Miesięcznik Dzikie Życie

11/209 2011 Listopad 2011

Kochankowie z jeziora Dreństwo

Tomasz Lippoman

Jezioro Dreństwo należy do najczystszych w Polsce. Długie na 7 kilometrów, głębokie na ponad 30 metrów, z jedną dziś małą wyspą, otoczoną wianuszkiem starych olch.

Jego brzegi, dawniej okryte wieczną Puszczą, okalają dziś od południa, wschodu i północy pola orne i kośne łąki. Od zachodu jezioro otacza las, a tak naprawdę plantacja drzew, posadzona kilkadziesiąt lat temu ręką leśnika. Sosny, brzozy i nieco młodych dębów w towarzystwie krzewów głogu i tarniny.

Coś jest jednak w tym miejscu magicznego, coś jest tu w powietrzu, w nadbrzeżnym szuwarze, w szeptach traw. Jakiś czar, przedziwny zegar zwalniający bieg dziejów, jakaś tajemnica.

W dawnych czasach, gdy na Litwie i w Koronie niewiele widywało się jeszcze krzyży, żyła nad południowym brzegiem Dreństwa rodzina rybaków.

Wiedli najpewniej spokojny i nieco nudny żywot, do czasu, gdy do drzwi rybaczówki zapukał on. Smagłolicy, postawny, gibki młodzieniec. Egzotyczny ptak.

Było to w połowie maja, gdy wiosenne słońce wydobywa pełnię aromatu z pokrytych kwieciem dzikich jabłoni, głogów, jarzębin, gdy w grabowych lasach białym kobiercem ścielą się gwiazdnice, kokoryczki, konwalie, gdy słowiki, derkacze i puszczyki spać nie dają.

Ojciec jedynaczki, Judyty, powitał wędrującego za chlebem młodzieńca z nieukrywaną radością. Oprócz rybaczenia, Pakulnis obrabiał spory kawałek pola. Dodatkowa para rąk w gospodarstwie wydała się istnym błogosławieństwem.

Parobek okazał się robotny. Niezbyt wymagający i – co nie bez znaczenia – obdarzony wesołym usposobieniem. W wolnych chwilach nucił ruskie dumki, umilając czas całej rodzinie.

Stary już po kilku tygodniach zaczął w nim widzieć przyszłego zięcia. Okolica bezludna, kawalerów jak na lekarstwo, a Judycie szedł już szesnasty rok. Chłopak, wiadomo, niezasobny, ale i oni nie mogli córce zapewnić godnego posagu. Kilka lat wcześniej czerwony kur zabrał im chatę i większość inwentarza. Na stare lata byli więc znów na dorobku. A on młody, robotny, silny i urodziwy.

W sam raz pan młody – okaz zdrowia i urody, a dziewka, wiadomo. Krew nie woda. Już po kilku dniach pokochała chłopca. Starzejący się rodzice przez palce spoglądali więc na długie spacery przy blasku księżyca i nocne kąpiele w wodach Dreństwa.

Przyszły żniwa. Czas znojny. Sierpy kęs po kęsie wyrywały ziemi chleb. Żęli równo, wszystko zdawało się iść dobrze, aż do tej fatalnej chwili. Poszło o drobiazg. Parobek zatrzymał się w robocie, by spojrzeć na odlatujące bociany. Stary rzucił złe słowo. Sławoj się odgryzł. I tak od słowa do słowa, chłopak zawinął się na pięcie i poszedł przed siebie. Matka Judyty postarzała się w jednej chwili. Wiedziała, że córa nosi w sobie nowe życie.

Historia, zdawałoby się, jak wiele innych. Jednak tylko z pozoru.

Mijały tygodnie. Nad granatowymi wodami jeziora ciągnęły gęsi, żurawie. Klangor mieszał się monotonnym gęganiem, a Puszcza słuchała tego z obojętnością właściwą bytom wiecznym.

Pod koniec zimy Judyta powiła syna. Chłopiec był zdrowy, silny i bardzo podobny do ojca. Dobrosław chował się dobrze, otoczony miłością matki i dziadków.

Wkrótce po siódmych urodzinach, wraz z wiosną nad brzegi Dreństwa przybyli najeźdźcy ze wschodu. Łuny pożarów, płacz, złorzeczenia i modlitwy mieszały się z dziką, obco brzmiącą mową. Obcy z czasem zawitali i do progów zagubionej w Puszczy rybaczówki. Starzy nie zdążyli ujść przed niebezpieczeństwem. Judyta z synem schroniła się na wyspie. Tam przetrwali najazd. Mieszkając w nędznej ziemiance, przeżyli trzy chude lata, po których odważyli się powrócić na ojcowiznę.

Zastali zgliszcza i pole porośnięte chwastem. Ruszyli w świat. Wiodło im się nienajlepiej. Judyta najmowała się do różnych prac. Żebrali. Pewnego wiosennego dnia brudni i obdarci zasiedli pod kościołem w Knyszynie.

Na zamek Zygmunta Augusta, wzniesiony na Górze Królowej Bony, zmierzał orszak możnych rycerzy. Rozpoznała go od pierwszego wejrzenia. Nie śmiała jednak przemówić, nie śmiała wyciągnąć po datek ręki obleczonej w brudne łachmany. Tylko patrzyła. Siwymi, niczym wiosenne wody Dreństwa, oczami.

Nie sposób dziś dociec, co spowodowało, iż wzrok smagłolicego, możnego rycerza spoczął na twarzy zdrożonej żebraczki. Niezbadane są, jak wiadomo, wyroki losu. Patrzył z niedowierzaniem. Gdy jednak zerknął na chłopca, miał już pewność.

– Judyta, to ty?
– Ja Judyta.
– A chłopiec?
– To twój syn.

Marsowe oblicze wojownika zmiękło jak świeca na przypiecku. Zsiadł z konia. Stanął przed nimi, po chwili przykląkł. Zapłakał.

– Mój Boże, mój drogi Boże – wyszeptał.

Rycerze patrzyli z niedowierzaniem na osobliwą scenę. Podniósł ją z ziemi. Utulił, ucałował chłopca. Wciąż nie rozumieli, co jest na rzeczy.

– Nic nie wiedziałem, wybacz, wybaczcie – szeptał.

– Wiem, kochany, tak długo na ciebie czekaliśmy.

Na zamku wyprawiono wielką ucztę na cześć odnalezionej rodziny rycerza, który w tych ciężkich wojennych czasach wielce zasłużył się był Ojczyźnie.

Jak głosi legenda, sam Zygmunt August, poruszony tą niecodzienną historią, podarował im rubinowy pierścień z królewskiego skarbca. Zamieszkali w pięknym dworze w Rajgrodzie, gdzieś w pobliżu Zamkowej Góry.

W dniu czternastych urodzin Dobrosława wybrali się całą, powiększoną w ciągu tych kilku lat rodziną nad brzeg nieodległego Dreństwa. Odwiedzili ojcowiznę Judyty, a także wyspę, która chroniła ją i pierworodnego przez długie trzy lata.

Tam, jak głosi legenda, Sławoj zakopał królewski, rubinowy pierścień, na pamiątkę spotkania w Knyszynie.

Niecałe czterysta lat temu wyspa była dużo większa niż obecnie. Nikt nie wie, gdzie został ukryty cenny klejnot. Być może skrywają go już wody jeziora. Legenda głosi jednak, że znalazca rubinowego pierścienia wybrnie bez uszczerbku z najgorszej opresji oraz zazna szczęścia w nawet z pozoru najbardziej nieszczęśliwej miłości.

Tomasz Lippoman