Miesięcznik Dzikie Życie

9/243 2014 Wrzesień 2014

Łoś ofiarny

Monika Stasiak

Na początku czerwca wszystkie środowiska przyrodnicze w Polsce obiegła hiobowa wieść: minister chce wznowić odstrzały na łosie. Dlaczego? To niewątpliwie jeden z ciekawszych elementów tej historii. Według danych przedstawianych przez ministerstwo mamy w Polsce za dużo łosi. Za dużo, to znaczy ile? Według oficjalnych danych – 13,7 tysięcy. A gdy czegoś jest zbyt wiele, to wiadomo – najprostsze rozwiązanie: wziąć flintę i wystrzelać. Uff, można się tylko cieszyć, że nikt nie konsultował z ministerstwem problemu przegęszczenia przedszkoli…

Ogólnopolski spisek łosi

Jakie problemy miałaby stwarzać ta, ponoć trzynastotysięczna, populacja łosi? Z projektu ministerialnego rozporządzenia wynika, że siedem plag egipskich to pestka w porównaniu ze szkodami, które przynoszą naszej gospodarce i zdrowiu publicznemu te duże ssaki.

fot. Łukasz Koba www.lukaszkoba.pl

Łoś. Fot. Łukasz Koba, lukaszkoba.pl

Punkt pierwszy: szkody leśne, szacowane na 1,43 mln zł. Punkt drugi: wypadki samochodowe. Liczby są zatrważające: 72 wypadki z udziałem łosia w województwie warmińsko-mazurskim i 98 w lubelskim. Czyli znów powraca koronny argument, powtarzany i przy Rospudzie, i przy alejach mazurskich – dzika przyroda zabija kierowców. Powinno się to włączyć w zakres swoistej polskiej ścieżki retorycznej – ilekroć pojawia się w dyskusji sprawa ochrony siedlisk i gatunków, tylekroć okazuje się, że łosie/drzewa/żuczki (niepotrzebne skreślić) zabijają kierowców. Dodajmy tylko, że – według danych GUS – liczba wypadków z udziałem nietrzeźwych kierowców w roku 2011 i 2012 wyniosła w województwie lubelskim 306, zaś w warmińsko-mazurskim 245. Ponadto ogólna liczba wypadków drogowych w Polsce w 2012 to 37062, z czego 30214 jest określana przez Komendę Główną Policji (z której pochodzą dane GUS) jako wina kierujących pojazdami. Wziąć flintę i…?

Dalej ministerialne rozporządzenie stwierdza, że powyższe dane stanowią wystarczające podstawy (?) do przywrócenia łowieckiego gospodarowania populacją łosia. Na jak długo? Otóż na trzy sezony łowieckie. Gdyby ktoś chciał być złośliwy, mógłby powiedzieć, że wszystko w myśl zasady: „postrzelamy, powiesimy sobie poroże łosia na ścianie, a potem się zobaczy”, bo w uzasadnieniu nie pojawia się wzmianka o tym, dlaczego właściwie trzy sezony i jaki jest docelowy stan populacji. Inny złośliwiec mógłby też wytknąć, że osobą podpisującą projekt i zań odpowiedzialną był Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Środowiska Janusz Ostapiuk – prywatnie zapalony myśliwy, któremu zdarzało się chwalić łowieckimi przygodami na portalach społecznościowych1. Jeśli zaś szukać dziury w całym, można by z kolei zapytać, dlaczego informację o trwających dziesięć dni konsultacjach minister skierował zaledwie do trzech organizacji przyrodniczych (Liga Ochrony Przyrody, PTOP „Salamandra” i Klub Przyrodników), ale za to nie omieszkał wysłać jej do Polskiego Związku Łowieckiego, Polskiego Towarzystwa Leśnego, Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Leśnictwa i Drzewnictwa czy Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Wyrzucanie pieniędzy w bagno

Oczywiście nie o wyzłośliwianie się tu idzie, a o merytorykę. Ta zaś została bezlitośnie skrytykowana zarówno przez Komitet Ekologii Polskiej Akademii Nauk, jak również przez polskie organizacje ekologiczne, które na szczęście w porę zareagowały na wydarzenia, mimo braku woli współpracy ze strony ministerstwa. Szeroko uargumentowane stanowisko w tej sprawie zajęła koalicja Niech Żyją!, w skład której wchodzi Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot oraz Ptaki Polskie i Greenpeace.

