Miesięcznik Dzikie Życie

6/276 2017 Czerwiec 2017

Chodzi o zakorzenienie w miejscu i w ciele. Rozmowa z Anną Kronenberg

Wywiad Moniki Stasiak

Czym jest dla Ciebie geopoetyka?

Anna Kronenberg: Geopoetyka może być praktyką na wielu poziomach i dla mnie tak właśnie jest. Najpierw praca naukowa, badanie tekstów jej twórcy Kennetha White’a i innych badaczy i badaczek, następnie pisanie doktoratu, praca nad książką. To także literacka twórczość geopoetycka oraz droga nauczycielska – prowadzenie warsztatów pisarskich. Ale może to być praktyka życiowa – włóczęgi geopoetyckie, np. śladami znanych poetów i pisarzy – Kennetha White’a czy Mariusza Wilka. I wreszcie „praktyka” emocjonalna i wypływająca z niej praca ekologiczna i społeczna – otaczanie ukochanych miejsc, z którymi czujemy więź, które zamieszkujemy, troską i opieką. Dlatego w swojej książce pt. „Geopoetyka. Związki literatury i środowiska” nazywam ją praktyką egzystencjalną.

Wbrew pozorom wcale ta droga nie musi być zakończona pisaniem?

Nie. Jak mówił Kenneth White – to jest przede wszystkim doświadczenie w ciele konkretnego dzikiego miejsca i oddanie mu głosu. Może to być wiersz, pieśń albo modlitwa albo po prostu leżenie na trawie, patrzenie w niebo i otwarcie się na to miejsce wszystkimi zmysłami. Albo wędrowanie.

Obrazek

Jak długą tradycję ma nurt geopoetyki w literaturze?

Kenneth White zaczął pracować w tym kierunku w latach 70. ubiegłego wieku. Wtedy w humanistyce powstało wiele nurtów ekologicznych, które domagały się redefinicji związków człowieka i środowiska. Ja to nazywam zwrotem ekologicznym, czy rzeką zmian, która ma bardzo wiele dopływów. Warto tu wymienić ekokrytykę, ekofeminizm, filozofię ekologiczną, etykę Ziemi, hipotezę Gai. One wszystkie – dopływy tej zielonej rzeki – transformują do dzisiaj humanistykę, także badania literackie. Chociaż w Polsce jest to wciąż awangarda i margines.

Jak to jest z geopoetyką – czy poddaje się krytyce literackiej?

Z geopoetyką w polskim odbiorze jest duży problem. Powstało dużo prac, konferencji, książek, ale interpretacja poszła (i ja w tym widzę coś bardzo symptomatycznego dla nauk humanistycznych w Polsce) za jedną badaczką, Elżbietą Rybicką. Jako pierwsza uznała ona, że termin jest nośny, atrakcyjny, ale podejście White’a jest „patetyczne”, „nienaukowe”, a nawet że to „przebrzmiały już ekologiczno-ezoteryczny patos”, „mistyczny ekoszamanizm” i „wyczyściła” całą pracę White’a z ekologii. I to jest kuriozalne, ponieważ choćby w nazwie „GEO-poetyka” kryje się jej treść – ekologiczny sposób mówienia o Ziemi. Ekologia jest bardzo ważna dla Kennetha White’a, który mówi, że trzeba przepracować cały nasz stosunek do Ziemi, do przyrody i że jedyna idea czy wartość, która może dziś ludzi łączyć, to właśnie Ziemia – nasz wspólny dom. Za Rybicką podążyli bezkrytycznie kolejni badacze. Natomiast o ekologię upomina się poeta Kazimierz Brakoniecki, przyjaciel i tłumacz White’a, twórca koncepcji „światologii”, bliskiej geopoetyce, ale wywiedzionej z rodzimej Warmii i Mazur. Warto sięgnąć po tłumaczenia White’a w wykonaniu Brakonieckiego np. „Poeta kosmograf”, „Geopoetyki”, „Otwarty świat”.

