Akwatyczny krąg życia. Rozmowa z Danielem Petryczkiewiczem
Może zacznę od Twojego pytania, ze wstępu do książki „Mała historia znikania. Opowieść o Rzece”. Kim jest rzeka dla Ciebie i dlaczego „kim”, a nie „czym”?
Daniel Petryczkiewicz: Wydaje mi się, że bardzo dobrze, że to pytanie pada zaraz na początku. To ustawia całą narrację, że mówimy o kimś żyjącym, o kimś kto czuje, kto daje życie. Ustawiamy to wszystko podmiotowo od pierwszych słów. Ten początek z pytaniami, to była bardzo ciekawa, odkrywcza i formująca mnie pisarsko praca z redaktorką, Eweliną Szyszkowską. Jeszcze zanim zacząłem pisać, zapisałem sobie kilka pytań z gatunku ważkich, z którymi przez lata się zmagałem. Sam początek książki był najpierw inny, ale kiedy Ewelina zobaczyła te pytania, zasugerowała, że to może być dobre otwarcie, aby za tymi pytaniami iść. Z premedytacją zacząłem od pytania „Czym jest rzeka?”, bo tak myślimy stereotypowo, ale skończyłem na „Kim…?”. Pisanie jest dla mnie sposobem tłumaczenia sobie świata. Chciałem się dowiedzieć, kim Rzeka jest dla mnie.
Fizycznie pisałem „Małą” rok. Wierzę jednak, że stawianie liter na klawiaturze to ostateczny efekt tego wszystkiego, co działo się dużo wcześniej. I w tym sensie pisałem ją sześć lat. I z całą mocą cieszę się z tego, że nie napisałem jej wcześniej, bo nie wiem, czy bym potrafił sobie odpowiedzieć na kluczowe pytanie. Jak widzisz, nawet teraz celowo kluczę i meandruję, nie dając jednoznacznej odpowiedzi, bo to właśnie jej szukając, zapisałem 400 stron książki. Zapraszam Was do tej podróży.
Być może nie ma jednoznacznej odpowiedzi?
Tak myślę. Rzeka, jak każda żyjąca istota, ma ogromną liczbę sensów, znaczeń, ale też warstw różnego rodzaju. Między nimi zalega całe mnóstwo emocji, które kojarzą się z danym człowiekiem, drzewem, miejscem, krajobrazem albo rzeką. Jeżeli coś jest nam naprawdę bliskie, to wydaje mi się, że jest bardzo trudno opowiedzieć to jednym zdaniem. Choć może czasem tak… pewnie nie ma jednej reguły.
W każdym razie, przez ostatnie 6 lat próbowałem opowiadać o Małej w bardzo różny sposób – głównie jednak w taki, który był zdawkowy, bo media afektywne typu Facebook czy Instagram, są właśnie skrótowe, płytkie, wywołujące nagłe i silne emocje. Potem, często czułem niechęć albo zniesmaczenie, że próbuję wytłumaczyć bliski mi świat w pięciu zdaniach albo w 60-sekundowym wideo.
Kultura ludzka poza bardzo wieloma szkodliwymi zjawiskami, wytworzyła też te dobre: sztukę, poezję, literaturę (choć oczywiście nic w dzisiejszym świecie nie jest jednoznaczne i można też mówić o zjawisku fast-art). Wydaje mi się, że te największe, najważniejsze uczucia do istot, osób, miejsc, krajobrazu, zasługują na trwałą i powolną formę uwiecznienia, która wymaga skupienia, kontemplacji i refleksji. Na przykład w papierowej książce.
Kiedy opowiadałeś o tym, jak powstawała książka i jak ważną częścią tego procesu była obecność nad rzeką, towarzyszenie jej, wsłuchanie się w nią, zastanawiałam się, czy to jest tylko tak, że Ty pisałeś, czy też trochę, że Rzeka „pisała” Ciebie i przez Ciebie?
Cieszę się, że to pytanie wraca, bo zadawano mi je już na spotkaniach autorskich. Dla mnie to jest pochylenie czoła przed sensotwórczą rolą Przyrody, Rzeki. To się rzeczywiście zdarzyło dwukierunkowo. Jest taki rozdział w książce zatytułowany „Boso”. Tam padają słowa, że wszedłem do tego lasu czy nad rzekę w eleganckich butach i wyszedłem boso. I to rzeczywiście jest historia transformacji.
Zanim trafiłem nad rzekę, miałem różne rewolucyjne epizody, ale raczej byłem gościem, który dużo pracował w korpo, latał po świecie i nie znał w ogóle tej swojej najbliższej okolicy. Poznanie Małej w wyniku pandemii i zamknięcia, to było najlepsze, co mi się przydarzyło.
