Miesięcznik Dzikie Życie

11/53 1998 Listopad 1998

Krasnoludki, duszki, skrzaty...

Bożena Karolina Bielenin

„A ja przecież wam powiadam, krasnoludki są na świecie”
Maria Konopnicka

Krasnoludki, duszki, skrzaty i inne małe stworzonka, o których zaopatrzeni w „szkiełko i oko” racjonaliści nie chcą mówić – to bohaterowie mojej pracy. Nie zamierzam tu nikogo przekonywać co do istnienia tych stworzeń, ani do potrzeby ich ochrony, jako że są symbolami naszej żywej, ludowej tradycji. Nie powiem też wcale, że ci, którzy nie czują potrzeby ocalenia ich od zapomnienia, już dawno zostali pożarci Przez machinę cywilizacji i stworzenia te interesowałyby ich o tyle, o ile można by na nich zarobić. Nie będę również snuć naukowych teorii, dlaczego trzeba ratować kulturę, tradycje i przyrodę. Nic z tych rzeczy. Tak sobie tylko będę „duby smalone bredzić”, a kto przeczyta tę pracę już będzie wiedział czym ma się zająć w przerwie pomiędzy lunchem w McDonald'sie, a kolejnym niezmiernie ważnym telefonem. Ja tylko mówię to co jest napisane w motcie. Nie wiem, czy skrzaty żyją w zabieganej Warszawie, dlatego nie będę o nich pisać. Ale jest taka kraina, w której rozmaitych straszków jest całkiem sporo.

To Ziemia Pszczyńska, leżąca na mało bajecznym Górnym Śląsku. To wymarzone miejsce dla rozmaitych „stworków” ­duchów i demonów, które tu, w dorzeczu Wisły, Pszczynki i Gostynki szczególnie łatwo się zadomowiły. Stare drzewa, magiczne wykroty, mroczne bagna i groble to idealny teren dla króla „utoplców pszczyńskich” – Paterplesa oraz licznych jego poddanych: topielic, strzyg i strzygoni, lotawic i lotawców, diobłów, czarownic, połednic, świetli i innych. Owe istoty to jak głosi słowiańska demonologia, dusze zmarłych nienaturalną śmiercią ludzi czy nieochrzczonych dzieci, które teraz, błąkając się między niebem i ziemią cierpią okrutne męki i prześladują żyjących. Wiele z nich to demony złośliwe, a nawet niebezpieczne, jak np. strzygi i ich męskie odpowiedniki strzygonie. Znane są one na całej Słowiańszczyźnie. To duchy skąpców, oszustów i zbrodniarzy, które (najczęściej o północy) wychodzą z grobów i napadają na ludzi, duszą ich i wysysają z nich krew. Pojawiają, się w ludzkiej postaci odziani w czarne łachmany, mają czerwoną twarz i szyję, szyderczy uśmiech i ogólnie szkaradny wygląd. Aby uchronić się przed demonami zazwyczaj powinna wystarczyć modlitwa. Jeżeli jednak ona – nie pomoże, należy zmarłemu, podejrzanemu o bycie „stworkiem” wywiercić otwór w trumnie i wsypać np. mak, by duch, zajęty zbieraniem ziarenek, nie miał czasu straszyć. Notabene – do dziś tę tradycję się kultywuje, choć w nieco zmienionej postaci, np. dając zmarłemu do trumny modlitewnik i różaniec. Jeżeli jednak i ta metoda zawiedzie i uporczywy demon nadal będzie straszyć pozostaje znany wszystkim z horrorów sposób ujarzmiania wampirów, mianowicie wbicie w serce osinowego kołka. Przy okazji udzielania praktycznych porad, powiem od razu, że przy spotkaniu ze straszkiem należy go zawsze bić od lewej strony. Wtedy on maleje tak, aż w końcu znika. W przypadku bicia od prawej dzieje się dokładnie na odwrót. Poza tym wszelkie demony boją się modlitwy, więc i ona może być pomocna w bliskich spotkaniach z tego rodzaju istotami. A co do lotawic (wietrznic) – dusz dzieci bez chrztu, uwiedzionych dziewczyn czy młodych, którzy nie zaznali w życiu prawdziwej miłości ­ludzie nie mający ciężkich grzechów przed ich wpływem mogą się uchronić mówiąc: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Jakżeś panna niech ci będzie Anna, a jak młodzieniec, niech ci będzie Wawrzyniec”. Od uroku lotawicy można się jeszcze wyzwolić stosując odpowiednie zabiegi magiczne, np. okadzając się dymem z suszonego świńskiego łajna.