Obrazek

Anna Kronenberg w trakcie geopoetyckiej włóczęgi po Mongolii. Fot. J. Kronenberg

O prawdziwe odczytanie geopoetyki upomniała się też m.in. Oksana Weretiuk z Uniwersytetu Rzeszowskiego i częściowo Elżbieta Konończuk z Uniwersytetu w Białymstoku. Jednak „koncepcja krakowska” Rybickiej zdominowała polskie badania nad geopoetyką, ośrodki spoza centrum nie mają takiego wpływu na główny nurt nauki w Polsce, sama tego doświadczam mieszkając w Łodzi. W końcu napisałam książkę i jest to chyba jedyna praca, która tak całościowo i wiernie prezentuje geopoetykę w oparciu o źródła oraz pisarzy i poetki, których twórczość można nazwać geopoetycką. Wracam do tej myśli, że to jest symptomatyczne dla polskiej humanistyki, iż nurty związane z ekologią uważa się za nienaukowe, jakąś niepoważną, awangardową nowinkę z marginesu. Często słyszę na konferencjach, że to co robię, to jest polityka, propaganda, to nie jest naukowe, że to „jakiś aktywizm”. Tymczasem na Zachodzie jest oczywiste, że obecna humanistyka, zwana post-humanistyką czy eko-post-humanistyką wymaga zaangażowania, krytycznego odczytania dotychczasowego dziedzictwa i pracy na rzecz świata.

Możemy zatem mówić o próbie zawłaszczenia geopoetyki przez dyskurs naukowy?

Raczej o jakimś wybiórczym i przedmiotowym jej potraktowaniu. Przeprowadzając z White’em wywiad, który zamieściłam w książce, spytałam go o to „czyszczenie” geopoetyki z ekologii, cytując mu polskie artykuły, mówiące, że jego wizja tworzenia nauki jest utopijna, nienaukowa, patetyczna. I White się z tego śmiał, mówiąc, że to jest interpretacja powierzchowna i choć jakoś się z geopoetyką wiąże, to na pewno jej nie wyczerpuje. Mówił też, że praktyka krytycznego myślenia jest po prostu bardzo trudna. A wbrew pozorom środowisko naukowe bywa często konserwatywne, zamknięte i stawia opór wobec awangardowych nurtów, które na tzw. „zachodzie” są normą od co najmniej 30 lat.

Zgodnie z założeniami praktyki geopoetyckiej, o których mówiłaś, sama również zajmujesz się nią nie tylko na poziomie pracy naukowej, ale i na poziomie działania. Prowadzisz warsztaty geopoetyckie, tak zwane „zielone pisanie”.

Tak, ponieważ to się ze sobą łączy. Jak mówił jeden z ekokrytyków, Greg Garrard: zielone odczytanie Szekspira, nie uratuje planety, ale może wychować kolejne pokolenia, które będą bardziej świadome w swoich decyzjach konsumenckich i politycznych. I temu właśnie powinna służyć nauka, a zwłaszcza humanistyka – rozwiązywaniu najpilniejszych kryzysów współczesnego świata.

Obrazek

Warsztaty geopoetyckie w trakcie Letniej Szkoły Fundacji Sendzimira. Fot. H. Cai

Jak może wyglądać takie „zielone odczytanie Szekspira”? W jaki sposób poddać ekokrytyce czy geopoetyce klasykę literatury?

To jest podobna myśl, jaka przyświeca teorii krytycznej w humanistyce, zapoczątkowanej w latach 70. XX w. Wtedy zaczęła powstawać wiedza tworzona z perspektywy grup dotąd wykluczonych, które zabrały głos w nauce. Mówię tutaj o kobietach, o rdzennych mieszkańcach Ziemi, o osobach LGBT i o studiach, które wtedy powstały. Na przykład studia nad etnicznością mają także służyć poprawie losu rdzennej ludności, studia gender – poprawie losu kobiet, animal studies – poprawie losu zwierząt czy postkolonializm, który ma poprawić los kolonizowanych narodów i ras.

Z tego samego nurtu wypływa ekokrytyka i geopoetyka. Zakładają, że można w taki sposób czytać, jak natura jest przedstawiana i reprezentowana w literaturze, żeby zrozumieć źródło oddzielenia człowieka od natury i przyzwolenia na jej rabunkową eksploatację. Jeśli zrozumiemy, że korzenie tego tkwią w filozofii mechanistycznej, a także w religii i praktyce chrześcijańskiej – zobaczymy przyczyny tego oddzielenia i możemy proponować nowe rozwiązania. Widzimy, że w literaturze Ziemia jest często reprezentowana jako zasób, martwy przedmiot. Jednak jest też silny drugi nurt, choćby w literaturze romantycznej, traktowania przyrody jako żywego świata, z którym jesteśmy głęboko połączeni. Wtedy mówi do nas językiem snów, marzeń, podświadomości, intuicji, emocji.