Natomiast zastanawiam się też, na ile to jest jak w tej mądrości, że nauczyciel przychodzi wtedy, kiedy uczeń jest gotowy. Ja już wtedy byłem w Szkole Ekopoetyki u Filipa Springera i Julii Fiedorczuk. Spotkałem tam ludzi, które mnie bardzo uformowali i zaczęli kształtować moją wrażliwość. To na początku nie było takie łatwe, bo ja nie rozumiałem całego mnóstwa niuansów, ani nie doceniałem znaczenia języka, którym opowiadamy świat. Choć trafiłem do Szkoły Ekopoetyki właśnie po to, aby ten język odnaleźć a może nawet stworzyć. I to we mnie „kliknęło”. Zacząłem go szukać. Wielkim, nowym odkryciem była dla mnie poezja, literatura humanistyczna. Prace Thoreau. To mnie jakoś przygotowało na samodzielne eksploracje, czyli ekologię głęboką, której twórcą był Arne Naess. Oczywiście także „Myśląc jak góra” Aldo Leopolda i inne jego prace. Twórczość niedawno zmarłej Joanny Macy. Te wszystkie książki i rozważania zaczęły mnie uwrażliwiać. I być może, gdybym trafił nad rzekę w zupełnie innym momencie, w ogóle bym jej nie zauważył.
A może byłoby tak, że jak większość mieszkańców Konstancina, potraktowałbym ją jak wyprostowany rów? A wydarzyło się coś zupełnie odwrotnego! Kiedy pierwszy raz stanąłem na Jej brzegu, to mimo że ona faktycznie wygląda jak rów, nigdy o niej tak nie pomyślałem. Od samego początku byłem pewny, że to jest rzeka. Nie wiem czemu miałem w sobie takie bardzo silne przeświadczenie. Dużym zdziwieniem było dla mnie to, że nie potrafiłem znaleźć o niej żadnych informacji. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem na mapie, że to jest rzeka Mała i wpisałem to do wyszukiwarki, nie było ani jednego rekordu zwrotnego – tylko mapa z ewidencji Wód Polskich. Czy można sobie wyobrazić wspanialszy początek? To przecież gotowe pytania, które domagają się odpowiedzi! No i fizyczność obecności żywej rzeki, mimo zaprzeczenia, że ona jest, bo przecież w dzisiejszym świecie, jeśli nie ma o czymś informacji w Google to to pewnie nie istnieje! A ja właśnie tam stałem i widziałem na własne oczy, że ona tam jest, że płynie i że nie można wejść do Rozlewiska, bo wszystko jest rozlane, grząskie i mokre. Od tamtego momentu przepadłem i „przehandlowałem” łażenie po lesie za łażenie nad Rzekę. A potem zaczęło się chodzenie wzdłuż jej brzegów po całej Dolinie. Natomiast to był dwustronny proces, dlatego, że z jednej strony rzeka kształtowała mnie, a z drugiej strony w świecie mediów trochę uczyniłem z niej rodzaj „celebrytki”.
I teraz pytanie, które trzeba sobie postawić, brzmi: „Po co to zrobiłem?”. Bo jeżeli ja bym to robił, żeby tam prowadzać wycieczki i zarabiać na tym kasę, to nie byłoby to nic chwalebnego. Ale ja o Małej opowiadałem, dlatego że kiedy pewnego razu tam przyszedłem, okazało się, że została zaorana przez koparkę. Oczywiście wcześniej opiewałem jej dzikie piękno. Natomiast ten moment, kiedy się zrobiła sławna, był momentem niewiarygodnie bolesnym. To był czas, kiedy ją – tak mi się wydawało – uśmiercono. To jest też ciekawe, bo ja wielokrotnie używałem tego określenia, że rzeka umarła, ale dziś wiem, że to nie jest prawda. Im więcej nad tym myślałem, tym bardziej docierało do mnie, że pomimo faktu, iż my-ludzie mamy gargantuiczną siłę do tak strasznego zmieniania Ziemi, to Przyrody nie da się zabić. Ta myśl o zabiciu przyrody jest moim zdaniem strasznie egotyczna, ona wyraża nasze ludzkie ego i poczucie panowania nad Planetą. A przyrody nie da się uśmiercić. Życie jest oportunistą, jest wieczne, choć może mieć różne emanacje, daleko odbiegające od naszych wyobrażeń. Dziś, Rozlewisko na powrót zarosło, wiele drzew wywróciło się do koryta, zwierzęta przychodzą. Nie ma oczywiście wody co jest zasadniczym problem dla bytu takiego jak Rzeka. Mimo to, jest czymś niesamowitym, że życie potrafi się odrodzić z największych gruzów! Wystarczy tylko mu na to pozwolić, cofając się krok wstecz. Albo dwa.