Ale oczywiście są i duszki pomocne ludziom. Taka jest np. świetla – dobry duch leśny pojawiający się pod postacią świetlistej kuli zbłąkanym wędrowcom w nocy w lesie. Pomaga odnaleźć drogę do wyjścia jednak tylko tym, którzy gorąco ją o to poproszą i będą umieli za pomoc podziękować. Dobre są również – przynajmniej w tych stronach – połednice (południce), które strzegą zboża. W innych częściach Słowiańszczyzny są to demony złośliwe zsyłające na żniwiarzy senność i niemoc oraz pożerające dzieci pozostawione na polu bez opieki.

Niestety dzisiejsze czasy, nawet na Ziemi Pszczyńskiej, nie sprzyjają duszkom: „Świat sie psuje, ludzie sie psujom. Musi przyjść jakoś kora Bosko, kiero tych ludzi łopamiynto (...). Wto jaki paskudztwo mo na placu, wywozi je po ćmoku ku lesie, ku krzokom, do krzypopek... Że sie tak ci ludzie swego ciynia nie wstydzą (...). W takim zeszpeconym i pokaliczonym krajiczku, to ani ptok nie chce śpiywać, kożde stworzynie biere sie i ucieko w lepsze strony. Nawet straszki sie kajś wszystki podzioły”1. Zanieczyszczenie środowiska, degradacja ostatnich, pełnych magii dzikich miejsc, zamerykanizowanie społeczeństwa – to wszystko sprawia, że ludzie odchodzą od tradycji, od korzeni. Coraz rzadziej słyszy się gwarę, widzi się ludowe stroje, zabawy. Zamiast swojskich „Andrzejek”, „Nocy Kupały”, dożynek i festynów pojawiają się „Walentynki”, „Halloween”, McDonaldsy, dyskoteki i ogólnie jest „hot” i „cool”.

Jednak myślę, że nie jest jeszcze za późno, by w otchłani czasu pogrążyła się kultura. Jest taka uroczystość związana z ludowymi tradycjami i wierzeniami. To organizowany w Bojszowach przez Urząd Gminy i Gminny Ośrodek Rozwoju „Rajd utoplców pszczyńskich”. Impreza ta powstała z inicjatywy znanego w tych stronach działacza kulturowego, Alojzego Łyski i odbywa się co rok od czasu utworzenia gminy, czyli od 1991 roku. Łysko jest autorem kilku książek tematycznie związanych z kulturą ludową Ziemi Pszczyńskiej, jak „Duchy i duszki bojszowskie”, „Klechdy pszczyńskie”, czy „Echa pszczyńskiego lasu”. Dwie pierwsze wymienione przeze mnie książki pisane są gwarą śląską i są to opowieści ludzi, które autor wysłuchał i spisał.

„Rajd utoplców...” należy do cyklu imprez towarzyszących dożynkom i odbywa się mniej więcej w połowie września. Oprócz „Rajdu...” do tego cyklu zalicza się jeszcze kilka konkursów i zawodów:

  • konkurs o tytuł włodarza, polegający na wyłonieniu spośród mieszkańców każdej wsi gminy jednej osoby, która w jakiś sposób przyczyniła się dla swojej miejscowości: np. radny, strażak, nauczyciel
  • konkurs białej róży, w którym wybiera się gospodarza mającego najczyściej w domu, budynku gospodarczym i obejściu
  • bieg „Od Jana do Jana” tzn. od pomnika św. Jana Nepomucena w Jedlinie do św. Jana Chrzciciela, który jest patronem gminy i jego wizerunek znajduje się w jej herbie
  • wyścig rowerowy dla dzieci rozgrywający się w dwóch grupach wiekowych

