamknięcia wielu instalacji przemysłu energochłonnego. Dodatkowo Polska jako rok bazowy dla redukcji emisji przyjęła 1988, kiedy emisje rzeczywiście były bardzo wysokie, a nie rok 1990, który jest uznany za bazę w ramach protokołu z Kioto. Warto też dodać, że dużą rolę odegrał potem przemysł, który zmodernizował się pod względem energooszczędności, jednak odbyło się to bez takiego wsparcia państwa jakiego doświadczyła energetyka czy górnictwo. Trudno też pogodzić rolę rzekomego lidera w przeciwdziałaniu zmianom klimatu z wciąż planowanymi nowymi elektrowniami na węgiel czy z budową nowych odkrywek. Kontrowersje wzbudza również obecny stan jakości powietrza – wciąż mamy najgorsze warunki w Europie. Jednym z działań obronnych miały być nowe normy jakości węgla, ale ostatecznie usunięto siarkę, jako czynnik decydujący o jakości węgla. Pomysł, jakim jest pochłanianie emisji przez tzw. leśne gospodarstwa węglowe nie znajduje poklasku ani nawet zrozumienia u naukowców, także tych pracujących kiedyś w zespole IPCC, np. Piotra Tryjanowskiego.

Obrazek

Rzeźba Jensa Galschiøta „Unbearable” wykorzystuje grę słów. Jest to coś nieznośnego, ale też nie odpowiedniego dla niedźwiedzi. Strzałka przebijająca niedźwiedzia symbolizuje tempo, w jakim wzrasta w ostatnich latach temperatura oraz emisje. Fot. Małgorzata Tracz

Wydaje się zatem, że wzięcie na siebie tak dużego wyzwania logistycznego jak organizacja szczytu klimatycznego Narodów Zjednoczonych przy jednoczesnym nikłym, proaktywnym działaniu na rzecz chociażby adaptacji do zmian klimatu, może sugerować, że jest to zagrywka wizerunkowa. W osłupienie wprawia kwota jaka zostanie przeznaczona na organizację szczytu w porównaniu z np. wkładem Polski do Zielonego Funduszu Klimatycznego, który ma na celu wspieranie projektów w krajach rozwijających się, by lepiej sprostały wyzwaniom związanym ze zmianami klimatu (m.in. ochrona przed klęskami żywiołowymi, ochrona lasów, zmniejszenie emisji szkodliwych gazów). Do tego dochodzi Specustawa, ws. organizacji szczytu klimatycznego ONZ w Katowicach, która przewiduje zakaz spontanicznych demonstracji podczas szczytu klimatycznego. Ma się też poprawić monitoring. Ten ma na celu również informowanie o ewentualnym wystąpieniu zjawisk smogowych4. Organizacje ekologiczne polskie i międzynarodowe zareagowały też na plany bardziej wzmożonego zbierania danych uczestników COP. Same Narody Zjednoczone od lat zbierają dane osobowe, dlaczego zatem na tym szczycie działania te miałyby być uzupełnione dodatkową kontrolą? Wszystko to wskazuje, że przygotowania do szczytu to raczej konstrukcja upiornej wioski potiomkinowskiej.