To jest prawdopodobnie jedna z największych lekcji, którą dała mi Rzeka. Ale też musiałem swój smutek i swoją żałobę przepracować. Ten smutek, że woda znikała był tak dojmujący, że mi naprawdę było strasznie ciężko. Teraz nastąpiło już we mnie pewne oswojenie z faktem, że Ona znika, ale ta lekcja, że potrafi się odrodzić, że ma pamięć, że może kiedyś przyjdzie taka woda, która wypełni znowu Rozlewisko, to właśnie jest źródło nadziei.
Pamiętam też o tym, że życie na Planecie ginęło niezliczoną ilość razy! I że zawsze się odradzało i przez ponad 4,5 miliarda lat nie potrzebowało do tego homo sapiens…
„To właśnie mam na myśli, kiedy mówię o dzikości. To stan, który charakteryzuje się wylewaniem, przelewaniem, zacieraniem granic między tym, co jest brzegiem a co korytem” – opisujesz fragment z Twojej wędrówki wzdłuż Gostynki, innej rzeki, rzeki Twojego dzieciństwa. Zastanawiałam się, czy ta cywilizacyjna potrzeba zabudowywania, równania, odgradzania się od dzikości, nie wynika z lęku przed utratą kontroli?
Tak, ja jestem przekonany, że podłożem tego wszystkiego jest ludzki strach. Mam wrażenie, że my go przekuwamy w jakiś rodzaj działań, który ma go zlikwidować oraz nas znieczulić. I dlatego tak strasznie trudno jest nam zaakceptować inność. Bo ten chaos czy nieporządek w takiej dzikości, niebycie czy niepodzieleniu jest dla nas zupełnie niezrozumiały. I tu jest kłopot. Czytam teraz „Strzępki życia” Merlina Sheldrake'a. Trzeba pokory, żeby zrozumieć, że śluzowiec myśli, tylko robi to w zupełnie inny sposób niż ludzie!
Myślę, że najprostsza odpowiedź na Twoje pytanie, jest taka, że my nie rozumiemy i nie potrafimy tego w pokorze przyjąć. A jeśli czegoś nie rozumiemy, to pierwszy mechanizm obronny, jest taki, że próbujemy to rozczłonkować, poszatkować, nadać temu jakieś własne granice, zrozumiałe kształty i wtedy to jakoś oswajamy, choć najczęściej karczując życie i sensy, które w nim były pierwotnie. Myślę, że to, co jest szalenie niebezpieczne to fakt, że te kawałki są coraz bardziej prymitywnie rozumiane i tłumaczone, bez powiązań między nimi, w izolacji. Próby tłumaczenia zjawisk, które z natury są splątane i strasznie trudne, choćby katastrofy klimatycznej, są bardzo trudne. Narracja, która w tej chwili wydaje się tak niebezpiecznie dominująca, wszystkie te skomplikowane problemy ogromnie upraszcza, dokładając do tego różnego rodzaju teorie spiskowe. Dużo łatwiej wytłumaczyć sobie, że nie pada deszcz bo ktoś z zewnątrz steruje pogodą nad Polską niż zrozumieć proces fizyczny, który za tym stoi i na który rzeczywiście mamy wpływ.
Myślę, że to trochę jest tak, że takie głębokie a nie powierzchowne czy spiskowe zrozumienie wiązałoby się z wzięciem odpowiedzialności i poczuciem, że nie jesteśmy w tym bez winy.
Tak, tak właśnie jest. Łatwiej uwierzyć w apokalipsę na zasadzie: coś spadnie z nieba i nie mamy na to wpływu niż wziąć odpowiedzialność; zaakceptować, że mamy wpływ na to, co się dzieje i może nie wszystko, a może nawet niewiele możemy odwrócić, ale wciąż możemy bardzo dużo ocalić. W tym siebie samych w jakimś stopniu.
Wspomniałeś o swojej duchowej relacji z przyrodą. W tym, jak piszesz o Małej, dużo jest właśnie duchowości, relacji, bliskości. Wyobrażam sobie, że wymaga dużej odwagi, żeby takiego języka używać. Z jednej strony wystawiasz się w ten sposób na argumenty, że to nieracjonalne, a z drugiej – to też jest odsłanianie siebie w tym wszystkim. Nie mówisz: „Jestem twardym aktywistą”, tylko odsłaniasz swoją kruchość, swoje czułe miejsca w tej relacji z Rzeką.
