O krwawej akcji wilczej i hejcie na wilki. Rozmowa z Krzysztofem Potaczałą
Jak długo pracował Pan nad książką „Człowiek i wilk. Historia splamiona krwią”?
Krzysztof Potaczała: Planowałem ją opublikować przed kilku laty, ale z różnych powodów to się nie udało. Wcześniej o akcji wilczej napisałem rozdział w swojej książce „Bieszczady w PRL-u”, wydanej w 2012 r. Po pewnym czasie zebrałem więcej relacji i dokumentów i uznałem, że warto wrócić do idei przygotowania dużego reportażu o akcji wilczej.
Pierwotny tekst uzupełniłem o kolejnych rozmówców, a dokumentację rozszerzyłem o wątki wykraczające poza Polskę, dodając opisy dotyczące Związku Radzieckiego i Czechosłowacji, a także pewne elementy mówiące o tym jak wilcze kwestie wyglądały w innych krajach europejskich i w Stanach Zjednoczonych.
Czy temat wilków był dla Pana istotny w jakimś dłuższym horyzoncie czasu?
Urodziłem i wychowałem się w Bieszczadach. Od kiedy pamiętam, o wilkach mówiło się często i wszędzie. Głównie o polowaniach na nie. Nasłuchałem się jako dziecko i nastolatek rozmaitych opowieści dotyczących sposobów zabijania wilków, ale przede wszystkim tego, że wilki są wrogiem numer jeden dla gospodarzy, myśliwych i leśników. Nie pamiętam, aby w tamtych czasach ktokolwiek wyrażał się o szarych drapieżnikach pozytywnie albo zwrócił uwagę, że za dużo już zabijania, że przy intensywnych łowach wytępimy wilka „do łapy”. Kilka razy byłem świadkiem zwożenia martwych wilków do nadleśnictw. Nie krytykowano myśliwych i wszystkich innych likwidujących wilki za to, co robią. Takie podejście było zapewne pokłosiem wielowiekowego negatywnego postrzegania wilka, lęku przed nim jako drapieżnikiem.
Ludzie bali się wilków, ale też je demonizowali. Wilki nazywano szkodnikami. W opinii publicznej nie zasługiwały na życie.
Książka skupia się na akcji wilczej. Czym była ta akcja? Skąd zaczerpnięto inspirację?
Oficjalnie akcja wilcza zaczęła się w styczniu 1955 r., gdy rząd przyjął uchwałę o wyeliminowaniu gatunku Canis lupus. Wilka wyjęto spod prawa i nakazano eliminowanie wszystkimi dostępnymi metodami. W zarządzeniu dotyczącym prowadzenia akcji dokładnie napisano, jakich metod i narzędzi używać, by skutecznie i możliwie szybko wytępić jak najwięcej wilczych rodzin.
Przykład wzięto od Związku Radzieckiego. Tam wilki wyniszczano na znacznie większą skalę, od wielu lat. Oczywiście w Polsce przed 1955 r. też do wilków strzelano. W międzywojniu polowania na te zwierzęta były popularne wśród polityków i wojskowych. Strzelano do wilków również po wojnie, ale nie była to jeszcze planowa operacja, mająca na celu eksterminację gatunku. Niemniej wilki zabijano bez oporów.
Prezydium Rządu PRL podjęło decyzję o wybiciu wilków po monitach mieszkańców południowo-wschodniej Polski, a także Suwalszczyzny i Lubelszczyzny, którzy od jakiegoś czasu naciskali resort leśnictwa, że trzeba z wilkami, jak mawiali, zrobić porządek.
Przekaz był następujący: wilków jest za dużo, przez nie znacząco ubywa zwierzyny płowej, wilki podchodzą też do wiejskich gospodarstw i zagryzają zwierzęta domowe, a wkrótce mogą zaatakować człowieka. Z tych powodów – argumentowano – nie możemy czekać, musimy wystawić ludzi do walki z niebezpiecznymi drapieżnikami. Pozwolenie na zabijanie wilków dostali nie tylko myśliwi, ale też inni obywatele Polski Ludowej, niekoniecznie posiadający broń palną. Zgodnie z założeniem, że „szkodnika” mogą tępić wszyscy, którzy mają na to ochotę.