W jednym roku zorganizowany był mecz piłki nożnej, w którym nagrodą był... wieprzek. W ostatnim dniu zabaw odbywają się uroczyste dożynki. Rozpoczynają się one mszą świętą, na której zostają poświęcone płody roli. Następnie przez całą gminę wędruje korowód prezentujący narzędzia związane ze żniwami od prymitywnych cepów, sierpów i kos po nowoczesne kombajny. Przy okazji dożynek organizowane są zawsze wystawy twórczości miejscowych artystów, malarzy, rzeźbiarzy, wystawy płodów rolnych i efekty pracy pszczelarzy. Poza tym rozgrywany jest turniej skata. Skat to tradycyjna śląska gra w karty. No i oczywiście jest „Rajd utoplców pszczyńskich”. Podobnie jak wymienione wcześniej imprezy, jest to zabawa agonalna, tzn. polegająca na współzawodnictwie. Po pierwsze dlatego, że co roku aranżuje ją inna miejscowość. Może się więc każda wieś wykazać własną inicjatywą. Po drugie natomiast, że cały przebieg zabawy ma charakter konkursu wieńczonego oczywiście nagrodami. W „Rajdzie...” biorą udział dzieci i młodzież w wieku szkolnym. Przygotowane są przez nauczycieli do występów, bowiem każda grupa reprezentująca daną wieś musi przedstawić swój program artystyczny, np. piosenkę o wsi, skecz czy opowiadanie o duszku. Każdy uczestnik zabawy musi być przebrany za jakiegoś straszka. Stroje są również elementem konkursu i podlegają ocenie jurorów. Zdarzyło się nawet raz, gdy „Rajd..” organizowany był w Jedlinie, że na uroczystość przybył sam król utoplców ­Paterples. Przypłynął on ze swojej posiadłości na Suchej Grobli w asyście poddanych. Cały orszak oświetlony był blaskiem pochodni. Sam Paterples wyglądał zgodnie z wszelkimi wyobrażeniami o nim. Tzn. był to „chłop (...) z petronelom (...) zamias szłapów (...) mioł koński kopyta (...) szkaradny pysk”2.

Ogólnie „Rajd...” można podzielić na kilka etapów:

  1. Pokonanie wyznaczonego strzałkami szlaku i wykonanie po drodze wskazanych przez nie czynności.
  2. Program artystyczny oraz różne inne konkursy np. na najlepszy strój.
  3. Wręczenie nagród.
  4. Ognisko i zabawa.

Trasa wyznaczona młodym „utoplcom” jest zwykle kilkukilometrowa i ich zadaniem jest jak najszybsze jej pokonanie. Poza tym należy zbierać strzałki, które dla każdej grupy są innego koloru. Nie jest to wcale łatwe zadanie, ponieważ czasem trzeba się po nie wspiąć na słup lub płot. Ale na mecie czeka nagroda, więc chęć wygranej dodaje sił. Po dotarciu wszystkich na miejsce rozpoczyna się prezentacja strojów oraz programy artystyczne. Młodzież popisuje się znajomością ludowych pieśni, legend, gwary, którą posługuje się zresztą na co dzień. Po występach zostaje wyłoniona zwycięska grupa, która otrzymuje dla szkoły dyplom oraz rozmaite nagrody. Klęska porażki pozostałych uczestników zabawy nie jest jednak tak wielka, by pałali żądzą zemsty, ponieważ później wszyscy razem bawią się przy ognisku i na dyskotece. Tu, w moim przekonaniu, organizatorzy idą na pewien kompromis z cywilizacją. Nie starają się bowiem o ludową kapelę na zabawę, by tradycji mogło stać się zadość, ale włączają magnetofon z muzyką dyskotekową. Mam szczerą nadzieję, że w dobie postępu technicznego za jakiś rok nie będzie grilla zamiast ogniska.