Oczywiście tak jest. I to naprawdę płynie z tego jak czuję. Nie ma w tym wyrachowania ani kreacji. Ja nie potrafię pisać wymyślonych historii. Potrzebuję poczuć i przeżyć, i czasem udaje mi się to zamienić w słowa i wtedy też wydaje mi się, że one robią się prawdziwe. Może za tą autentycznością kryje się właśnie siła i nośność tego, co ja w przestrzeni publicznej robię? A propos tych czułych miejsc czy miękkich części, to znowu jest nauka, którą odebrałem od przyrody. Zaznaczę, że zrozumienie tego nie przychodzi szybko, ono wymaga czasu. Przyroda jest bardzo różnorodna. Nie ma w niej jedynie piękna rozumianego ludzkimi kategoriami typu: szemrzący strumyk i zachodzące słońce. Wszędzie i ciągle coś gnije, są robaki, martwe zwierzęta, pleśń, to wszystko wydziela jakieś zapachy, które mogą nam się nie podobać. Z ludzkiego punktu widzenia jest to pewnego rodzaju niedoskonałość, dzikość. A my ludzie, staramy się wszystko co niedoskonałe, co dzikie – także w nas samych, kontrolować. A mi się wydaje, że właśnie dobrze jest doświadczyć prawdziwości tych reakcji takich bardzo fizycznych, biologicznych: jak cię coś ukłuje w stopę, czujesz ukłucie i dajesz temu wyraz. Tylko, żeby to poczuć, musisz się na to wystawić. Nie da się poczuć, że cię kłuje trawa na ściernisku, idąc przez nie w grubych butach. Trzeba pójść tam boso.
Wrócę jeszcze do wątku języka, którego używasz. Bo z jednej strony jest właśnie język „czucia i wiary”, z drugiej strony naukowe „szkiełko i oko”, a z trzeciej są Wody Polskie i język urzędniczy, o którym każdy, kto wypełniał te nieszczęsne formularze planów utrzymania wód, wie, że jest uprzedmiotowiający, zdejmujący wszelkie uczucia. Pytanie, jak łączysz z jednej strony ten język płynący z głębi, z doświadczenia, z ziemi i z rzeki z tym, że czasem trzeba wypełniać formularze i rozmawiać z urzędnikami, posługując się zupełnie innym dyskursem i innym stojącym za nim systemem wartości.
Zanim odpowiem bezpośrednio, chciałbym coś dodać, trochę od kuchni, z własnego doświadczenia. Próbuję patrzeć na swoje życie, bo to o tym będzie to wyznanie, nie żałując za bardzo niczego, co się stało wcześniej, bo okazuje się, że nigdy nie wiesz, kiedy różne rzeczy się przydadzą. I na przykład ta „szkoła” prawie dwudziestu lat pracy w korporacjach bardzo mi w tej chwili pomaga. Potrafię zarządzić projektem od A do Z. Potrafię z dawnych doświadczeń skorzystać: określić cel, strategię, opowiedzieć sobie, co należy zrobić, a potem się konsekwentnie tego trzymać. To trochę wykracza poza obrazek takiego odstrzelonego poety czy aktywisty, który siedzi w lesie i nie za bardzo potrafi złapać kontakt z rzeczywistością bliską choćby urzędnikom. Jednocześnie praca w korporacjach spowodowała u mnie ogromną alergię wobec wszelkiego rodzaju takich dokumentów. Szczerze nienawidzę tych wszystkich formularzy. Ale z drugiej strony, mam w sobie coś takiego, że potrafię się zmusić, żeby przez to przejść.
I dzięki temu wydaje mi się, że też potrafię posłużyć się nie tylko tym językiem poetyckim, ale też tym bardziej formalnym i urzędowym. Chociaż kosztuje mnie to dużo. Bo to jednak jest opowiadanie o miejscach i istotach, które kocham, o których myślę, że żyją i czują, przy użyciu nomenklatury, która ją uprzedmiotawia. I to jest trudne dla mnie, bo czuję ogromną niespójność w takim opowiadaniu. Ale właśnie tutaj to połączenie szkiełka i oka, wiedzy biznesowej i zarządzania projektami, z dołożeniem tej wiedzy przyrodniczej, biologicznej, fizycznej i jeszcze do tego wszystkiego jakiejś domieszki duchowości i poetyki dało niesamowity miks, który wydaje mi się cenną umiejętnością. Mam w sobie dużo wdzięczności, że to się wszystko tak potoczyło i mogę w taki sposób pożytkować tę wiedzę, którą mam.
Mówisz, że Cię to dużo kosztuje. Kiedy z kolei obserwuję, jak piszesz w mediach społecznościowych, to mam wrażenie, że to też jest dla Ciebie duży wysiłek. Że Daniel, który pisze na Facebooku, to jest zupełnie inny Daniel niż ten, z którym rozmawiam, który ciągnie ludzi nad rzekę i który jakby rzeczywiście tę rzekę czuje. Ten Daniel z Facebooka jest w większym stresie, napięciu, reaktywności.