Co więcej, możemy tworzyć takie narracje, które będą przyjazne Ziemi. Powstają powieści, które taką wizję przedstawiają, bardzo pięknym przykładem jest „Piąty święty żywioł” ekofeministki Starhawk. I to jest taka polityka literatury.

Ekopolityka?

Tak. Pokazuje ideę współżycia według zasad zrównoważonego rozwoju, pokojową, w której wszystkie grupy mają równe prawa i uczestniczą w życiu Miasta – ostatniej wolnej od skażenia przestrzeni. To taka wizja świata po katastrofie ekologicznej, pokazująca możliwości uleczenia planety i ludzi. W zielonej humanistyce chodzi o to, żeby proponować nową wizję rozwoju, która byłaby przyjazna ludziom i Ziemi. To zaangażowana praktyka akademicka i twórcza.

Wspomniałaś o „rzece zmian z wieloma dopływami”. Zastanawiam się, na ile te jej dopływy, czyli właśnie ekokrytyka, geopoetyka płyną w niej razem, a na ile obok siebie.

White bardzo się denerwuje, gdy stawia się koło geopoetyki ekokrytykę, ekofeminizm czy etykę Ziemi, bo jako twórca uważa, że jego wizja jest absolutnie wyjątkowa. Rzeczywiście tak jest, bo ona jest totalna, postulująca jedność twórczości literackiej, praktyki naukowej i życiowej. Natomiast ekokrytyka jest nurtem akademickim, ale jednak większość jej twórców jest zaangażowana w działania ekologiczne. Ekofeminizm z kolei jest programem politycznym, dyscypliną naukową, także filozoficzną oraz rodzajem twórczości i krytyki literackiej. To są nurty jednej rzeki. One się różnią, ale wszystkie dążą w jednym kierunku – głęboko transformującym humanistykę. Chcą, by była zaangażowana, świadoma politycznie, a jednocześnie dopuszczała żywioł emocji. Twórcy i twórczynie piszą o swojej osobistej więzi z Ziemią, o swojej miłości, trosce, ale też rozpaczy i nadziei.

Przełomowa w tych nurtach była sama myśl, żeby zobaczyć „człowieka” i antropocentryzm jako pewien konstrukt kulturowy i historyczny i zrozumieć, że do połowy XX wieku „człowiek” tworzący naukę, historię, literaturę, politykę był przedstawicielem wąskiej uprzywilejowanej grupy – białych mężczyzn z Europy, z klasy średniej, chrześcijan, chociaż prezentowali swoją perspektywę jako „uniwersalną” i „obiektywną”. A przecież pozbawiała ona głosu większość osób zamieszkujących Ziemię – kobiet, rdzennych mieszkańców, osób innych ras i kultur. Dopiero po rewolucji, jaka się dokonała w latach 70. w humanistyce, grupy te zaczęły zabierać głos i tworzyć naukę z własnej perspektywy. Skończył się wreszcie mit „obiektywnego podmiotu tworzącego neutralną naukę”, bo to nigdy nie było prawdą... Dzięki temu jest też miejsce na zwierzęta (animal studies) czy studia środowiskowe.

Mówiłaś o literaturze romantycznej jako pewnej inspiracji dla geopoetyki. Gdzie jeszcze można takich inspiracji szukać?

Jej twórca, Kenneth White, niemal w każdej epoce, w każdym nurcie znajduje swoich geopoetyckich „braci”. Oczywiście są to romantycy – poeci jezior, ale też tradycja japońska i haiku, czy wreszcie tradycja szamańska – rdzenna ludność i jej przekazy. Jest taka bardzo dobra książka jego autorstwa „Niebieska droga”, w której opisuje wędrówkę po Labradorze. Opowiada w niej, jak wchodzi do biblioteki, bierze wszystko na temat Labradoru i wychodzi z trzydziestoma książkami. Bibliotekarz go pyta „Co pan zamierza z tym zrobić?”. „Zamierzam napisać wiersz”. Bibliotekarz dziwi się „Nie miałem pojęcia, że poeci pracują w taki sposób”. A geopoeci powinni pracować tak, żeby za każdym słowem było bardzo dużo przeczytanej treści, żeby to było nasycone taką świadomością, kto wcześniej przed nimi tą drogą podążał, w jaki sposób.