„Rajd utoplców pszczyńskich” to impreza ludyczna, czyli polegająca na zabawie. Zabawa tworzy kulturę, ponieważ wszelkie jej przejawy były w swych początkach ludyczne. Często też, jak w przypadku „Rajdu...” polegały na współzawodnictwie, gdzie konkurowały ze sobą różne plemiona, wioski, czy przedstawiciele obu płci. W ten sposób doskonalili się, by za każdym razem zaprezentować się lepiej niż rywal. Wyraźnie widać to w zawodach sportowych, które organizowane były już od czasów starożytnych. Do dziś jest to połączenie pracy i wysiłku z zabawą. Mimo, że tę ostatnią w dobie dopingów i pogoni za zyskiem widać coraz słabiej, to jednak tkwi ona cały czas w samej idei zawodów sportowych. Powaga, z jaką są one rozgrywane nie zaprzecza bynajmniej ich ludycznemu charakterowi. Podobnie poważnie wszelkie gry i zabawy traktują dzieci. „Prawdziwa czysta zabawa stanowi czynnik kultury”3, „z mitu i kultu wywodzą się (...) wielkie siły napędowe życia kulturalnego: prawo i ład, komunikacja, wytwórczość, rzemiosło i sztuka, uczoność i wiedza. I one wszystkie tkwią, korzeniami w gruncie zabawy”4. Z cytowanych fragmentów Huizingi wynika, iż zabawa pełni funkcję kulturotwórczą. Wszelkie działania związane z wierzeniami, magią i rytuałami w swej pierwotnej formie miały charakter ludyczny. „Rajd utoplców pszczyńskich” z pozoru może niewiele się różni od każdych innych zawodów sportowych, które już od dawna należą do kultury masowej. Tutaj jednak zasadniczym celem nie jest gra, ale hołd złożony tradycji.

Dla porównania chcę przedstawić jeszcze inny „Rajd utoplców pszczyńskich”, zorganizowany przez ekologów z pszczyńskiego oddziału stowarzyszenia „Pracownia na rzecz Wszystkich Istot” z Bielska-Białej. Jednym z filarów filozofii PNRWI obok głębokiej ekologii, ekofeminizmu i ekopsychologii jest bioregionalizm. Polega on na powrocie do korzeni, z których każdy z nas się wywodzi. Każde miejsce ma swoją historię i wiele magicznej energii, której można od niego zaczerpnąć. Magia owa ukrywa się w przyrodzie miejsca, jego swoistym mikroklimacie i kulturze. Członkowie pszczyńskiego oddziału „Pracowni...”, czując się emocjonalnie związani ze swą rodzinną ziemią, starają się obecnie o utworzenie Pszczyńskiego Parku Krajobrazowego. Teren ten posiada bowiem wiele cennych walorów przyrodniczych i kulturowych. Celem PNRWI jest więc propagowanie ich w mediach oraz organizowanie warsztatów będących swoistą lekcją biologii w lesie, polegających na uczeniu się od przyrody, a także krzewienie ludowej kultury i przypominanie tradycyjnych obrzędów i wierzeń. Przez bielską PNRWI organizowane są stare, pogańskie przesilenia – letnie zwane „Nocą Kupały” i zimowe, oraz jesienne i wiosenne równonoce. We wrześniu 1997 roku pszczyński oddział „Pracowni...” po raz pierwszy zorganizował „Rajd utoplców Pszczyńskich”.