Tak, tam jest tego bardzo dużo. I ja siebie także tam nie lubię. Dlatego celowo nie używam określenia media społecznościowe, tylko media afektywne, bo tam wszystko rządzi się afektem, wywoływaniem jak najsilniejszych emocji. I znowu, to jest pytanie o intencję, z jaką to robimy. Widzimy, do czego służą media afektywne. Mogą służyć do siania nienawiści, paniki, strachu, wywoływania wojen, wywracania porządku światowego. Można też samego siebie sprzedawać i czerpać z tego gruby hajs, tak jak różni influencerzy i przyczyniać się jeszcze bardziej do niszczenia planety, na przykład poprzez reklamowanie miejsc, produktów, nakręcanie konsumpcji. A można próbować wykorzystywać te mechanizmy, które tam są, do zrobienia, mam nadzieję, czegoś dobrego. Chociaż przychodzi mi to z coraz większym trudem, bo to uwikłanie nie ma już w sobie żadnej niewinności, tylko jest naznaczone zniszczeniem, gruzami i strasznie trudno się z tego odwikłać. Szczególnie teraz, kiedy codziennie wrzucając materiał na fejsa czy insta wiem, że wspieram despotyczny amerykański reżim.
Mam cały czas Instagrama i go używam, mimo, że jestem zmęczony publikowaniem rolek i filmów i próbą opowiedzenia w 60 sekundach o ważnych sprawach, ale robię to nie obrażając się na rzeczywistość i wykorzystuję to, że można zdobyć jakąś uwagę. Ale mam już uruchomioną staromodną stronę internetową, na której można się zapisać do biuletynu i dostawać ode mnie informacje co tydzień czy dwa, bez nachalności i kaprysów algorytmów.
Wiele osób myśli, że kiedy ktoś znika z Facebooka, to znika w ogóle z przestrzeni publicznej. Gdzie my zaszliśmy? To my sami sobie zrobiliśmy klatkę z tego Facebooka i Instagrama i sami tam jesteśmy niewolnikami. Ja też jestem w to uwikłany, ale jest mi z tym źle, mam tego świadomość i dążę, żeby się z tego choć trochę odwikływać. Dlatego nie mam już od roku Facebooka w telefonie, tylko korzystam z aplikacji, która pozwala publikować tam treści bez wchodzenia w przestrzeń fejsa. Z podobnego powodu zacząłem nagrywać „Słuchowisko z dzikości”, które jest dostępne w przestrzeni cyfrowej. Jeśli ktoś się interesuje, rzeczywiście chce głębiej wejść, to znajdzie te miejsca i zostanie tam przez kilkadziesiąt minut, słuchając samych dźwięków czy rozmów i wyobrażając sobie a nie tylko widząc obrazki. Wydaje mi się to niezwykle cenne i zasadniczo różni się od konsumowania treści na zasadzie lajka, dwukrotnego kliknięcia zdjęcia czy przewinięcia bez przeczytania. Z podobnym powodów powstała książka, żeby sięgnąć do czegoś, co jest fizyczne i zostanie dużo dłużej niż internet, który zniknie jak wyłączą nam prąd.
To, co mówisz, skojarzyło z myślą, którą sformułował kiedyś Ryś Kulik, zastanawiając się, jak to się stało, że przeszliśmy od opowieści mówionych do tych, które można sobie włączyć w telewizji, a potem kliknąć i zatrzymać. On w tym widzi kolejne stopnie oddzielenia. Od rzeczywistości zewnętrznej, ale też od siebie nawzajem. Jak jesteś z kimś w kontakcie twarzą w twarz, nie powiesz mu: „To ja cię teraz pauzuję”. Musisz dać mu tę uwagę. W byciu w przyrodzie też tę uwagę musisz cały czas mieć. A w mediach społecznościowych tej uwagi jest jeszcze mniej, bo trwa 60 sekund albo krócej.
Dziękuję, że Rysia Kulika wspominasz, bo jego duch unosi się nad tą książką.
Jestem mu bardzo wdzięczny za „Wystarczająco dobre życie”, bo to jest książka, dzięki której do mnie przyszła w czasie pisania moja babcia. Dzięki tej publikacji zacząłem rozumieć, co odczuwam w przyrodzie. Właśnie taką wystarczalność.
Chodzi o to, że stajesz na przykład nad rzeką i nie zastanawiasz się, że ta rzeka mogłaby być bardziej niebieska. Tylko stajesz i po prostu ona taka jest, jaka jest. Inna nie będzie. I albo możesz się frustrować tym, że nie jest taka, jak sobie wyobrażasz i przycięta do twoich wyobrażeń albo akceptujesz to takim, jakie jest. To metafora życia i jego akceptacji. Choć oczywiście, ktoś może powiedzieć, że rzekę można oczyścić, ale mi nie chodzi o taki przypadek. Ja to czułem intuicyjnie, ale Ryś w swojej książce, trochę powtarzając tam jak mantrę pewne rzeczy, bardzo dużo mi dobrego zrobił. To jest jedna z najważniejszych książek mojego życia.
Opisując swoją wędrówkę przez konstanciński, suchy i zaśmiecony odcinek Małej, mówisz, że nie idziesz tam dla ładnych widoków, ale dlatego, że ją ukochałeś. Chcę to uczynić wstępem do tego wątku, który wydaje mi się, że jest trudny do opowiedzenia, czyli właśnie do straty. Mówiłeś o tym na spotkaniu w Konstancinie, że w czasie kilkuosobowej dyskusji w radiu, powiedziałeś o potrzebie pożegnania się z rzeką i o tym, że to wzbudziło duży niepokój.