Do kiedy trwała ta antywilcza operacja? Czy jakoś ją oficjalnie zakończono?
Nie ma konkretnej daty jej zakończenia. Wygaszała się samoistnie, nigdy nie powiedziano, że zostaje zamknięta. Za nieformalny koniec można uznać rok 1972 lub 1973, gdyż do tego czasu prowadzono intensywne, regularne, liczne łowy zbiorowe i indywidualne przeciwko Canis lupus. Oczywiście w kolejnych latach na wilki nadal polowano, ale nie nazywano tego już akcją wilczą.
W książce przywołuje Pan cytat z „Łowca Polskiego” o przeprowadzonej przez Polski Związek Łowiecki kampanii „Alarm wilczy”: „Obowiązuje mobilizacja do walki z wilczą plagą, do polowania, polowania i jeszcze raz polowania, i to wszystkimi […] sposobami. Apel wilczy trwa!”. Skąd brała się taka determinacja?
Dotykamy tu kwestii języka, sposobu mówienia o wilkach i przekazywania o nich wiadomości. Przyczyną był zapewne fakt, że zdecydowana większość ludzi w Polsce była negatywnie nastawiona do wilka. Nazywano go „rabusiem”, „złodziejem”, „bandytą”, „zakałą” itp. Ówczesna prasa spełniła ogromną rolę w informowaniu czytelników, a były ich przecież tysiące, że wilka jako gatunek należy wyniszczyć. W tamtych czasach nie było Internetu, a telewizja raczkowała, dlatego przekaz z branżowego „Łowca Polskiego”, choć nie tylko stamtąd, przynosił efekty – rubryki w rodzaju „Alarm wilczy trwa”, „Mozaika wilcza” publikowano regularnie. Tygodniki, a zwłaszcza dzienniki wydawane w południowo-wschodniej Polsce, na Lubelszczyźnie, w Białostockiem, Olsztyńskim, w Małopolsce, zawierały mnóstwo relacji o wilkach w kontekście polowań na nie. Publikowano artykuły i depesze z mocnymi tytułami, często na pierwszej, drugiej lub trzeciej stronie, pisane grubą czcionką, że wilki ciągle są niebezpieczne, że nie wolno ustawać w ich zabijaniu, a motywacją powinny być nagrody finansowe wypłacane przez państwo. Spirala nakręcała się i mocno oddziaływała na społeczeństwo.
Także język był specyficzny, wiedziano że trafi do odbiorców i wzbudzi jeszcze większy lęk przed wilkami oraz nienawiść do tych drapieżników. Choć, warto to podkreślić, nie było jakiegoś istotnego zagrożenia ze strony wilków. Nie zabijały masowo zwierząt gospodarskich (owiec, kóz czy bydła), nie stwierdzono też żadnego ataku na człowieka. Owszem, często je widywano, ale uciekały. Drukowano jednak przekaz, że ten czy inny wilk na pewno chciał zaatakować.
Pisząc książkę spotkał się Pan z jeszcze żyjącymi uczestnikami akcji wilczej. Czy po latach ci ludzie zmienili podejście do tematu i swojego udziału w tej akcji?
Rozmawiałem z myśliwymi, którzy uczestniczyli w polowaniach jeszcze w latach 50. i 60., ale też późniejszych. Na ogół nie zmienili stosunku do tej sprawy, pozostali niezmienni w swoich osądach, chociaż niektórzy dostrzegli w wilkach dobre cechy. Pewien myśliwy przyznał nawet, że co prawda trzeba było wtedy ograniczyć wilczą populację, jednak sama akcja poszła za daleko, „źle się stało, że dopuściliśmy do tak podłych metod jak trucie albo zabijanie szczeniąt”.