Biedna Polska

Jednym z argumentów, jakie chętnie kładziemy na stół, kiedy przychodzi do pokazania, na ile nasz kraj jest w stanie się zaangażować się w walkę ze zmianami klimatu jest to, że jesteśmy krajem biednym. To nie MY będziemy pomagać, bo to MY wciąż potrzebujemy pomocy. Powyższe kontrastuje jednak ostatnio z doniesieniami, że jesteśmy dobrze rozwijającą się gospodarką. Nasz PKB, jak twierdzą od lat rządzący, nie może sobie jednak pozwolić na odchodzenie od węgla, ponieważ nas na to... nie stać5. Trzeba jednak pamiętać, że w latach 1990-2016 Polacy dopłacili 230 miliardów zł do górnictwa i energetyki opartej na węglu. Wraz z tzw. kosztami zewnętrznymi ukryty rachunek za węgiel rośnie do astronomicznej kwoty 1 biliona 973 miliardów zł – czytamy w raporcie WISEEuropa6. Wsparcie dla węgla w Polsce często rozumiane jest jako symboliczne, a nie tylko ekonomiczne. Podczas, gdy z naszego budżetu co roku dedykowane jest wsparcie finansowe i strukturalne dla kopalń oraz elektrowni, nasz wkład w pomoc dla krajów rozwijających się na drodze przeciwdziałania zmianom klimatu jest niewielki. W 2014 r. Stany Zjednoczone obiecały 3 mld dolarów na wsparcie Zielonego Funduszu Klimatycznego (Green Climate Fund GCF). Niemcy obiecały wówczas 750 mln euro, a Polska 8 mln zł. Obecnie przewiduje się, że wsparcie Polski będzie większe – 30 000 000 zł. Kwota ta kontrastuje z 140 000 000 zł, które przeznaczymy na organizację Szczytu Klimatycznego7. Z dokumentów wynika też, że kraje jak np. Węgry czy Czechy przeznaczą na Fundusz Klimatyczny więcej8.

Spontaniczny spektakl

Biorąc pod uwagę polski gest jeżeli chodzi o przeznaczanie środków publicznych na organizację szczytu klimatycznego, roczne wsparcie dla elektrowni i kopalni węglowych, wreszcie proponowany wkład do Zielonego Funduszu Klimatycznego, można uznać, że stoi za tym nie planowanie nastawione na osiągnięcie celu, jakim jest przezwyciężanie kryzysu klimatycznego, ale skrupulatnie przygotowywany spektakl, jaki często towarzyszy imprezom sportowym, a obecnie też klimatycznym. I o ile scenografia na pierwszy rzut oka może się wydawać przekonująca, to jednak historia, która ma być opowiedziana zawiera elementy niespójne z ogólną narracją reżysera. Zestawmy bowiem politykę klimatyczną z polityką ds. uchodźców. Wsparcie w ramach Funduszu Klimatycznego dla krajów rozwijających – jeżeli chodzi o ich adaptację i przeciwdziałanie skutkom zmian klimatu – mogłoby stanowić część polskiego planu pomagania „na miejscu” uchodźcom czy też osobom, które do ucieczki z własnego kraju są zmuszone warunkami lokalnymi. Konflikty zbrojne, które często decydują o migracji wiążą się jednak ze zmianami klimatu. Kryzys klimatyczny przyczynia się bowiem do wojen klimatycznych, do ograniczonego dostępu do surowców strategicznych jak np. woda. Zwiększając swój wkład do Funduszu Polska mogłaby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, ale niestety podpałka nie wystarczy nawet na jedną.

O „spontaniczności” całego spektaklu może też świadczyć wybór Katowic. Jest to zrozumiałe, jeżeli weźmiemy pod uwagę symbolikę – była stolica polskiego górnictwa miejscem światowych rozmów dotyczących przeciwdziałaniu kryzysowi klimatycznemu. Jednak czy Katowice są przygotowane na przeprowadzenie szczytu oraz na przyjęcie takiej ilości delegatów oraz osób, które chciałyby wziąć udział w wydarzeniach towarzyszących? Oto pytanie, jakie stawiają sobie często również organizatorzy imprez sportowych. Dlaczego bowiem nie skorzystać ze sprawdzonej infrastruktury Warszawy czy Poznania? Na COP ma się pojawić około 20-30 tys. osób. Katowice będą zatem wyzwaniem szczególnie dla ruchu obywatelskiego. Okazuje się, że już prawie rok czasu przed planowanym wydarzeniem, w Katowicach i okolicach brakowało miejsc noclegowych czy przestrzeni na organizację różnych wydarzeń. Jeżeli chodzi o logistykę, lepsza byłaby Warszawa. Po rozmowach z lokalnymi organizacjami poruszającymi m.in. takie ważkie kwestie jak zanieczyszczenie powietrza czy odejście od przemysłu wydobywczego na rzecz zielonych miejsc pracy okazuje się, że miasto Katowice niewiele robi, aby nawiązać współpracę i wykorzystać doświadczenie lokalnych NGO właśnie przy okazji szczytu. Patryk Białas ze stowarzyszenia BoMiasto, które prowadzi Katowicki Alarm Smogowy, tak komentuje sytuację: „Władze Katowic deklarują otwartość, wolę współpracy i wrażliwość na organizacje pozarządowe. Przykre jest to, że często przejmują oddolne inicjatywy i komunikują je opinii publicznej jako swoje pomysły na rozwiązanie problemów społecznych. Tymczasem nie o komunikację chodzi, ale o działanie i rozwiązywanie problemów ocieplenia klimatu i zanieczyszczenia powietrza”. Mimo że ostatnio współpraca organizacji obywatelskich i władz miasta nieco się ociepliła, wciąż jednak trudno mówić o wspólnej wizji. A doświadczenie wskazuje, że dla miast udane szczyty klimatyczne to te, gdzie władze poważnie potraktowały rolę ruchu obywatelskiego w organizacji i realizacji tego rodzaju przedsięwzięcia.