W czasie tego wydarzenia była jeszcze oprócz mnie dwójka gości, naukowców. Rozmawialiśmy o suszy w zimie, co też jest znaczące. Rozmowa skończyła się pytaniem pana redaktora: co możemy z tym zrobić? Trochę jak się domyślałem, oczekując odpowiedzi, że możemy na przykład krócej się kąpać i mniej wody zużywać. A ja powiedziałem, że ja po prostu chodzę i się żegnam z tymi miejscami, które znikają.
I zapadła taka bardzo niezręczna cisza, a potem rzeczywiście trochę się rozpętała burza. Usłyszałem, że to jest jakiś pesymizm, że może ja w depresji jestem. Ale też było sporo takich głosów, że to porusza zupełnie inne struny. Niezauważenie tego, że te krajobrazy odchodzą na naszych oczach, to jest dopiero tragedia. Jeśli rzeka została przeorana, wycięli las, osuszyli mokradło, to czy ja się mam odwrócić od tego, bo tam już nie ma ładnego widoku, który spełniałby moje oczekiwania i wyobrażenia o Przyrodzie?
Widzę to odwrotnie. Trzeba właśnie usiąść tam, na tym zrębie albo przy tej rzece umierającej. To jest tak jak usiąść przy umierającym bliskim. I tutaj znowu wchodzi to nasze oderwanie od prawdziwego życia, takiego jakie jest, że my w tym afektywnym świecie, szybkim, natychmiastowym zapomnieliśmy o żałobie i o rytuałach, które się z tym wiążą. I jest nam tak strasznie trudno patrzeć na cierpienie bliskiego człowieka, bo jesteśmy bezradni, bo nie wiemy, co z tym zrobić, a tymczasem prawdopodobnie nie chodzi w ogóle o nic innego oprócz tego, żeby tam usiąść i być.
Wydaje mi się, że dzisiejsza kultura nie sprzyja takiemu podejściu. Nie mogę też przestać myśleć, że jest jakaś celowość w tym, żeby nas od tego oderwać a nawet wyśmiać, wyszydzić takie czułe postawy. Bo popatrz: jak nie zapłaczemy nad stratą, to staliśmy się już obojętni. I wtedy już można zabrać nam wszystko. Wyciąć każdy las, zaorać każdą rzekę, a my przejdziemy nad tym do porządku dziennego, odwracając wzrok. Jeżeli my nie będziemy towarzyszyć w odchodzeniu, to nie będziemy robić przestrzeni, żeby dostrzec na to, co jeszcze można ocalić.
Zrozumienie tego nie przychodzi łatwo i szybko. Ale widzę, że jest duża potrzeba, by o tym opowiadać, bo ludzie tego nie rozumieją. Kiedy piszę w mediach, że się żegnam z różnymi miejscami, to najczęstszym komentarzem jest pocieszanie mnie na zasadzie: spróbuj się nie martwić, będzie dobrze, albo, że nie można tracić nadziei, trzeba walczyć. A ja wtedy mówię, że świadome żegnanie się jest kompletną odwrotnością tych rzeczy. Jest właśnie o nadziei. Jest o tym, że to odchodzenie i jego opłakiwanie nie jest bez sensu. Że ta istota, czy ten las, czy ten krajobraz był ważny i dlatego ja przy nim siedzę, opłakuję go, po prostu przy nim jestem.
Wcześniej nie zastanawiałem się aż tak bardzo nad tym, co pisała Rebecca Solnit, że nadzieja jest w mroku. Ja to zrozumiałem dopiero, kiedy przeczytałem u Byung-Chul Hana w ostatnim zbiorze esejów „Duch nadziei” o wspomnieniach Vaclava Havla. Legendarny dysydent, kiedy siedział w więzieniu, pisał o tym, że właśnie wtedy, w tych najczarniejszych chwilach, to nadzieja podtrzymywała go przy życiu. Nie optymizm, że będzie dobrze, bo on nie miał przed sobą żadnego planu, że odsiedzi jakiś czas i wyjdzie! Miał przed sobą perspektywę, że tam umrze. A mimo to żył właśnie nadzieją. Nadzieją rozumianą jako stan ducha, a nie opowiadaniem sobie, że „będzie dobrze”.
