Wyjść z ETS, wrócić do węgla i być jak Chiny? Izabela Zygmunt sprawdza wykonalność pomysłu prawicy [OPINIA]
„Państwo ma pojechać do Brukseli i powiedzieć: nie mamy już ETS-u w Polsce. Wypowiadamy to” – mówił w marcu Przemysław Czarnek. W sierpniu zapowiedział projekt ustawy o wyjściu z systemu. Izabela Zygmunt sprawdza, czy ten pomysł ma sens: prawny, ekonomiczny i… wodny.
Propozycja, by przestać płacić za emisje CO2 i mieć dzięki temu tańszą energię, z pozoru wydaje się logiczna. Postulat taki podnoszą niektóre środowiska biznesowe, nieduża ale aktywna publicystycznie grupa profesorów i bardzo wielu uczestników internetowych dyskusji. Na poziomie politycznym wziął go na swój sztandar kandydat PiS na premiera. Przemysław Czarnek 10 sierpnia, ogłaszając pod Sejmem poselski projekt ustawy o wyjściu z ETS, przekonywał: „Nie mamy wyjścia, to są nasze zasoby i dalsza dekarbonizacja, ta religia klimatyczna Unii Europejskiej, uderza wprost w całą naszą gospodarkę i we wszystkich Polaków”.
Logika jest prosta: mamy własny węgiel, a Bruksela każe nam płacić za jego spalanie. W internetowych dyskusjach do tego argumentu dorzuca się jeszcze jeden, który ma być koronnym dowodem: Chiny.
Podobieństw między Polską a Chinami nie ma wiele. Jednak jeśli wierzyć uczestnikom internetowych dyskusji o europejskim systemie handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS), tym co łączy oba kraje, jest możliwość zagwarantowania sobie taniej energii, będącej kluczem do konkurencyjności, dzięki krajowym zasobom węgla. Możliwość, z której Chiny korzystają, a Polska, skrępowana brukselskim dyktatem i zieloną ideologią – nie. Tak brzmi uproszczona wersja tej opowieści, podlana dezinformacją.
Węgiel fundamentem konkurencyjności?
To prawda, a dokładniej połowa prawdy, że Chiny stoją węglem (do drugiej połowy wrócimy za chwilę). Chiny rzeczywiście są największym na świecie producentem węgla i energii elektrycznej z węgla. Ponad połowa światowego wydobycia węgla ma miejsce w Chinach, które przez ostatnie dekady stale zwiększały produkcję tego surowca. W Chinach działa też połowa spośród wszystkich węglowych elektrowni świata i wciąż powstają nowe. W 2025 r. z węgla wytworzono 54 proc. energii elektrycznej w Chinach.
Jednocześnie Państwo Środka jest drugą co do wielkości gospodarką świata, dysponującą największymi na świecie mocami wytwórczymi w przemyśle. Chiny odpowiadają za ok. 1/3 całego wytwórstwa przemysłowego na świecie, co daje im status przemysłowego supermocarstwa.
Rozbudowa chińskich fabryk i wzrost udziału Chin w globalnej produkcji przemysłowej to trendy, które od lat 90-tych XX wieku postępowały równolegle do wzrostu wydobycia i zużycia węgla. Wiele osób wyciąga z tego wniosek, że to właśnie węgiel i nieskrępowana możliwość wytwarzania z niego taniej energii pomogły Chinom stać się przemysłowym hegemonem.
Idąc dalej, w internetowych dyskusjach stawia się tezę, że polski przemysł byłby w dużo lepszej kondycji, gdyby jego mocna strona w postaci dostępu do węglowej energii nie została zniszczona przez sztuczną daninę w postaci opłat za emisje. Rozwiązanie? Wyjść z EU ETS.
Chiny też mają swój ETS
Internetowi dyskutanci domagający się wyjścia z EU ETS, „bo Chiny”, wskazują tylko na jeden aspekt chińskiej energetyki: narastającą od dekad zależność chińskiej gospodarki od węgla. Nie wspominają natomiast o tym, że Chiny również prowadzą własną transformację energetyczną. Jest ona nakierowana na dwa cele: odwrócenie obecnego trendu i wejście na ścieżkę redukcji emisji dwutlenku węgla najpóźniej w 2030 r., oraz osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2060 r. Cele te zostały przedstawione przez Xi Jinpinga na forum ONZ w październiku 2020 r. i od tej pory wyznaczają kierunek działań w obszarze energetyki w kolejnych planach pięcioletnich.