Uwaga na protesty

Szczyty klimatyczne to nie tylko spotkania delegatów – to również cała masa wydarzeń organizowanych przez społeczeństwo obywatelskie z całego świata. Do tradycji wszedł marsz klimatyczny, kiedy obywatele wychodzą na ulice i w pokojowy sposób komunikują, często w sposób bardzo kreatywny, swoje żądania do delegatów, których działania wciąż wskazują na brak odwagi i woli politycznej. Można powiedzieć, że kiedy trwa szczyt klimatyczny, to tak naprawdę odbywają się co najmniej dwa szczyty – ten oficjalny pod auspicjami UN oraz nieoficjalny. Co więcej ten nieoficjalny jest bardziej otwarty i transparentny, gdyż są elementy oficjalnych obrad, do których dostęp mediów i organizacji pozarządowych jest ograniczony. Nie wspominając o tym, że jeżeli ktoś planuje śledzić przebieg Szczytu, to o akredytację musi się postarać na kilka miesięcy przed samym wydarzeniem. Dla mieszkańców nie ma w zasadzie szans na obserwację COP-u, na którego organizację idą często ich publiczne pieniądze z budżetu miasta. Szczyt towarzyszący jest też głośny i przemawia głosem zwykłych ludzi. Spontaniczne demonstracje w odpowiedzi na pasywność delegatów były w ostatnich latach znakiem firmowym szczytów klimatycznych.

Obrazek

Rzeźba Jensa Galschiøta „Wolność do emisji”. Fot. Małgorzata Tracz

Kiedy jednak ruch klimatyczny z całego świata już szykuje się na kolejne marsze i happeningi podczas COP, Polska wprowadza znaczące ograniczenia – będą się mogły odbywać tylko te wydarzenia, które zostały wcześniej zgłoszone9. Specustawa przewiduje, że od północy 26 listopada do godz. 23:59 16 grudnia br. na terenie Katowic zabronione będzie uczestnictwo w zgromadzeniach spontanicznych. Powodem ma być bezpieczeństwo terrorystyczne. Co ciekawe, kiedy w 2015 r. w Paryżu odbywał się COP i minęło niewiele czasu po atakach terrorystycznych, które wstrząsnęły całym światem, miasto nie zamknęło drzwi przed protestującymi. Co prawda marsz klimatyczny się nie odbył, ale miały miejsce inne lokalne wydarzenia czy happeningi. W 2018 r. w Katowicach polski rząd planuje iść na całość – chce zakazać spontanicznych demonstracji. Urszula Stefanowicz z Koalicji Klimatycznej komentuje: „Dążenie do zapewnienia bezpieczeństwa podczas COP w Katowicach jest zrozumiałe, choć można mieć wątpliwości, czy faktycznie mamy do czynienia z tym samym poziomem zagrożenia, jak w podczas COP w Paryżu, kiedy zdarzyły się faktyczne ataki, czy podczas ostatniego COP w Bonn. Mimo zagrożenia w Paryżu odbyły się akcje. Aktywiści musieli tylko być bardziej kreatywni, np. zamiast demonstracji zastawili wielki plac butami symbolizującymi zaangażowanych ludzi lub zebrali się w jednym miejscu na krótką chwilę oficjalnej, zgłoszonej akcji, a potem wszyscy rozeszli się z miejsca akcji, w tym samym kierunku... Ważne jest, by rząd nie traktował jak zagrożenia organizacji pozarządowych, które chcą tylko w całkowicie pokojowy sposób zademonstrować swoje poglądy. Niedopuszczalne jest wykorzystanie kwestii bezpieczeństwa jako pretekstu do zablokowania głosu społeczeństwa”. Trzeba dodać, że podobnie jak w przypadku gromadzenia danych osobowych, także w tym przypadku wprowadzenie tego zakazu wydaje się być redundantne. Krytyczne pytania prowokuje zatem nie to, że trzeba zgłaszać demonstracje, ale to że Polska wprowadza dodatkowo obostrzenia. Wprowadzenie tych ram czasowych i przestrzennych – zakaz na terenie miasta Katowice – może prowadzić też do sytuacji, które tylko dodatkowo ośmieszą nas na arenie międzynarodowej. Przecież nic nie wskazuje, aby takie spontaniczne akcje nie mogły się odbyć w Warszawie, we Wrocławiu czy np. w Bełchatowie.