Impreza, a właściwie rytuał „Rajdu...” PNRWI, miał zupełnie inny charakter od tego, który opisałam wcześniej. Tu całkowicie został odrzucony element agonalny. Uczestnicy rytuału, po założeniu masek i strojów utoplców, wcielili się w te postaci. Gdy zapadł zmrok, wszystkie „stworoki” udały się do lasu, aby tam spotkać się i wspólnie pomyśleć nad swym dalszym losem. Każdy utopel miał chwilę ciszy na rozważenie tego, co mógłby zrobić dla siebie, innych utoplców i całej przyrody. Starym, indiańskim zwyczajem (a może i słowiańskim również), na umówiony sygnał wszystkie duszki zebrały się w kręgu. Krąg jest figurą magiczną już od czasów przedchrześcijańskich. W nim to bowiem wszyscy są równi, tzn. nikt nie stoi z przodu ani z tyłu, nie ma więc podziału na lepszych i gorszych; wszyscy nawzajem widzą swoje twarze. Każdy duszek w kręgu przedstawił się kim jest, gdzie mieszka, co robi i w jaki sposób jego egzystencja jest zagrożona, np. klęską dla topielic jest zanieczyszczenie wody lub – co gorsza – osuszanie stawów i bagien. Poza tym wszystkie straszki mówiły o tym, którą ze swoich cech mogłyby przekazać ludziom, aby nauczyć ich chronić, a nie niszczyć przyrodę i kulturę. Następnie wszyscy wspólnie ustalili, że najlepiej będzie przywdziać maski ludzi i w tej postaci działać. Jednak nie mogą zdradzić swej prawdziwej natury i dać się porwać wirowi ludzkiej zachłanności i pazerności. Przez taniec kończący rytuał uczestnicy nabrali od miejsca i siebie nawzajem wiele energii i mocy potrzebnej do działania w obronie dzikiej przyrody. Taniec jest szczególną formą zabawy - praktykowane są wśród ludów pierwotnych różne rodzaje tańców, np. mające wywołać deszcz, tańce inicjacyjne, wywołujące wizje czy pozwalające wejść w trans. Sama istota rytuału wykorzystanego w „Rajdzie...” jest zaczerpnięta ze „Zgromadzenia Wszystkich Istot” – finalnej części warsztatów „Magiczny Krąg” organizowanych od kilku ­lat przez bielską PNRWI, a stworzonych przez psychologów ­Johna Seeda, Joannę Macy i Pat Fleming. Tu we wspólnym kręgu. spotykają się wszystkie istoty: zwierzęta, rośliny, żywioły, skały... Człowiek dawno temu wyłamał się z ich grona i stworzył własną cywilizację. Był i nadal jest tak zaślepiony swą pazernością, że nawet nie zauważa, że wszystko co robi obraca się na niekorzyść jego starszych w ewolucji „braci”. Dlatego wszystkie stworzenia spotykają się, by wspólnie sobie pomóc. Na koniec, aby móc działać wśród ludzi, nakładają ich maski. Jednak wewnątrz nadal pozostają istotami z kręgu.

Przedstawione przeze mnie wyżej dwie formy „Rajdu utoplców pszczyńskich” są bardzo różne. Mimo, że obie mają charakter ludyczny, to jednak ten, który opisałam jako pierwszy strukturą przypomina zawody sportowe. Impreza ta nie jest spontaniczna (jaką w swej istocie jest czysta zabawa), ponieważ ma scenariusz. Uczestnicy wcześniej uczą się tego, co będą mówić, wiedzą, jaki przebieg będzie mieć uroczystość. Cały urok zabawy – podobnie jak w przypadku zawodów sportowych – zasadza się właściwie na niepewności zwycięstwa jednej z drużyn. „Rajd...” organizowany przez pszczyńską PNRWI ma bardziej niż tamten charakter ludyczny, a raczej jest formą rytuału, teatru, w którym główną rolę gra improwizacja. Każdy jest równocześnie aktorem i reżyserem. Nie ma także podziału na aktorów i widzów. Każdy uczestniczy w tym spektaklu. Ważne jest, jak w każdym przedsięwzięciu tzw. kultury alternatywnej przeżycie poszczególnych jednostek, które tworzy się dzięki kontaktowi z przyrodą i otaczającymi ludźmi. W trakcie takiego obrzędu ujawniają się spontaniczne uczucia i reakcje, których powstanie potęguje jeszcze rytmiczna gra na bębnie, taniec i śpiew. Nie ma w ogóle agonu, nie ma grania przed sobą ról, które jest charakterystyczne dla zabaw o charakterze agonalnym.