Jednym z narzędzi, za pomocą których Chiny wdrażają swoją transformację, jest chiński system handlu uprawnieniami do emisji (ETS czyli Emissions Trading System), działający od 2021 r. Na razie obejmuje on tylko emisje pochodzące z wytwarzania energii, ale ma w przyszłości być rozszerzany na inne sektory. Podobnie jak w początkowym okresie funkcjonowania unijnego ETS, firmy uczestniczące w systemie obecnie otrzymują większość uprawnień za darmo – kupować muszą jedynie uprawnienia na emisje powyżej określonego progu.
Historyczne odwrócenie węglowego trendu w Chinach
Mimo że chiński ETS jest na wcześniejszym etapie rozwoju niż europejski i generuje słabszy impuls cenowy dla odchodzenia od węgla, chińska transformacja energetyczna nabiera tempa, a liczby robią wrażenie. Chiny już teraz są absolutnym światowym liderem, jeśli chodzi o rozwój odnawialnych źródeł energii.
W samym roku 2025 włączyły do systemu nowe instalacje fotowoltaiczne o łącznej mocy 315 GW. To ponad połowa mocy wszystkich nowych elektrowni słonecznych wybudowanych w tym roku na całym świecie. W Chinach powstały też instalacje wiatrowe o łącznej mocy 120,5 GW – w tym samym roku 2025 reszta świata wybudowała elektrownie wiatrowe o łącznej mocy 44,5 GW (z czego 19 GW przypada na Unię Europejską).
Łączna moc odnawialnych źródeł energii w Chinach osiągnęła w 2025 r. 2,34 TW (terawata, czyli tysiąca gigawatów), z czego przeważająca większość to moce wiatrowe i słoneczne. Dla porównania, łączna moc wszystkich odnawialnych i konwencjonalnych elektrowni w EU wynosi ok. 0,9 terawata.
Chiński boom OZE sprawił, że w 2025 r. wolumen energii wytworzonej z węgla w ciągu roku spadł w Chinach po raz pierwszy od 2015 r. i zaledwie drugi od 1975 r. Zdaniem analityków ten spadek, któremu towarzyszy również spadek emisji CO2, to oznaka trwałego odwrócenia zwyżkowego trendu z ostatnich dekad. Jest to klimatyczny przełom, świadczący o tym, że przemysłowe supermocarstwo odpowiadające za połowę światowego zużycia węgla swoją przyszłość widzi nie w węglu, ale w czystej energii.
Nie mamy węgla na 200 lat
Ktoś mógłby powiedzieć, że nawet jeśli Chiny zaczynają się dekarbonizować, to ich transformacja jest bardziej rozciągnięta w czasie, a tu i teraz wysoki udział węgla nadal daje im przewagę konkurencyjną nad UE i Polską. To fakt, że Unia Europejska ma znacznie droższą energię niż jej globalni konkurenci, a Polska – jedne z wyższych cen energii w UE. Może zatem uwolnienie się od EU ETS byłoby jakimś rozwiązaniem?
W odróżnieniu od Chin, w których krajowe wydobycie węgla do tej pory jedynie rosło, Polska z każdym rokiem wydobywa węgla coraz mniej. Najwyższe wydobycie w historii nasz kraj odnotował w 1979 roku, kiedy z kopalń wyjechało na powierzchnię 201 mln ton węgla. Od tego czasu wielkość wydobycia systematycznie spada.
Spadkowy trend produkcji węgla w Polsce zaczął się w końcówce epoki Edwarda Gierka i nie uruchomił go EU ETS, bo w tamtym czasie nikomu się o nim nawet nie śniło.
Wydobycie spada, bo jest coraz mniej węgla nadającego się do ekonomicznie uzasadnionego wydobycia. Nie pomagają tu kolejne rządowe strategie zakładające utrzymanie wydobycia, konsekwentnie odgrywana przez Polskę rola „hamulcowego” unijnej polityki klimatycznej, ani płynące do sektora górnictwa szerokim strumieniem subsydia.
Za wyjątkiem Bogdanki w lubelskim zagłębiu węglowym, kopalnie w Polsce są trwale nierentowne, a ich straty pokrywa państwo. Średni koszt wydobycia jednej tony węgla, który przekracza już 900 zł, niweczy wszelkie marzenia o powrocie do węgla jako drodze do taniej energii, niezależnie od tego, czy będziemy uczestniczyć w EU ETS, czy nie.
Oddać wodę za węgiel?