Fot. Kinga Jendryke www.lukaszkoba.pl

Łoś. Fot. Kinga Jendryke, lukaszkoba.pl

Podstawowym błędem, który wytykano ministerstwu, było wyjątkowo wybiórcze potraktowanie „Strategii ochrony i gospodarowania populacją łosia w Polsce” z 2011 r. Zamówiony przez ministerstwo dokument miał być podstawą dalszych decyzji dotyczących zarządzania gatunkiem. Można było oczekiwać, że decydenci pochylą się nad nim nieco uważniej, tym bardziej, że kwota, którą przeznaczyli na jego stworzenie, opiewała na niemal 700 tys. zł („Strategię” sfinansowano ze środków publicznych, pochodzących z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej). Jakkolwiek samej „Strategii” można również zarzucić pewne błędy, to w przeciwieństwie do ministerialnych ustaleń starała się ona podejść do problemu populacji łosia w sposób kompleksowy. Selektywne wykorzystanie niektórych jej zapisów mija się z celem i stanowi przykład krótkowzroczności rozwiązań zaproponowanych przez urzędników.

Kolejne zarzuty dotyczyły niewłaściwego szacowania wielkości populacji łosi. Stosowane w Polsce metody pędzeń próbnych i obserwacji całorocznych są niedoskonałe, a ta ostatnia może prowadzić do zawyżenia wyników nawet o 300%. W obserwacjach tych nie bierze się pod uwagę ani jakości populacji, ani jej wieloletniej dynamiki, co stanowi istotny błąd metodologiczny. Jeśli połączyć to z brakiem zmian w pozostałych przepisach regulujących gospodarkę łowiecką, wdrożenie rozporządzenia w proponowanym kształcie skutkować mogłoby poważnym kryzysem w populacji łosia.

Lepiej strzelać niż zapobiegać

Pewien dodatkowy koloryt nadaje danym dotyczącym liczebności populacji fakt, że kiedy już społeczna akcja w obronie łosi rozpoczęła się na dobre, ministerstwo powoływało się w swoich wyliczeniach łosi na „oficjalne dane GUS”2. Tymczasem GUS nie tylko komunikatowi ministerstwa nie przyklasnął, ale wręcz odciął się od niego, stwierdzając, że „nie jest autorem tych danych” oraz że „Gestorem danych dotyczących liczebności ważniejszych zwierząt łownych, w tym łosia jest Dyrekcja Generalna Lasów Państwowych oraz Polski Związek Łowiecki”3.I znowu brak jakiekolwiek poczucia, że cała sprawa została przeprowadzona w atmosferze ewidentnego konfliktu interesów, gdzie grupy najbardziej zainteresowane odstrzałem dostarczają informacji na temat liczebności gatunku, do którego będzie się strzelać.

Krytyce poddane zostały także, w stanowisku koalicji Niech Żyją!, dane dotyczące łosi jako sprawców kolizji z pojazdami. Zwraca się uwagę na fakt, że poza dziurami w drogach, dzikie zwierzęta są jedną z ostatnich przyczyn wypadków. Dodatkowo kolizji takich można w znacznym stopniu unikać, jeśli zastosuje się odkrzaczanie poboczy i inne rozwiązania minimalizujące ilość pojawień się łosi w obrębie pasa drogowego. Wiele miejsc, w których najczęściej zdarzają się wypadki z udziałem łosia i innych dzikich zwierząt zostało przez ekspertów wskazanych jako te, w których powinny zostać stworzone dla nich przejścia drogowe.

Podobnie sprawa ma się ze wskazywanymi przez ministerstwo stratami w uprawach leśnych. Niedostosowanie gospodarki leśnej do potrzeb populacji łosia i niestworzenie alternatywnej wobec upraw leśnych bazy żerowej skutkuje nieuchronnie niszczeniem tych upraw. Znów jednak, zamiast uwzględnić dzikiego sąsiada w planowaniu czynności gospodarczych, lepiej sięgnąć po prostsze, a dla amatorów strzelby również przyjemniejsze rozwiązanie, jakim jest odstrzał.

Łoś jest w cenie?