Kim byli najbardziej zaciekli myśliwi?
Po wojnie i operacji „Wisła” Bieszczady w dużej części opustoszały, zasiedlane były ponownie od końca lat 40., a nowi osiedleńcy pochodzili z różnych regionów kraju, wśród nich leśnicy z uprawnieniami łowieckimi.
Przykładem takiego myśliwego, znanego nie tylko w Bieszczadach, był Władysław Pepera, nadleśniczy z Nadleśnictwa Stuposiany. Wypowiedział wilkom wojnę, prowadził ją tak intensywnie, że rzadko bywał w domu. Nieustannie czatował na wilki. Przyjeżdżali do niego myśliwi z elity, członkowie rządu, np. Piotr Jaroszewicz. Pepera był skutecznym myśliwym, miał na rozkładzie wiele wilków. W pewnym momencie on i Franciszek Kaźmierczyk z Chmiela, inny znany łowca, zaczęli rywalizować o to, który z nich jest bardziej skuteczny w strzelaniu do wilków.
Warto dodać, że dla ówczesnych myśliwych polowania na wilki były czymś niezwykle atrakcyjnym, wielu z nich chciało mieć wilcze trofeum. Ponadto zarabiali na takich łowach spore pieniądze. Mimo że skarżyli się na trud jaki musieli podjąć (m.in. wielogodzinne czatowanie w czasie silnych mrozów czy długotrwałe tropienia), pieniądze były znaczne. Rząd zresztą sukcesywnie zwiększał pulę nagród, aż do ponad 3 tysięcy złotych za ubitego wilka na początku lat 70. Polujący inkasowali czasem drugą, a nawet i trzecią pensję. W warunkach PRL-u były to naprawdę niemałe pieniądze.
Ile oficjalnie zabito wilków?
Ostateczna liczba jest trudna do ustalenia. Dane o zlikwidowanych wilkach były sukcesywnie publikowane co miesiąc i kwartał, ale nie wiem czy tym liczbom w stu procentach możemy zawierzyć i traktować jako kompletne. W książce przytaczam dane oficjalne z dokumentów, do których dotarłem, np. z województwa rzeszowskiego, Lubelszczyzny czy północnych obszarów Polski. Z raportu komisarza do spraw akcji wilczej na województwo rzeszowskie z lat 1956-1971 wynika, że zabito tam 1118 wilków, przy czym pewna ilość padła jeszcze po zjedzeniu mięsa z trucizną lub zranieniu i nie została odnaleziona. Prawdopodobnie możemy mówić o dodatkowych kilkudziesięciu, a może nawet kilkuset martwych wilkach.
Jaki to był procent populacji?
Brakuje oficjalnych danych, ale w latach 70. okazało się, że wilków prawie nie ma. Ogólnie oceniając można przyjąć, że w tamtych czasach wytępiono w Polsce większość wilczej populacji.
Wilki, jak Pan wspomniał, też truto…
Padlinę z trucizną wykładano komisyjnie przy udziale komisarza rejonowego do spraw akcji wilczej, zawsze w asyście myśliwego. Robiono to zgodnie z protokołem, który określał miejsce jej wyłożenia. Początkowo wilki truto luminalem. Zdarzało się jednak, że podtruty wilk odchodził i padał gdzieś w wąwozie, młodniku czy potoku. Inspirowano się pomysłami znanymi w Związku Radzieckim, od tamtejszych ekspertów ściągano przepisy (np. formowanie nafaszerowanych chemikaliami kotletów mięsnych), których zapach kusił wilki. Ale luminal okazał się za słaby, dlatego zdecydowano się stosować strychninę, po której zjedzeniu wilki umierały szybciej. Tę truciznę uznano z czasem za zbyt niebezpieczną, oceniono, że może dojść do tragedii i zatrują się też ludzie. A mimo to pod koniec akcji wilczej sprowadzono z Austrii jeszcze bardziej zabójczą toksynę, mianowicie cyanon. Po jej zjedzeniu wraz z padliną wilk nie miał żadnych szans na przeżycie.