Przytaczasz w książce taki fragment z „Dzikich miejsc” Roberta Mcfarlane'a: „Dzicz była przed nami i będzie po nas. Kultura człowieka przeminie z czasem, którego jest obfitość. Bluszcz oplecie z powrotem nasze domy i balkony, tak jak rozsadził rzymskie wille. Piasek zasypie nasze centra biznesowe, tak jak pochłonął brochy z epoki żelaza”. Piszesz, że to ci daje nadzieję. I to wydaje mi się niezwykle ważna myśl w kontekście napędzanego przez skalę obecnego kryzysu dążenia, żeby ciągle działać i starać się ocalić wszystko. Jako alternatywę widzę puszczenie tego, czego nie da się już ocalić. Z jednej strony więc działanie na tyle, na ile możemy coś zrobić tu i teraz, a z drugiej poczucie, że nie jesteśmy tymi demiurgami, którzy są wszechmocni.
Jeden z takich większych hejtów, który mi się dostał, to była historia, którą opisywałem dla Krytyki Politycznej w cyklu „Liczą się skrawki”. Pojechałem między innymi do Słajszewa żegnać się z krajobrazem, w którym powstaje elektrownia atomowa. I pamiętam, że wtedy wylały się strumienie hejtu. Oba z bańki eko. Pierwszy w duchu: „Czego ty chcesz chłopie? Atomówka uratuje świat, w tym przyrodę!”. A drugi – także z bańki eko, z naciskiem na to, że nie wolno się poddawać, trzeba walczyć do samego końca.
Wydaje mi się, że szczególnie w tej drugiej postawie jest strasznie dużo egotyzmu, ubóstwienia samego siebie, że jestem całą siłą sprawczą na tym świecie. Właśnie nie jestem. I jest jakiś moment, tak jak powiedziałaś, że trzeba puścić. I w takim momencie mogę się albo odwrócić i odejść albo pójść i posiedzieć i pobyć z odchodzącym miejscem.
Dla mnie to też była ważna lekcja. I ja też potrzebowałem sobie przepracować to odchodzenie w różny sposób, żeby potrafić to wytłumaczyć. Jest jakiś moment, w którym żegnanie się jest ważniejsze niż działanie, które do niczego już nie doprowadzi. W przypadku elektrowni atomowej, nikt nie zastopuje tej inwestycji. Mówienie, że trzeba walczyć do końca, jest dla mnie postawą optymistyczną, która jest poklepywaniem się trochę po plecach, że będzie dobrze. A dla mnie dużo głębsze jest właśnie pójście tam, pobycie z tym miejscem, stworzenie przestrzeni na żałobę i pokazanie, jak było ono ważne, bo żyło. I zostaje gdzieś w naszych sercach i w opowieściach. I jest nadzieja na to, że nawet jak tam będzie ta atomówka, to ta atomówka za 500 lat będzie porośnięta bluszczem a żelbetony pokryje piach wędrujących wydm.
Dużo widzę połączeń między tym, jak potrzebujemy nauczyć się żegnać z miejscami, a tym jak nauczyć się żegnać z ludźmi. Że właśnie czasami potrzebne jest po prostu bycie. Nie kolejna terapia, nie wzywanie szwadronów lekarzy, tylko obecność. I to świadczenie, że ktoś jest dla mnie ważny, jakieś miejsce w przyrodzie jest dla mnie ważne, jakaś istota i dlatego z szacunkiem jestem w stanie pozwolić jej odejść, a nie ją trzymać na siłę dla siebie.
Tutaj moją największą nauczycielką była babcia. Ona swoje przeżyła, bo uciekała ze wschodu na Ziemie Odzyskane. Tam dalej gospodarowała na roli i w jakimś momencie musiała być operowana. I babcia miała taki stosunek do tej nowoczesności, w tym do medycyny, że się temu poddawała, ale się tym nie egzaltowała. Zawsze mi powtarzała, że ona nie chce być sztucznie w żaden sposób utrzymywana przy życiu. I jedna z najcenniejszych myśli, z którą babcia mnie zostawiła, była taka, że nie zdrowie jest najważniejsze, tylko wiara. Mówiła, że jak wiary zabraknie i zabraknie zdrowia, to się załamiesz, ale kiedy zabraknie zdrowia, ale będziesz miał wiarę, to zupełnie w inny sposób będziesz przeżywał ten brak zdrowia. I ja wiem, że to jest trudne, bo ciężko jest komuś mówić, że ma cierpieć. To są bardzo indywidualne sprawy. Ale ja widziałem to działające w życiu. Pamiętam, że byliśmy wszyscy rodzinnie zszokowani w jakimś momencie, bo ona mniej więcej od osiemdziesiątych urodzin (zmarła jak miała 97 lat), bardzo otwarcie opowiadała nam, że jest gotowa, żeby odejść. I tak odeszła. Nie chciała zostać w szpitalu. Wiedziała, że nadchodzi koniec. Ona chciała umrzeć w domu, u siebie.