Oba przedstawione wyżej „Rajdy utoplców pszczyńskich” są alternatywną formą działania w kulturze. Poprzez to, że są twórcze, mają jakiś wyższy cel, różnią się od kultury masowej. Głównym założeniem obu „Rajdów...” jest bowiem ocalenie od zapomnienia reliktów żywej kultury ludowej. Dlatego też nawet ten rytualny charakter jednego z nich nie ma tylko na celu wywołanie przeżycia. To jest tylko środek prowadzący do celu właściwego. A jest nim wyzwolenie energii i mocy do działania. Nie sztuką bowiem jest zaspokoić swoje zmysły wrażeniami. Gdy nie będzie przyrody, nie będzie czego kontemplować. I sztuką jest ogromną moc nabraną w czasie rytuału właściwie wykorzystać. Oto jest główny cel. Ten drugi „Rajd...” jest natomiast swoistą formą edukacji dzieci i młodzieży polegającą na ćwiczeniu umiejętności pracy w grupie, uczącą wrażliwości i przywiązania do rodzinnej ziemi, tradycji. Przez zabawę dzieci i młodzież poznają ludowe pieśni, legendy i obyczaje, których nie nauczyłyby się z żadnych książek.

Ziemia pszczyńska, o której cały czas piszę ma bardzo bogatą kulturę. Kryje w sobie wiele tajemnic, które coraz częściej intrygują badaczy. Np. w 1996 roku w Muzeum Śląskim w Katowicach odbyła się wystawa pt. „Na Ziemi Pszczyńskiej”, gdzie zostały przedstawione historia, położenie geograficzne, kultura krainy oraz współczesne zmiany. Wśród eksponatów znalazły się narzędzia, meble, a także strój duszka – Mikołaja z Łąki. W samej Pszczynie co roku, przy okazji obchodów dni miasta, organizowany jest Festiwal Folklorystyczny „Spotkania pod brzymem”, na którym już od 1976 roku prezentują się kapele i zespoły ludowe z Ziemi Pszczyńskiej. „Spotkania...” odbywają się w skansenie „Zagroda wsi pszczyńskiej” „gdzie w cieniu modrzewi – brzymów i innego starodrzewia przycupnęły, przeniesione z wiosek regionu pszczyńskiego drewniane budynki, wśród których najcenniejsze to: masztalnia z Wielklej Wisły z 1799 roku, chałupa z Grzawy z 1831 roku, XIX-wieczny młyn wodny z Bojszów i tzw. „sypanie” – spichlerz z Dębiny pamiętający XVIII wiek”5.

Ważnym również dla krzewienia ludowej kultury jest projekt Pszczyńskiego Parku Krajobrazowego utworzony przez Fundację Przestrzeni Górnego Śląska w Katowicach w 1994 roku, a realizowany obecnie przez wspomniany już przeze mnie pszczyński oddział PNRWI. Okrutnym grzechem byłoby nie powiedzieć czegoś o walorach krainy. Z przyrodniczych to głównie stara Puszcza Pszczyńska z miłościwie panującym w niej królem – żubrem, a także rozliczne stawy, które są rajem nie tylko dla topielic i utoplców, ale także dla rzadkich gatunków ptaków. Z zabytków kultury materialnej na pierwszym miejscu muszę wymienić Zamek Książąt Pszczyńskich i park przypałacowy z XV – XIX w. (był kilkakrotnie przebudowywany). Obecnie mieści się tam Muzeum Wnętrz Zabytkowych. Godne zwrócenia uwagi są również rozliczne dworki i folwarki, a także jedyne czynne w woj. katowickim uzdrowisko znajdujące się w Goczałkowicach - Zdroju.

To tylko namiastka tego, co kryje w sobie Ziemia Pszczyńska. Niestety z każdej strony czyha na nią wiele niebezpieczeństw: zanieczyszczenie środowiska, wycinanie drzew i całkiem nowe zagrożenie – decyzja o uruchomieniu tu eksploatacji metanu jako nowego nośnika energii. I to co wszędzie –zamerykanizowanie życia, odejście od kultury ludowej i tradycji. Pięknie pisze o tym cytowany już przeze mnie Alojzy Lysko w przedmowie do „Duchów i duszków bojszowskich”: „Odtąd „stary” Śląsk w tych stronach począł z wolna umierać (...) Nie widzi się „chłopionek” kroczących po wiejskich drogach, wyburza się ostatnie chałupy chłopskie – bastiony swojskości, milknie pieśń ludowa (...) zatracają się doroczne zwyczaje i obrzędy, deptane są uświęcone normy moralne, cichną usta, z których dawniej można było usłyszeć tyle mądrości.