Witamy w epoce półcienia

Międzynarodowy i ponadwyznaniowy ruch klimatyczny często sięga po środki artystyczne, kreatywne po to, aby tym bardziej dotrzeć do wyobraźni i sumienia delegatów. Kiedy delegaci za murami sal konferencyjnych wypowiadają okrągłe zdania, aktywiści wznoszą transparenty okrzyki, protest songi. Przesłanie ruchu klimatycznego ma wymiar krytyczny wobec kapitalizmu, a do tego jest głęboko humanistyczne czy wręcz oświeceniowe – wychodzi od danych naukowych, a następnie angażuje emocje, które przekraczają nasz instynktowny egoizm. Sceptycyzm decydentów względem danych naukowych czy brak proaktywnego działania na rzecz cywilizacji ludzkiej świadczy jednak raczej nie o oświeceniowych inspiracjach, ale o tym, że – jak pisze Naomi Orestes w książce „Upadek cywilizacji Zachodniej” – znajdujemy się w „epoce półcienia”10. Jest to chyba najsmutniejsza konkluzja, jaką może wypowiedzieć człowiek czy ludzkość, która dzięki nauce osiągnęła tak wiele. Przecież wszystko wiemy i mamy narzędzia – dlaczego zatem tego nie wykorzystujemy? To jest właśnie dylemat „epoki półcienia”, jednak my dzisiaj nie zdajemy sobie z tego sprawy. Taką konkluzję można wypowiedzieć najczęściej z perspektywy czasu, a Naomi Oreskes pisze swoją książkę science fiction z pozycji 2393 r.

Ruch klimatyczny jest utopijny, ale ma potencjał krytyczny. Nawołuje do czegoś, na co ludzkości nigdy nie było stać, mimo że od dawien dawna mowa była o czymś takim, jak dobro wspólne czy waga działania w imieniu innych ludzi. Dzisiaj nie chodzi tylko o dobro własnych rodaków, bo nie da się przewidzieć, kiedy i kto zostanie poszkodowany w wyniku zmian klimatu. Można jednak wskazać winnego – to wielki przemysł paliw kopalnych, który od lat 70. XX wieku wie, że przyszłość węgla jest policzona. To również kultura konsumpcyjna i generalnie turbokapitalizm, który uzależniony jest od pracy najemnej, wykorzystywania ludzkich ciał oraz przyrody. Protesty na ulicach będą kierowane zatem nie tylko do delegatów, ale także do koncernów wydobywczych i energetycznych. Biorąc pod uwagę polską strategię energetyczną, która w dobie kryzysu klimatycznego orientuje się na atom i węgiel można podejrzewać, że ostrze krytyki skierowane będzie też przeciwko polskiej polityce energetycznej. Katarzyna Guzek z Greenpeace w zakazie dla spontanicznych zgromadzeń widzi wolę, która wykracza poza samą organizację COP: „To część znacznie szerszego trendu. Polega on na próbie uciszania wszystkich tych, którzy nie zgadzają się z wizją obecnej władzy”. Aktywistka obawia się też, że „to kolejny krok w kierunku uciszania społeczeństwa obywatelskiego, które domaga się działań na rzecz sprawiedliwości społecznej i ekologicznej”.