Czy nie budziło wątpliwości, że na wilki polowano z użyciem śmigłowców?
Na Lubelszczyźnie, w okolicach Włodawy postanowiono tropić wilki ze śmigłowców. Trzeba tu zaznaczyć, że z pokładów helikopterów do wilków nie strzelano. Na podstawie wskazówek przekazywanych krótkofalówkami z maszyny myśliwi będący w lesie fladrowali „zawilczony” teren, a potem zaczynali polowanie. Taką samą metodę zastosowano później na Podkarpaciu.
Nie wszyscy myśliwi brali udział w akcji wilczej. Dlaczego nikt nie protestował przeciwko bezwzględnej metodzie eliminacji wilków?
Rzeczywiście, nikt nie protestował. Nie znalazłem informacji, które mówiłyby o tym, aby jakaś organizacja czy inna grupa ludzi wystąpiła oficjalnie przeciwko tej akcji.
Dopiero w 1974 r. na łamach tygodnika „Podkarpacie” pojawił się artykuł Artura Baty, krośnieńskiego dziennikarza, który wziął wilka w obronę. To był dość mocny tekst podający w wątpliwość sens prowadzonych od dawna działań przeciw wilkom.
W książce nazwał Pan to, co robiono w tamtych latach z wilkami, barbarzyństwem. Dlaczego?
Jeśli przeanalizujemy tę akcję, to, jakimi metodami ją prowadzono i w jak szerokim zakresie, że wilki truto, zaganiano do specjalnych pułapek, dźgano widłami, zabijano siekierami, rozjeżdżano samochodami, dobijano łomami, to nie można tego nazwać inaczej. Niedawno rozmawiałem ze znajomym myśliwym, który powiedział: „Gdy dzisiaj o tym czytam ciarki przechodzą, że moi starsi koledzy mogli do tego dopuścić”. Od siebie dodam, że myśliwi najczęściej eliminowali szare drapieżniki poprzez odstrzały, natomiast te bardziej brutalne metody były domeną części rolników, robotników i wszystkich tych, którzy chcieli na wilkach zarobić.
W książce opisał Pan też lata późniejsze, okres działań prowadzonych na rzecz ochrony wilków. Przywołał Pan ukraińskie, słowackie i oczywiście polskie działania na rzecz ochrony wilków. Dlaczego zmieniło się podejście do wilków?
Po transformacji ustrojowej 1989 r. świat się otworzył, pojawił się dostęp do zachodniej literatury, prasy, nawiązano kontakty między przyrodnikami, powstały nowe ruchy proprzyrodnicze. Znaczenie miała również edukacja. Zaczęto dostrzegać pozytywne strony wilczej obecności w środowisku. Część dziennikarzy nowego pokolenia wniosło też inną perspektywę, w pewnym sensie zaczęto obłaskawiać wilka. Ale polowania trwały nadal, wilk wciąż nie był pod ochroną.
Druga kwestia: do południowo-wschodniego zakątka Polski w latach 90. przybywało wielu ludzi z innych regionów, osiedlali się w Bieszczadach czy Beskidzie Niskim. Nie mieli żadnych złych doświadczeń związanych z tym drapieżnikiem. Był dla nich synonimem dzikości, niezależności i wytrwałości. Wtedy wilk zaczął stawać się pozytywnym symbolem Bieszczadów, nośnikiem ich popularyzacji. Zaczęliśmy się cieszyć, że go mamy, ale wciąż nie brakowało ludzi, którzy uważali, że wilków jest za dużo i należy ograniczyć ich populację.
Współcześnie również prowadzone są zabiegi zmierzające do przywrócenia wilka na listę gatunków łownych. Apelują o to wszystkie samorządy bieszczadzkie. Jednocześnie wizerunek wilka widoczny jest w herbach miejscowości, są organizowane biegi tropem wilczym, produkowane koszulki, kubki. Wilk jako symbol Bieszczadów jest eksponowany w przestrzeni publicznej.