Każda kolejna uwaga ze strony specjalistów jedynie głębiej pogrąża projekt rozporządzenia, sprawiając, że nie tylko nie daje się on bronić, ale wręcz powinien stać się przedmiotem osobnego postępowania nad tym, jak próbowano marnotrawić publiczne pieniądze wydane na „Strategię ochrony i gospodarowania populacją łosia” po to, by wprowadzić regulację pozbawianą jakichkolwiek naukowych podstaw. Ministerstwo zlekceważyło m.in. zaproponowane w „Strategii” terminy polowań, a dołączona do projektu Ocena Skutków Regulacji została przeprowadzona w sposób niedbały i wyrywkowy. Przytaczanie jako argumentu za odstrzałem przykładu państw, gdzie poluje się na łosie (i gdzie, dodajmy, populacja tych zwierząt jest znacznie większa i znacznie bardziej stabilna od naszej), to już argument z pogranicza erystyki. Równie niedopuszczalne jest szacowanie jedynie strat przynoszonych przez łosie w budżecie państwa, bez wskazania na dochody, jakie gatunek ten stwarza dla turystyki przyrodniczej, zwłaszcza w Dolinie Biebrzy (pośredni przychód dla tego obszaru z racji „turystyki łosiowej” kształtuje się na poziomie 14 mln zł rocznie). Kto wie, może jednak, zdaniem ministerstwa, panowie w kapeluszach z piórkiem, uganiający się ze strzelbą za łosiem, stanowić mają równie atrakcyjny produkt turystyczny, jak sam łoś? Można by ich promować jako element polskiego skansenu, gdzie humanitaryzm wobec zwierząt ciągle jeszcze jest pojęciem obcym, a odstrzał to jedyne, co przychodzi urzędnikom do głowy jako sposób na rozrastanie się populacji dzikich zwierząt?

Pomijając bowiem wszystko, co zostało napisane powyżej, sednem problemu, który kryje się za ministerialnymi propozycjami, jest to, że nie szuka się rozwiązań alternatywnych wobec odstrzału, ale że zadawanie śmierci innym gatunkom jest pierwszą i najbardziej powszechną receptą na rozwiązanie problemu. Tutaj poszło o łosia, ale problem ten dotyczy również wilków, bobrów czy (jak pokazały zakusy z województwa warmińsko-mazurskiego) krukowatych.

Minister Grabowski, pod wpływem potężnego społecznego sprzeciwu, wstrzymał tymczasowo prace nad rozporządzeniem. Sytuacja będzie jednak nabrzmiewała, dopóki nie uświadomimy sobie, że ciągle jesteśmy gośćmi, nie gospodarzami, na obszarach przyrodniczo cennych. To nie nam zabiera się siedliska i bazę żerową pod budowę dróg i prowadzenie upraw leśnych, a straty ponoszone przez budżet państwa z powodu dzikich zwierząt to i tak niewiele w porównaniu ze spustoszeniem, jakie uczyniliśmy w ich domach i korytarzach migracyjnych. Pytanie, które powinien zadać sobie każdy urzędnik w ministerstwie środowiska, nie brzmi „Jaka liczebność populacji jest wystarczająca do odstrzału?”, ale „Jakie rozwiązania należy wypracować, byśmy mogli zgodnie koegzystować z dziką przyrodą?”.

Monika Stasiak

Przypisy:

1. „Kilkanaście lat temu polowałem na Białorusi w rejonie Mohylewa na łosie i wilki. W jednym z pędzeń wjechał pociąg dzików i gdzieś z nimi zapałętał się całkiem wyrośnięty łoszak. Na końcu wystartował odyniec o wysokości/wzroście niewiele odbiegającym od niego. Było za daleko na strzał, poszedł na czysto”, 19 czerwca 2013 r., facebook.com/ZKniei

2. mos.gov.pl/artykul/7_aktualnosci/22982_losie_do_ponownego_liczenia.html

3. stat.gov.pl/aktualnosci/kontrowersje-wokol-liczebnosci-losi-w-polsce-komunikat-rzecznika-prasowego-prezesa-gus,1,1.html

Jak to było z polskim łosiem?

1925 – początek ochrony łosia na Bagnach Biebrzańskich (dzięki temu przetrwał w Polsce II wojnę światową)

1951 – reintrodukcja łosi w Kampinoskim Parku Narodowym

1952 – wprowadzenia łosia na listę gatunków objętych ochroną

lata 60. – funkcjonowanie tzw. straży łosiowej w Dolinie Biebrzy

1966 – powrót do eksploatacji łowieckiej gatunku (zakończony poważnym kryzysem liczebności populacji)

2001 – początek obowiązywania moratorium na łosie (zawieszenie polowań i całoroczny okres ochronny)

2009 – zlecenie przez ministerstwo środowiska „Strategii ochrony i gospodarowania populacją łosia w Polsce”

2014 – próba zniesienia moratorium na łosie argumentowana wypadkami samochodowymi i stratami dla budżetu państwa