Katowice niczym Soczi Putina?

Obrazek

Rzeźba Jensa Galschiøta „Unbearable” wykorzystuje grę słów. Jest to coś nieznośnego, ale też nie odpowiedniego dla niedźwiedzi. Strzałka przebijająca niedźwiedzia symbolizuje tempo, w jakim wzrasta w ostatnich latach temperatura oraz emisje. Fot. Małgorzata Tracz

Zakaz wprowadzony w Katowicach nasuwa pytanie – kogo boją się ci, którzy ten zakaz wprowadzają, skoro np. w ubiegłym roku w Bonn ani miasto, ani Narody Zjednoczone nie wprowadziły takich obostrzeń, a co więcej nie wprowadził ich sam Paryż, kiedy odbywał się szczyt w 2015 r. Decyzja ta nasuwa skojarzenie Polski nie z Europą Zachodnią, ale z krajem, z którym Polska nie chciałaby stanąć w jednym szeregu – z Rosją. Budowa wioski potiomkinowskiej, czyli atrapy naszego przywództwa w globalnej walce ze zmianami klimatu, nie jest jedynym skojarzeniem. Chodzi też o jawne dyskredytowanie ekologów, nazywanie ich terrorystami, satanistami etc. I wielu może takie sugestie odrzucać, ale w Polsce dzielimy pewne imaginaria, czyli uprawomocnienia dla praktyki właśnie z Rosją. Wierzymy np., że wzrost gospodarczy wiąże się z koniecznością większego produkowania i konsumowania energii. Lubujemy się w wielkich projektach betonowych np. hydrotechnicznych, jak chociażby przekop Mierzei Wiślanej. Poparcie dla energetyki atomowej zdradza z kolei zaufanie do scentralizowanych, państwowych projektów, bo najwyraźniej w głowie się nie mieści, że obywatele mogą produkować energię a państwo nie musi mieć wszystkich instalacji na własność i w pełni ich kontrolować. W zdumienie mogą też wprawiać słowa ministra Krzysztofa Tchórzewskiego, który twierdzi, że zgoda na atom będzie, jeżeli koszty energii nie będą większe niż z energetyki węglowej, ale też mniejsze odnawialnej11. Plutopia czyli utopia atomowa to jedno z imaginariów, które sprawia, że wciąż nie ufamy zwykłym ludziom, że poradzą sobie lokalnie z produkcją energii. Zresztą o plutopii świadczy też to, że budujemy stadiony, boiska, aquaparki z myślą o naszych krzepkich obywatelach, mimo że nie wpływa to na nasze zdrowie, gdyż mamy fatalne powietrze przez które umiera przedwcześnie w Polsce około 50 000 osób rocznie. Zresztą zarówno infrastruktura sportowa, jak i energetyczna nie musi w naszym kraju mieć uzasadnienia ekonomicznego. Kiedy ekolodzy, w tym Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, protestują, że np. rozbudowa kurortów narciarskich w miejscach, gdzie niedługo nie będzie ani śniegu, ani walorów turystycznych zaszkodzi interesowi lokalnej ludności, większość i tak dopatruje się w działaniach ekologów spisku. Za symptomatyczne można też uznać to, że to w Rosji, a konkretnie podczas olimpiady w Soczi, a nie w Paryżu po atakach terrorystycznych, wprowadzono podobny zakaz dla organizowania spontanicznych protestów12. Kiedy budowano stadiony i niszczono środowisko a przy tym prawa człowieka, Putin wsadzał ekologów do więzienia, przesiedlał ludzi, wywłaszczał ziemie. Mimo że rozbicie protestu w Puszczy Białowieskiej nie było tak brutalne jak eliminacja ekologów w Rosji np. w protestach w lesie koło Chimek, to jednak gorzki smak tego skojarzenia zostaje13.