Mam wrażenie, że przeciwstawianie się śmierci uważała za próbę oszustwa, obrazę Boga, obrazę Ducha, przeciwstawienie się siłom, które są większe od nas. A śmierć jest większa od nas, albo inaczej, jest całością z życiem! Nie da się żyć wiecznie bo będzie to życie nieumarłe, jak mówi Byung-Chul Han. Mam wrażenie, że ludzie, którzy się urodzili jeszcze przed wojną, mieli dużo większą łączność z ziemią i jej cyklami. Oni nie musieli się ich uczyć, obserwować. Oni po prostu w tym byli. Widzieli, że na wiosnę ziemia się odradza, a na zimę umiera. I że to nie jest na zawsze, tylko w jakimś cyklu. Jesteśmy tańczącymi skałami, jak mówił John Seed. Wszystko jest częścią koła życia.
Chciałam się jeszcze zatrzymać przy tych opowieściach, które zostają po miejscach i istotach. Myślę o nich w kontekście tego, co w psychologii żałoby określa się jako koncepcję trwałej więzi. Takiej, którą możemy rozwijać z naszymi bliskimi nawet wówczas, gdy nie ma ich już z nami. Czuję, że te opowieści, które niesiemy dalej, ale też różne praktyki terenowe, bycie w tych miejscach, że to jest właśnie budowanie trwałej więzi z kimś, kto odchodzi. Ciekawa jestem, jak Ty to praktykujesz i jak to czujesz.
Wiele osób pytało mnie, dlaczego ja nad Małą chodzę cały czas. Według Byung-Chul Hana powtarzanie pogłębia bycie. Jak chcesz wejść w coś głęboko, zadomowić się, musisz to powtarzać. Dla mnie te powroty do Rzeki, chodzenie do Rozlewiska, są jak siedzenie w zen albo jak medytacja. Inna sprawa, że ja tam przychodzę i co chwilę coś innego się dzieje i coś nowego odkrywam – bo przyroda cały czas jest dynamiczna. Sprawy i miejsca wyglądają inaczej na wiosnę, jesienią, w zimie, w lecie, nocą czy za dnia. I na tym polega niezwykłość tego co tu obok, a nie na tym, żeby skakać z kwiatka na kwiatek i co weekend być w innym miejscu, z którym nie mam żadnej więzi. Co ja mam powiedzieć o miejscu, do którego przyjeżdżam na tydzień wakacji?
Oddomowiliśmy się, a te wszystkie urządzenia ekranowe i media afektywne jeszcze bardziej to pogłębiają, bo one stymulują cały czas ten ruch przeskakiwania dalej, dalej, dalej. I to przekładamy na codzienne życie. Nie jesteśmy się w stanie zatrzymać nad książką, a co dopiero nad byciem z kimś! Popatrz, jaki mamy gigantyczny kryzys w relacjach. Ludzie nie potrafią się wzajemnie dopasować, odnaleźć, zostać parą, bo nie mamy kompletnie podstawowej cierpliwości do tego, żeby dać sobie czas i zobaczyć, co będzie się działo. To wszystko jest ze sobą powiązane.
Czuję, że powinnam poprosić cię o jakieś mądre zdanie na koniec, ale z drugiej strony mam takie poczucie, że to byłoby trochę sprzeczne z duchem rzeki…
Już po napisaniu „Małej” przyszły do mnie filozoficzne rozważania o wodzie autorstwa Wita Szostaka (aka Dobrosław Kot): Dorzecza i dociekania. Filozof pisze o tym, że jest tak, że widzimy tylko pewne przejawy rzeki. Czy to, że ona czasem płynie a czasem nie, to ona dalej jest, czy już jej nie ma? Zejście w głąb z tymi pytaniami powoduje, że pojawiają się nieskończone warstwy, bo nawet źródło okazuje się nie być początkiem rzeki, bo przecież głęboko w warstwach podziemnych też płynie jakaś rzeka. I nie wiemy jak bardzo się tam w głębi te wszystkie wody mieszają, przeciekają, wysiąkają. A jeszcze od góry płynie rzeka chmur i wilgoci, która jest w powietrzu, która spadając zasila te w podziemiach i na powierzchni, w związku z czym to naprawdę nie ma końca. To jest akwatyczny krąg życia, więc rzeczywiście to może nie mieć puenty.
Dzięki, Danielu.
Daniel Petryczkiewicz – absolwent pierwszego rocznika Szkoły Ekopoetyki Julii Fiedorczuk i Filipa Springera przy Instytucie Reportażu w Warszawie. Laureat Nagrody Stołka Czytelników Wyborczej 2022 oraz odznaki honorowej Ministra Klimatu i Środowiska. Inicjator spotkania twórczo-aktywistyczno-poetyckiego „Święto Wody” w Konstancinie-Jeziornej. Publikuje teksty i fotoreportaże o tematyce ekologicznej. Ambasador rzeki Małej i jej Doliny, które odkrył na nowo i o które walczy od ponad 6 lat.
Daniel Petryczkiewicz, Mała historia znikania. Opowieść o Rzece, Krytyka Polityczna, Warszawa 2026
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Czerwiec 2026