Miesięcznik Dzikie Życie

11/305 2019 Listopad 2019

A gdyby tak dzieci uczyły się w lesie?

Maciej Muskat

Wszyscy mówią o tym, żeby zostawić lepszą planetę naszym dzieciom. Dlaczego nie spróbujemy zostawić lepszych dzieci na tej planecie?

Chłopiec lat 7 wchodzi do szkoły podstawowej wraz z grupą kilku innych dzieci oraz nauczycielką. Słyszy dzwonek na przerwę i pyta: „Co to za dźwięk?”. „To dzwonek na przerwę” – pada odpowiedź. „Na przerwę? Ale po co w szkole jest przerwa?”.

Ta historia wydarzyła się naprawdę, a dziwne dzieci o których mowa uczą się w tzw. Leśnej Szkółce, którą wraz z żoną założyliśmy 2,5 roku temu w Kopańcu, małej wsi niedaleko Jeleniej Góry. Szkółka formalnie nie jest szkołą, lecz projektem edukacyjnym lokalnej fundacji i bazuje na tym, co powoli rozprzestrzenia się po Polsce – edukacji dzieci nie w czterech ścianach budynku, ale na zewnątrz, wśród przyrody. Wiele lat temu przeczytaliśmy książkę „Ostatnie dziecko w lesie” Richarda Louv’a i kiedy nadszedł czas edukacji naszych własnych dzieci nieuchronnie pojawiło się pytanie: jaką rodzaj edukacji chcemy im umożliwić? Ponieważ mieszkamy na wsi, wybór opcji był dość ograniczony – albo dzieci pójdą do normalnej szkoły, albo my samy zbudujemy coś, co da im możliwość edukacji „w lesie”.

Obrazek

Dzieci z grupy przedszkolnej Leśnej Szkółki younger tworzą swoja codzienną porcję sztuki. Fot. Magda Weigel

„Leśne przedszkole” można spotkać znacznie częściej i jest stosunkowo łatwe do organizacji – również dlatego, że o ile część rodziców widzi sens posyłania dzieci do takiego miejsca w wieku przedszkolnym, to jednak wejście w wiek szkolny oznacza dla większości z nich wypełnienie „obowiązku szkolnego” w standardowej szkole. Choć każde dziecko jest inne, ma inne talenty i uczy się różnych rzeczy w różnym tempie, to powyżej siódmego roku życia wymagane jest opanowanie określonego programu, co w przypadku naszej Szkółki oznacza konieczność zdania przez każde dziecko dorocznego egzaminu w normalnej szkole. Kluczowa różnica polega więc na tym w jaki sposób i w jakim otoczeniu dzieci zdobędą podstawowe umiejętności (jak pisanie czy czytanie) oraz wiedzę o świecie, a także czego doświadczą w ciągu tych miesięcy i lat spędzonych w „szkole”.

W sytuacji edukacji „leśnej” kluczowa jest tak naprawdę jedna rzecz – ludzie, którzy mają objaśniać dzieciom świat. Bo znaleźć osobę, która chce i umie uczyć dzieci, w dodatku nie pod dachem, ale wśród przyrody – co nie jest proste gdy na zewnętrz jest pół metra śniegu albo 34 stopnie – nie jest łatwe. I tu nam naprawdę się udało – znaleźliśmy takich przewodników (nazywamy ich tak, żeby odróżnić ich rolę od roli standardowego nauczyciela), którzy łączą zamiłowanie do różnych dziedzin z chęcią obcowania z przyrodą. Mamy wśród nich niezłą różnorodność – emerytowaną nauczycielkę edukacji wczesnoszkolnej, przyrodnika i zielarza czy polonistkę z zacięciem do sztuki.

Rodzice zainteresowani naszym projektem często zadają pytanie: „no dobra, ale jak wyglądają zajęcia?”. W skrócie – poza nauką pisania praktycznie wszystkie rzeczy można „przerobić” w terenie – co więcej, dzieci uczą się szybciej, jeśli nauka opiera się o odniesienia do przyrody, zamiast o abstrakcyjne pojęcia. Dla przykładu – liczby i podstawowe działania matematyczne można pokazać za pomocą termometru mierzącego temperaturę powietrza, wody itp. Wiedza dzieci na temat lokalnych gatunków roślin i zwierząt już po roku spędzonym w Szkółce była zaskakująca – podczas quizu na zakończenie roku grupa dzieci całkowicie rozgromiła swoich rodziców pod tym względem. Ja sam, prowadząc zajęcia z dziećmi, uświadomiłem sobie, że ich wrodzonym instynktem jest „testowanie hipotez”, czyli coś, co normalnie pojawia się w edukacji dopiero na poziomie doktoratu, po przejściu wszystkich etapów edukacji, gdzie obowiązkiem młodego człowieka jest „zassanie” pewnego z góry ustalonego zestawu informacji i umiejętności, który obecnie jest przestarzały jeszcze przed otrzymaniem końcowego dyplomu. Wynika to z tego, że obecny system edukacji nie uległ żadnej fundamentalnej zmianie od XIX wieku, kiedy celem edukacji było produkowanie „zasobów ludzkich” do potrzeb przemysłowej gospodarki, co oznaczało konieczność wyrugowania naturalnego instynktu eksperymentatora poszukującego odpowiedzi. Zamiana żywej przyrody w przedmiot nie posiadający woli oraz zdolności odczuwania również nie byłaby możliwa bez radykalnej separacji dziecka od obrazów, dźwięków, zapachów, smaków i wszystkich innych odczuć tworzących więzi z tym, co wokół nas.