Cenzura matką metafory

Tam, gdzie spontaniczność okazuje się wrogiem, niedaleko do dyktatury. Jednocześnie jednak właśnie w Polsce dobrze wiemy, że cenzura jest matką metafory. I paradoksalnie polski zakaz dla spontanicznych demonstracji może się okazać motorem dla kreatywności w temacie zmian klimatu. Tego w Polsce cały czas brakuje, gdyż kwestia ta konotowana jest raczej z tematyką specjalistyczną czy techniczną, podczas gdy jest ona społeczna i kulturowa. Kryzys klimatyczny jest rezultatem naszej konsumpcyjnej kultury i przekonania człowieka o swojej omnipotencji. I być może przekaz artystyczny, kreatywny, społeczny przyczyni się w Polsce do zmiany nastawienia do kwestii klimatu. Małgorzata Tracz (Partia Zieloni) przywiozła z ostatniego szczytu w Bonn zdjęcia przedstawiające właśnie instalacje artystyczne: „COPy są okazją do szerzenia wiedzy o zmianach klimatu, ich przyczynach i skutkach. Artyści mają w tym swój wkład, np. duński rzeźbiarz Jens Galschiøt. Prezentuje on swoje prace jak „Unbearable” (praca komentująca postępujący wzrost emisji gazów cieplarnianych), „Uchodźcy klimatyczni czy Freedom to Pollute”. W 2017 r. w Bonn oprócz dzieł Galschiøta w przestrzeni publicznej były także organizowane wystawy transparentów, interaktywne instalacje, debaty i otwarte spotkania dotyczące kwestii klimatycznych. Tak ważnemu wydarzeniu o światowej randze jak COP powinno towarzyszyć jak najwięcej akcji oddolnych, edukacyjnych i kulturalnych. A działania artystyczne i kulturalne w dużej mierze opierają się na spontaniczności” – przekonuje Tracz.

Ochrona klimatu nie istnieje

Zamykanie ust ludziom, którzy chcą Polski czystej ekologicznie, Polski niezależnej energetycznie oraz wyciszanie apelu o porzucenie starych metod ujarzmiania przyrody dla celów energetycznych wydaje się symptomatyczne właśnie w roku obchodzenia przez Polskę 100-lecia odzyskania niepodległości. Polska stawiając na węgiel i atom nie idzie w stronę niezależności, bowiem tani węgiel oraz uran oznacza raczej uzależnienie się od importu z zewnątrz. Ograniczenie możliwości organizacji spontanicznych demonstracji podczas międzynarodowego wydarzenia może być też zaskoczeniem dla tych, którzy Polskę kojarzą np. ze strajkami czy Solidarnością. Patryk Białas z „BoMiasto”: „Bardzo źle oceniam zakaz zgromadzeń spontanicznych. W mojej ocenie Katowice stracą na tym wizerunkowo. Dlatego, jako stowarzyszenie BoMiasto postanowiliśmy, we współpracy z Parkiem Naukowo-Technologicznym Euro-Centrum oraz innymi partnerami krajowymi i zagranicznymi, stworzyć przestrzeń do rozmów i spotkań dla aktywistów miejskich i organizacji pozarządowych”.

W styczniu 2018 r., który jak na środek zimy wydaje się dość dziwny, Polska śledzi sporty zimowe, które coraz częściej odbywają się bez udziału zimy. Oglądanie sportu nie oznacza jednak, że jako społeczeństwo jesteśmy aktywni fizycznie. Raczej się przyglądamy. Niektórzy twierdzą nawet, że współczesny sport nie istnieje – mamy raczej przemysł rozrywkowo-ekskluzywny14. Że jest to pokazówka, która cieszy niewielu, mimo że składa się na to całe społeczeństwo. Czy podobną konsternację powinniśmy wyrazić odnośnie polskiej polityki klimatycznej? Jak na razie mamy zakaz spontaniczności w imię bezpieczeństwa, ale raczej dla węgla oraz atomu. A do tego dość „spontaniczne” czy pozbawione sensownego uzasadnienia wydawanie pieniędzy na masowe imprezy klimatyczne czy sportowe. Być może ochrona klimatu w Polsce także nie istnieje... Ale poczekajmy do listopada. Może spontaniczność nas jeszcze zaskoczy.

Hanna Schudy