Co gorsza, na tym koszty się nie kończą. Wydobycie węgla oznacza degradację lub utratę zasobów wody praktycznie we wszystkich miejscach w Polsce, gdzie węgiel jest lub może być wydobywany. Słone wody dołowe ze śląskich kopalń spowodowały katastrofę ekologiczną na Odrze w 2022 r., a ponieważ nadal trafiają do rzeki, ryzyko ponownej katastrofy jest cały czas aktualne.
Planowana rozbudowa kopalni Piast-Ziemowit w Imielinie na Śląsku zagrażała Głównemu Zbiornikowi Wód Podziemnych Chrzanów 452 i zbiornikowi Dziećkowice, który zaopatruje w wodę dużą część aglomeracji górnośląskiej, ale dzięki protestom mieszkańców Imielina została zarzucona.
Lej depresji wokół odkrywki węgla brunatnego Bełchatów odwadnia dużą część woj. łódzkiego i jest jedną z głównych przyczyn deficytu wody w tym regionie. Odkrywki węgla brunatnego w Wielkopolsce Wschodniej odpowiadają za wysychanie jezior powiatu konińskiego. Z kolei, odwadnianie terenu przez przygraniczną odkrywkę kopalni Turów było jednym z powodów wniesienia przez Czechy skargi przeciwko Polsce do Trybunału Sprawiedliwości UE.
I wreszcie, rozbudowa kopalń w lubelskim zagłębiu węglowym grozi zmianą stosunków wodnych i degradacją unikalnych ekosystemów mokradłowych Poleskiego Parku Narodowego.
To właśnie lubelskie zagłębie, gdzie pod cennymi torfowiskami znajdują się wciąż niewykorzystane, zasobne i płytko położone złoża węgla dobrej jakości, ma na myśli Przemysław Czarnek, kiedy opisuje świetlaną przyszłość węglowej energetyki w Polsce. „Złoża węgla kamiennego na Lubelszczyźnie rozciągają się na długości kilkudziesięciu kilometrów, nawet stu. Są położone wysoko. Są tanie zatem w eksploatacji. To jest węgiel bardzo dobrej jakości” – mówił Czarnek w wywiadzie dla Radia Zet (9 marca 2026 r.).
Węgiel z Bogdanki ma do odegrania rolę w procesie transformacji, przede wszystkim jako paliwo dla rezerwowych bloków węglowych, które jeszcze przez pewien czas będą stabilizować system. Jednak pomysł eksploatowania wszystkich lubelskich złóż opiera się na niekompletnej i błędnej kalkulacji. Nie uwzględnia faktu, że niedobory wody mogą generować straty gospodarcze przewyższające jakikolwiek zysk z przedłużenia zależności od węgla. Nie bierze również pod uwagę, że zmiana klimatu w Polsce oznacza susze i coraz dotkliwsze niżówki na rzekach, które potrafią okresowo wyłączać z użytkowania elektrownie węglowe chłodzone wodą z rzek i ograniczać możliwość wytwarzania energii z węgla.
Wyjście z EU ETS oznacza wyjście z Unii
Powyższe fakty każą wątpić, czy wyjście z EU ETS zmieniłoby Polskę w węglowego czempiona konkurencyjności, nawet gdyby samo w sobie było wykonalne. A nie jest.
W teorii EU ETS mógłby zostać zniesiony w całej Unii, gdyby tak zdecydowały większości w Parlamencie i Radzie. Na to się jednak nie zanosi, bo system ten jest dla Unii bardzo ważnym i skutecznym narzędziem pomagającym realizować strategiczne cele dotyczące dekarbonizacji i energetycznej suwerenności.
Pojedyncze państwo może natomiast „wyjść z ETS” jedynie wychodząc z Unii, tak jak zrobiła to Wielka Brytania (która zresztą zaraz po wyjściu z UE uruchomiła własny system handlu uprawnieniami do emisji, nazwany UK ETS).
Przemysław Czarnek chce, by państwo wypowiedziało UE ETS, jakby chodziło o umowę międzynarodową. Tymczasem system handlu emisjami opiera się na dyrektywnie z 2003 r., która jest częścią dorobku prawnego Unii i państwa mają obowiązek ją wdrożyć do prawa krajowego. Próba „wyjścia z ETS” polegająca na uchyleniu ustaw wdrażających ten system w Polsce zapewne doprowadziłaby do wszczęcia przez Komisję Europejską postępowania przeciwko Polsce, które mogłoby zakończyć się wydaniem wyroku przez Trybunał Sprawiedliwości UE a następnie nałożeniem na Polskę kar. Jest bardzo prawdopodobne, że znaleźlibyśmy się w podobnej sytuacji, jak podczas konfliktu Polski z Unią Europejską o praworządność, który miał miejsce w czasie rządów Zjednoczonej Prawicy.