A przecież godziny spędzone w szkole nie muszą oznaczać wpatrywania się w tablicę albo tablet – poza nauką pisania i tabliczki mnożenia mogą być spędzane na szukaniu rzadkich gatunków, poznawaniu leczniczych właściwości roślin czy muzyki z różnych stron świata, rysowaniu mapy okolicy, pracy z drewnem czy gliną, rozmowie na tematy związane ze sprawiedliwością czy nawykami, które warto w sobie budować. Jak powiedziała mama jednego z dzieci: „parę tygodni temu mój mały bał się dotknąć dżdżownicy i nie łapał równowagi na zwalonym pniu – teraz zamienił się w krzyżówkę małego badacza z Indianinem”.

Z perspektywy 2,5 roku trwania Szkółki trudno mi sobie nawet wyobrazić jak można dzieci, zwłaszcza te w wieku 4 do 9 lat, zamykać w tych celach czy pudełkach zwanych szkołą, niezależnie od tego jak pięknie będą wyposażone. Nie chodzi mi nawet o możliwość kontaktu z przyrodą i nawiązania z nią więzi, ale o prawidłowy rozwój ciała, zmysłów i motoryki. Nie pojmuję też jak w chcemy by dzieci umiały być skupione, samodzielne, czy znały wartości współpracy, jeśli standardowy model edukacyjny nie daje im możliwości zaznajomienia się z ciszą, pracą nad czymś przez dłuższy okres czasu czy budowaniem czegoś większego, gdzie rezultat zależny jest od umiejętności współpracy.

Naszą ambicją zawsze było, by dzieciom pod naszą opieką przekazywać nie tylko wiedzę na temat świata i przyrody, ale też otwarcie budować emocjonalną więź z naturą. Bo ostatecznie wiemy, że jeśli kochasz coś albo kogoś, to będziesz walczył, gdy temu komuś czy czemuś coś zacznie zagrażać. To najbardziej podstawowy instynkt, którego rozbudzenie jest kluczowe po to, aby kolejne pokolenie chciało i mogło zrobić to, czego my nie zdążymy albo nie potrafimy. W naszych rozmowach z dziećmi mówimy im więc nie tylko o pięknie przyrody, ale też o zjawiskach i ludziach, którzy tej przyrodzie zagrażają. To czyni te zajęcia ciekawszymi, bo dzieci nie chcą laurek czy obrazków z albumu. Jeśli będziemy pokazywać dzieciom przyrodę na zasadzie „ładnego i miłego obrazka” a nie nauczymy ich stać na straży tego, co przynosi im inspirację, uspokojenie i substancje lecznicze, to kolejne pokolenia zwyczajnie nie będą miały możliwości uczestnictwa w leśnych szkołach.

Takie ruchy jak „strajk dla klimatu” pokazują, że dzieci same zaczynają zdawać sobie sprawę, że nie mogą i nie powinny liczyć na dorosłych w kwestii dbania o ekologiczną przyszłość. Jeśli nasz gatunek ma mieć szansę na jakąś dłuższą przyszłość, nowe pokolenia będą musiały nauczyć się czuć, rozumieć i chronić przyrodę w znacznie większym stopniu, niż to miało miejsce wcześniej. Kiedyś usłyszałem zdanie, które zapadło mi w pamięci i zapewne było zaczynem do powstania Leśnej Szkółki: „Wszyscy mówią o tym, żeby zostawić lepszą planetę naszym dzieciom. Dlaczego nie spróbujemy zostawić lepszych dzieci na tej planecie?”.

Maciej Muskat

Maciej Muskat – od 25 lat zajmuje się działaniami na rzecz ochrony przyrody, przez ostatnie 15 lat związany z Greenpeace, gdzie pracował zajmując się kampaniami w ochronie przyrody w Polsce, w Europie i poza nią. Od ponad 4 lat mieszka wraz z rodziną w Górach Izerskich, niedaleko Jeleniej Góry.


Leśna Szkółka nie otrzymuje żadnego finansowania z budżetu, a ponieważ potrzebuje obecnie zbudować klasę dla dzieci na najcięższe zimowe dni, prosi wszystkich tych, którzy uważają, że warto wspierać ten model edukacji o szczodrość. Wpłat można dokonać pod tym adresem: zrzutka.pl/h3jauk.

Obrazek

„Przestrzeń nauczania” dzieci z Leśnej Szkółki – lasy i łąki wokół Wiśniowej Góry. Fot. Archiwum Szkółki