Bardzo dużo inspiracji znajduje White w dziennikach i pamiętnikach tworzonych od XVII wieku, w których biali kolonizatorzy opisywali podbijaną ludność. Oczywiście White jest krytyczny, patrzy na to już z perspektywy postkolonialnej, ale wciąż są to cenne źródła na temat kultur, które zostały zniszczone. White próbuje je rekonstruować z takich „resztek”.

Obrazek

Zielone pisanie w praktyce. Fot. L. Bauer

Czyli geopoetyka to nie tylko zawieszenie w przyrodzie miejsca, w tym jak ono funkcjonuje obecnie, ale też w jego historii?

Tak. Ważna jest etnografia, etnologia, historia. Powiedziałabym, że chodzi nie tyle o „zawieszenie” w miejscu, co „zakorzenienie” w nim.

Na ile geopoetyka jest ograniczona do konkretnego języka? W jakim stopniu to, że tworzymy w danym języku sprawia, że ta twórczość nie jest całkiem przekładalna, że nie będzie w pełni odczytana poza językiem, w którym powstała, nawet po przetłumaczeniu? I że nie będzie zrozumiała poza danym kręgiem kulturowym?

To jest bardzo dobre pytanie. Bo White pisze wręcz w wierszu „Wzdłuż wybrzeża”:

Pisać wiersze?

Lepiej iść wzdłuż brzegu

Naprzód

z oddechem

przestrzennie.

Albo mój ulubiony wiersz-haiku, „Śnieżny poranek w Montrealu”:

Niektóre poematy nie mają tytułu

Ten tytuł nie ma poematu

Wszystko jest na zewnątrz

Czyli tu właśnie tkwi paradoks, że głębokie doświadczenie i zanurzenie się w miejscu – przeżywanie go ciałem, nie jest przekładalne na słowa. Paradoks dla poety. I dla krytyka literackiego.

Czy można by w ten nurt włączyć Stachurę, który w pewnym momencie swojej twórczości był tak zaangażowany w doświadczanie rzeczywistości, która „jest poezją”, że wręcz nie miał czasu na zapisywanie własnych wierszy?

Też myślałam o Edwardzie Stachurze, ważnym dla mnie poecie i autorze. Na pewno tak. Jeśli zaś pomyśleć o utworach filozoficznych, to będą to na przykład eseje Joanny Brach-Czainy zbiory pt. „Błony umysłu” i „Szczeliny istnienia”. Doświadczanie świata ciałem – choćby sprzątania, ale i jedzenia, rodzenia – jest głęboką, filozoficzną aktywnością. Właśnie ciało zakorzenia nas w świecie. I to, co mnie bardzo interesuje w tych nurtach i w ekoposthumanistyce, to dowartościowanie cielesności, jako źródła naszej wiedzy. To było już w pracach teoretyczek feminizmu w latach 70. XX w. „Ciało mówi”: językiem podświadomości, snów, marzeń, intuicji, mówimy o pamięci ciała. To jest źródło wiedzy także naukowej.

Jakie warunki muszą być spełnione, żeby tworzyć geopoetykę? Czy wystarczy, jeśli pójdę, usiądę w danym miejscu, napiszę, opowiem, zaśpiewam, czy jednak trzeba przejść jakiś proces emocjonalny, duchowy?

To jest bardzo otwarte i dlatego takie kuszące. Chociaż White podaje przykład poety angielskiego z XVIII wieku – Samuela Taylora Coleridge’a, który mówił, że aby naprawdę napisać poemat o jeziorze, potrzeba dziesięciu lat na zebranie materiałów, pięciu, by ten materiał „się uleżał”, i kolejnych pięciu na skomponowanie poematu. Ale kto ma dwadzieścia lat na stworzenie jednego wiersza? Jest jednak w geopoetyce dążenie do doświadczania miejsca bardzo głęboko cieleśnie i gromadzenia na jego temat wiedzy. To są takie dwa źródła twórczości geopoetyckiej, jak mówi White „spędzać tyle czasu w bibliotekach, ile w drodze”.

