Poza uczłowieczenie – zwierzęta, teatr i wspólnota biotyczna
„Dlaczego najgorszy zwyrodnialec ma duszę, a ty piękna sarno, dziku […] nie?” – pyta w jednym z monologów Milena Lisiecka, odtwarzająca rolę Janiny Duszejko w przygotowanej przez łódzki Teatr Jaracza adaptacji powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Ja zaś, przygotowując ten tekst i przypominając sobie fragmenty premierowego spektaklu, zastanawiam się nad odwróceniem tego pytania: czy sarna musi mieć duszę? Albo inaczej: czy musi mieć duszę, abyśmy byli w stanie dostrzec w niej istotę godną szacunku lub bliską człowiekowi?
Te wątpliwości nasunęły mi się nie tylko w związku ze wspomnianym monologiem – którego fragment przytaczam z pamięci – ale też z zastosowanym w sztuce zabiegiem reżyserskim. Na scenie oprócz ludzi (zwierząt ludzkich) pojawiają się też zwierzęta pozaludzkie – sarny, dzik, sroki, które także w fabule książki odgrywają ważną rolę. O ile jednak powieść oddaje ich wygląd i motorykę wyobraźni, a jej filmowa adaptacja korzysta z magii i możliwości kina, o tyle na deskach Teatru Jaracza w rolę zwierząt wcielają się ludzie. A konkretnie (prawie) nagie kobiety w roli srok, saren i psów głównej bohaterki, (prawie) nagi mężczyzna w roli dzika oraz jeden (ubrany) mężczyzna w roli psa postaci drugoplanowej. Na dalszy plan odsuwam kwestię, dlaczego właściwie sarny i sroki są odgrywane przez aktorki zaś dzik przez aktora – to zamierzony zabieg, by pokazać naszą nieporadność w relacjach międzygatunkowych i braki wiedzy przyrodniczej, czy może jednak nieuważność samego zespołu przygotowującego adaptację (ta sama, która każe nam myśleć o biedronkach wyłącznie w rodzaju żeńskim, a sarnie przypisywać „męskiego męża” w postaci jelenia)? Staram się jednak wczuć w sens samego powodu, dla którego w roli zwierząt pozaludzkich umieszczono właśnie takich a nie innych aktorów, w tym konkretnym anturażu. Nie biorę tu pod uwagę najprostszych odpowiedzi w rodzaju: żywy „dzik” lepiej wygląda niż tekturowa makieta dzika, a wypchany byłby tu co najmniej nie na miejscu. W innych momentach przedstawienia efekty audiowizualne świetnie sobie radziły ze stworzeniem znanej czytelnikom Olgi Tokarczuk bizarnej atmosfery polsko-niemiecko-czeskiego pogranicza. Poradziłyby sobie i tutaj.
Szukając interpretacji, potrafię (jak sądzę) sięgnąć do kodów, które stoją za takim zabiegiem. „Spójrz na nas tak, jak patrzysz na ludzi” – zdają się wołać zwierzęcy bohaterowie spektaklu – „Porzuć antropocentryczne poczucie, że tylko ty możesz odczuwać ból, tworzyć relacje, posiadać duszę. Jesteśmy tobą, tylko że gdzie indziej”. Gdzie indziej, czyli w porządku natury – stąd brak ubrań, na który istota ludzka zwykle nie pozwala sobie publicznie. Sarnie wolno, bo nie obowiązują jej normy społeczne, które krępują człowieka. Przynależność do natury nie oznacza jednak, że mamy odmawiać jej tego wszystkiego, czego odmawiają jej antagoniści Janiny Duszejko: prawa do życia, wolności, niekrzywdzenia. Dla nich: dla Wnętrzaka, Prezesa czy księdza Szelesta nawet samo stwierdzenie, że zwierzęta mogą odczuwać jak ludzie albo być traktowane jak rodzina – jest zburzeniem zastanego porządku świata i zamachem na ich światopogląd, system wartości, uczucia religijne. W zestawieniu z tym, co możemy usłyszeć na temat zwierząt od internetowych „wnętrzaków” i „szelestów” chociażby w ramach obrony świętego prawa do strzelania fajerwerkami – „Prowadź swój pług…” jest głosem wołającym o wrażliwość, której nawet w najbardziej podstawowym zakresie (dobro innej żywej istoty a rozrywka) ciągle nam brakuje.