Dzisiaj, inaczej niż kiedyś, nie jest już postrzegany jedynie krytycznie, niemniej wciąż ma wielu przeciwników, na przykład wśród rolników zajmujących się hodowlą owiec czy też gospodarzy, którym wilki zagryzły psy.
Współcześnie wilki w kontakcie z człowiekiem giną z dwóch powodów: na drogach w wypadkach z samochodami i od kul kłusowniczych. Dlaczego część myśliwych, bo to oni w zdecydowanej większości stoją za tymi kłusowniczymi historiami, decyduje się łamać prawo i strzela do wilków?
Nie wiem czy w większości oni, na pewno jednak w ciałach zabitych wilków znajdowane są pociski, o czym informują przyrodnicy i badacze gatunku. Takie informacje dostępne są w Internecie. Generalnie można powiedzieć, że dla wielu myśliwych wilk nieustannie jest zwierzęciem wrogim, niechcianym, konkurentem w łowisku. Choć w mojej książce przywołuję również wypowiedzi myśliwych, którzy mówią o tym, że w przyrodzie jest miejsce i dla jelenia, i dla wilka. Takich łowców nie brakuje.
W ostatnich miesiącach i latach wraca nasilenie języka antywilczego, a w bieżącym roku także antyniedźwiedziego. To przypomina narrację z lat 50. czy 60. Język jest bardzo podobny, różnica zasadza się jedynie w innych narzędziach popularyzujących te treści – dzisiaj social media, filmy, zdjęcia, kiedyś głównie gazety i czasopisma. Dlaczego tak się dzieje? Skąd bierze się taki wyrazisty język?
Obserwuję tę sytuację zwłaszcza na lokalnym podwórku. Jeżeli publikuje się regularnie nieprzychylne wpisy, to widać rosnące niechętne nastawienie wielu ludzi do drapieżników. Często ten przekaz generują osoby nie mające wiedzy o poszczególnych gatunkach. Bazują jednak na powielanym głównie w mediach społecznościowych przekazie typu: „wilk podszedł i zagryzł psa”, „wilk był widziany na rogatkach miasta”, „wilk przebiegał koło rzeki, a 200 metrów dalej jest szkoła”. W tych informacjach, opisach wilk przedstawiany jest jako ten, który na pewno miał złe zamiary, szczerzył zęby, warczał, słowem – przygotowywał się do ataku. Na inne zwierzę lub na człowieka.
Dotykamy kwestii odpowiedzialności dziennikarskiej, tym bardziej że współcześnie każdy może być twórcą treści. Na niewielkich portalach gminnych, powiatowych publikowane są teksty z sensacyjnym doniesieniami pisane językiem, który straszy ludzi. Na Podkarpaciu jest nawet polityk Konfederacji budujący swój wizerunek na hejcie na duże drapieżniki.
Chodzi o to, aby nie ulegać emocjom. One zazwyczaj zaciemniają lub wykrzywiają rzeczywisty obraz.
Krzysztof Potaczała – dziennikarz, reporter, autor kilkunastu książek m.in. „KSU. Rejestracja buntu”, „Bieszczady w PRL-u”, „To nie jest miejsce do życia. Stalinowskie wysiedlenia znad Bugu i z Bieszczadów”, „Zostały tylko kamienie. Akcja „Wisła”: wygnanie i powroty”, „O czym drzewa w Bieszczadach nie szumią. Ocalona z Sobiboru”.
Krzysztof Potaczała, Historia splamiona krwią, Znak Horyzont, Kraków 2026, znakhoryzont.pl
Wywiad z Krzysztofem Potaczałą można przeczytać również w wakacyjnym wydaniu „Dzikiego Życia” (nr 7-8/2026), który ukaże się 8 lipca.