Jak wyglądają twoje warsztaty? Co się na nich dzieje?

Najciekawsze w nich jest to, że czy to są studenci i studentki, licealiści czy znajomi – to prawie zawsze każdy kończy warsztaty ze swoim wierszem, często pierwszym w życiu. Uczestnicy są tym wręcz zaskoczeni. Idziemy w jakieś dzikie miejsce, ja o nim opowiadam i zachęcam do wchodzenia w nie zmysłami bardzo głęboko. Wąchamy, smakujemy, dotykamy bosymi stopami, dłońmi, skórą i staramy się otworzyć na to, jak ono brzmi, co do nas mówi, jak pachnie, jak smakuje. Oddychamy spokojnie, skupieni na jakimś kamyku, liściu, owadzie, ptaku czy nawet kropli rosy, słuchamy, co do nas powie to miejsce. Staramy się przejść z perspektywy „ja widzę” – np. drzewo, do „jest drzewo” lub nawet „jestem drzewem”. Czyli, jak mówi White – „odejść z ego ku geo”. Chociaż takie pisanie pt. „jestem drzewem” bywa czasem krytykowane – jako projekcja człowieka, gest dominacji i zawłaszczenia. Kiedy piszemy „jestem drzewem” – wciąż jesteśmy człowiekiem. Ale ja myślę, że rację mają ci, którzy mówią, że to jest działanie w kierunku uwrażliwiania człowieka, bo jak coś jest podobne, będzie nam bliższe i będziemy to chronić.

Czy twórczość powinna być związana z miejscem dzikim, nieprzekształconym przez człowieka, czy też możemy mówić o geopoetyce miasta, terenów zniszczonych, zdewastowanych?

Na Ziemi chyba już nie ma miejsc nieprzekształconych przez człowieka. Moje warsztaty odbywały się w górach, w dzikim parku, u źródeł Bzury, na ogródku działkowym.

Myśl przyświecająca geopoetyce, aby miejsce, w którym żyjemy było przyjazne, zielone i dobre dla nas, rodzi ogromny potencjał dla takiej twórczości do wykorzystania w miastach. Nawet na skwerach, na których ostatnio tak masowo wycięto duże, zdrowe i stare drzewa. Twórczość może być wtedy uświadamianiem sobie straty i więzi z miejscem.

Te warsztaty mają również potencjał polityczny w tym sensie, że mogą wpływać na politykę społeczną miast czy budzić świadomość mieszkańców, pokazywać jak ważne są te miejsca i łączyć się wokół idei pracy na rzecz ich ochrony.

Geopoetyka jako narzędzie zawiązywania wspólnoty ludzi, którzy czują tak samo i którzy chcą z tego czucia wyprowadzać działanie?

Jak najbardziej. Bo rezultatem geopoetyki powinno być działanie w świecie na rzecz ochrony tego miejsca, które tak ukochamy i tak dobrze poznamy, że stanie się jak przyjaciel i będziemy stawać w jego obronie. Tak zresztą zaczyna się moja książka – od islandzkiej opowieści na temat więzi pięciu sióstr z wodospadem Gulfoss, płynącym na ich ziemi, pt. „Nie sprzedam przyjaciela”.

Myślę, że to jest bardzo dobre zakończenie. Dziękuję za rozmowę.

Anna Kronenberg – ukończyła studia doktoranckie w Instytucie Kultury Współczesnej UŁ, stypendystka University of Utrecht, lektorka w stowarzyszeniu polonijnym i na Kirgiskim Uniwersytecie Narodowym w Biszkeku. Autorka artykułów poświęconych ekoposthumanistyce, ekofeminizmowi i gender. Pracując nad książką o geopoetyce odbywała geopoetyckie włóczęgi po Anglii, Szkocji i Rosji. Wielokrotnie prowadziła warsztaty pisarskie według autorskich programów. Członkini Kolektywu Kobiety znad Łódki i Kolektywu Szechiny.

Anna Kronenberg, Geopoetyka. Związki literatury i środowiska, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2014, wydawnictwo.uni.lodz.pl