Z drugiej jednak strony: co robić, jeśli uczłowieczenie nie pomoże? Żyjemy w świecie, w którym powodem do pozbawienia drugiej istoty ludzkiej życia, godności i wolności może być przynależność do innego narodu, rasy, religii, a nawet klubu politycznego. Czy wystarczy, że sarna będzie postrzegana jako człowiek, czy też należy przyjąć dodatkowe zastrzeżenia, że jest białym cis-hetero katolikiem / szyitą / nie-Palestyńczykiem (w zależności od tego, kto ją uczłowiecza)?
„Słuszne jest to, co sprzyja zachowaniu spójności, stabilności i piękna wspólnoty biotycznej. Niesłuszne jest to, co temu nie sprzyja” – pisał Aldo Leopold. Nie wspólnocie istot takich jak my albo podobnych do nas, ale wspólnocie biotycznej, na którą mogą składać się zarówno ludzie jak wilki, dęby czy drobne organizmy glebowe. Arne Naess poszerzył stwierdzenie Leopolda mówiąc, że musimy odejść od antropocentryzmu na rzecz biosferycznego egalitaryzmu. Nie ma piramidy, w której człowiek stoi na szczycie i musi wciągać poszczególne gatunki na wyższe piętra, by nadać sens ich życiu. Jest sieć, w której każdy organizm ma jednakowe znaczenie dla jej harmonijnego trwania. O tej sieci mówi zresztą także w sztuce główna bohaterka w sposób, który moglibyśmy znaleźć w tekstach Arne Naessa, Johna Seeda czy Joanny Macy. Czy w takim razie upodobnione do człowieka sarny, sroki, dziki nie sprawiają, że znowu wracamy do piramidy? Psa, sarnę czy dzika łatwiej wyobrazić sobie w postaci ludzkiej. Co jednak ze stonogą, golcem piaskowym, pomrowem? Teatralna wyobraźnia udźwignie i to. Poza-teatralne preferencje dla pewnych gatunków zwierząt (które mają szansę być uznane za domowych pupili) przy jednoczesnym zezwoleniu, by inne były zjadane, zabijane dla rozrywki lub pozbawiane swych siedlisk pokazuje, że nie jest tak łatwo poszerzać nasze pole współodczuwania jedynie na podstawie porównania z człowiekiem. Wilki czy jelenie zawsze będą miały większą szansę zainteresować przeciętnego odbiorcę działań na rzecz dzikiej przyrody niż ryby przemielane w filtrach elektrowni węglowych. Miękkie futro i zachowania społeczne zawsze wygrają w plebiscycie fajności z istotami, o których wiemy głównie to, że występują w masie, a których nazw w większości nie znamy i nie chcemy znać.
Chciałabym, żeby droga do poszerzenia naszej biologicznej wrażliwości nie musiała prowadzić przez upraszczające skojarzenie, że „sarna też człowiek”. Już może raczej, że: człowiek też sarna, też stonoga, też chrobotek reniferowy. W „Prowadź swój pług…” w wersji literackiej i filmowej przybliża nas do takiego spojrzenia Boros. W wersji teatralnej miałam wrażenie, że coś ważnego się z jego sposobu myślenia i czucia zatraciło.
Cieszę się, że adaptując powieść Olgi Tokarczuk Teatr Jaracza stawia pytania o granice między ludzkim a zwierzęcym. Dobrze, gdyby rozmowa o poszerzaniu tych granic obejmowała w większym stopniu kształtowanie się jaźni ekologicznej niż wciąganie zwierząt pozaludzkich w przestrzeń naszego ego.
Monika Stasiak
Premiera przedstawienia na podstawie powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych” w reżyserii Leny Frankiewicz odbyła się 6 grudnia 2025 r. w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi.
Plan spektakli na stronie teatrjaracza.pl/prowadz-swoj-plug-przez-kosci-umarlych
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Luty 2026