Perspektywa kar finansowych byłaby w takim scenariuszu tylko jednym z naszych kłopotów, i pewnie nie największym. Konsekwencją wyroków TSUE wydanych w odpowiedzi na odejście przez Polskę od stosowania przepisów o EU ETS mogłoby być również zawieszenie dostępu Polski do unijnych środków na transformację energetyczną.
Brak ETS w Polsce to koniec równej konkurencji
Trzeba też pamiętać, że Unia Europejska bardzo dba o to, by wspólny unijny rynek był „równym boiskiem”, zapewniającym wszystkim graczom takie same reguły gry. Oznacza to, że wszyscy wytwórcy energii z paliw kopalnych muszą być obciążeni opłatami za emisje na tych samych zasadach.
Dotyczy to zresztą nie tylko wytwórców unijnych, ale również przedsiębiorstw spoza UE. W ramach unijnego systemu CBAM, czyli brata bliźniaka EU ETS obejmującego towary importowane na unijny rynek, od początku 2026 r. UE obciąża energię elektryczną importowaną z zagranicy opłatą emisyjną równoważną wobec opłat EU ETS.
Biorąc to wszystko pod uwagę trudno wyobrazić sobie, jak po „wyjściu z ETS” miałby wyglądać udział Polski w unijnym rynku energii, w ramach którego sąsiedzi pomagają nam bilansować system elektroenergetyczny, kupując nadwyżki lub uzupełniając braki, kiedy wytwarzanie nie nadąża za popytem.
Trudno również przewidzieć, jak w takim przypadku byłyby traktowane produkty przemysłowe polskich firm eksportujących produkty na rynki innych państw UE. Zamiast poprawy konkurencyjności dzięki niższym cenom energii, próba wyjścia z EU ETS mogłaby zakończyć się prawnym chaosem, karami finansowymi, zamknięciem dostępu do funduszy unijnych i utrudnieniami w dostępie polskich przedsiębiorstw do europejskich rynków. Poprawa konkurencyjności? Chyba nie.
Co zatem należy zrobić z EU ETS?
Po pierwsze, zrozumieć, że jest to narzędzie zaprojektowane, by usprawniać proces, który w ostatecznym rozrachunku jest jedynym sposobem na zapewnienie Polsce dostępnej energii, energetycznej suwerenności i odporności na geopolityczne kryzysy wstrząsające regularnie rynkami paliw kopalnych. Po drugie, zamiast go podważać, zacząć wykorzystywać jego dynamikę z korzyścią dla polskiej gospodarki.
EU ETS opiera się na sprytnym zamyśle. Z jednej strony obciąża produkcję energii z paliw kopalnych opłatą za towarzyszące jej emisje CO2, zniechęcając inwestorów do budowania kolejnych instalacji na paliwa kopalne i tworząc zachętę dla wytwórców energii do inwestowania w czyste źródła energii.
Z drugiej – system przekazuje pieniądze ze sprzedaży uprawnień do budżetu państwa, nakładając obowiązek wydania co najmniej 50 proc. z nich na projekty wspierające transformację energetyczną.
Dodatkowo trzynaście państw członkowskich o największych potrzebach transformacyjnych korzysta z wbudowanego w EU ETS mechanizmu solidarnościowego, jakim jest Fundusz Modernizacyjny, zasilany przychodami ze sprzedaży 2,5 proc. łącznej liczby uprawnień sprzedawanych w całej UE. Polska jest jego największym beneficjentem.
Dyskusja w Polsce skupia się tylko na jednym aspekcie EU ETS – opłatach za emisje. O sposobie wydatkowania przychodów niewiele wiadomo, chociaż w ostatnich latach są to kwoty rzędu kilkunastu, a niekiedy nawet ponad 20 mld złotych rocznie. Potrzebujemy więcej publicznej debaty o tym, jak najlepiej wydawać te pieniądze, bo finansują one jedyne realnie możliwe „wychodzenie” z EU ETS, czyli stopniową dekarbonizację gospodarki.
Izabela Zygmunt jest ekspertką ds. polityki klimatycznej, transformacji energetycznej i ochrony środowiska. Doświadczenie zawodowe zdobywała w europejskiej administracji publicznej, organizacjach pozarządowych i instytucjach badawczych. Zawodowo związana ze Stowarzyszeniem Pracownia na rzecz Wszystkich Istot. Współpracuje również z miesięcznikiem Dzikie Życie oraz z pismem i portalem Zielone Wiadomości.