Nastaje tu „nowy” Śląsk - dżinsowy, blokowy, zapatrzony w okienko telewizora, zachłystujący się kolorową i krzykliwą kulturą bez korzeni, zrujnowany przyrodniczo, moralnie zdeprawowany”.

Słowa Lyski odnoszą się nie tylko do Śląska, nastaje „nowa” Polska, ba! „nowy” świat, którym rządzi pieniądz. Znika potęga autorytetu. Dziś w dobie ciągłych zmian w technice, nie starsi młodszych., ale młodzi uczą starszych. Bezużyteczne stają się babcine mądrości, skoro wszelkie prawidłowe wzorce zachowań przedstawi telewizja. Dziś legendy o duszkach są zastępowane przez pełne przemocy filmy i gry komputerowe. Osłabia to wrażliwość, a podnosi agresywność wobec świata, drugiego człowieka, przyrody...

Ludzie tworzą kulturę i ona kształtuje ludzi. Przez wspólne świętowanie, spotkania przy pracy czy na zabawie społeczność łączy się emocjonalnie. Można to jeszcze, choć już niestety coraz rzadziej, zauważyć w społecznościach wioskowych.

W mieście, gdzie nawet sąsiedzi się nie znają, więzi emocjonalnej nie ma praktycznie żadnej. Każdy zamknięty jest w czterech ścianach własnego mieszkania i myśli jedynie o własnych kłopotach.

Oprócz więzi emocjonalnej ważne dla społeczności są jeszcze historia i tradycje. Szczególnie istotne są wierzenia: magiczne i legendy, które opowiadane z pokolenia na pokolenie są ciągle wzbogacane nowymi dodatkami opowiadających. W ten sposób powstaje żywa historia ludu.

Demonologia, której w tej pracy poświęciłam najwięcej miejsca, jest bardzo ważną dziedziną życia społecznego. W Polsce, i ogólnie na ziemiach Słowiańszczyzny, po przyjęciu chrześcijaństwa, Zniszczone zostały wszelkie relikty dawnej religii: posągi bogów, kamienne kręgi, kurhany, świątynie pogańskie. Ostały się jedynie rozliczne pomniejsze istoty, jak duchy i demony. Do dziś przetrwało wiele tradycji związanych z nimi. Niestety i one znikają w zastraszającym tempie w otchłani czasu i przyćmiewane są nową kulturą pozbawioną korzeni.

Opisana przeze mnie w wielkim skrócie kultura Ziemi Pszczyńskiej jest przykładem na to, że nie jest jeszcze za późno, by uratować relikty żywej historii Polski. „Rajd utoplców pszczyńskich” w obu przedstawionych wyżej formach pełni ważną funkcję w krzewieniu ludowej kultury. Ten sposób przekazywania tradycji to połączenie zabawy z nauką, działanie mające na celu nie tylko zaspokojenie własnych potrzeb, ale i wyciągnięcie wniosków. A wniosek jest taki jak motto tej pracy. Przypomnę: A JA PRZECIEŻ WAM POWIADAM, KRASNOLUDKI SĄ NA ŚWIECIE. I celem „Rajdów...” i wszystkich niedowiarków (jeżeli takowi po przeczytaniu tej pracy jeszcze istnieją) jest robienie wszystkiego, aby to hasło można było powtarzać aż do końca świata... i o jeden dzień dłużej.

Bożena Karolina Bielenin

1. Alojzy Lysko, „Duchy i duszki bojszowskie”, Bojszowy 1992, str. 37.
2. Tamże, str. 19, 20.
3. Johan Huizinga, „Homo ludens”, Warszawa 1985, str. 17.
4. Tamże, str. 16.
5. Informator z „XVI Spotkań pod brzymem”, 11-12 września 1993 r.