DZIKIE ŻYCIE

Opowieść popielicy z wyciętego lasu

Barbara Ewa Wojtaszek

Obrazki pozaludzkie

Na początku było gniazdo. Mięciutkie w dotyku, ciepłe i puchate od futerek mojego rodzeństwa, w którym pod łapkami czułem ugniecione liście i mech. Słodki zapach mleczka pojawiał się razem z przybyciem Mamy Popielicy i zachęcał nas do niuchania i ssania. Trwało to zaledwie kilka tygodni, jeszcze nic wtedy nie widziałem, za to wdychałem zapach naszego drzewa, czułem jego bukowy miękisz. Coraz lepiej też słyszałem moimi okrągłymi uszami cichutkie posapywanie pozostałej dzieciarni i nauczyłem się rozpoznawać chrząknięcia i piski dorosłych dobiegające z góry, spośród liści.

Popielice w gnieździe. Fot. Maria Kuczkowicz, autorka projektu ,,W imieniu tych, co nie mówią”
Popielice w gnieździe. Fot. Maria Kuczkowicz, autorka projektu ,,W imieniu tych, co nie mówią”

Mama nazwała mnie Wibrys, bo podobno od urodzenia intensywnie ruszałem nosem we wszystkie strony, włosy czuciowe migiem mi na nim wyrosły i zorientowałem się prędzej niż siostry i bracia, gdzie było wyjście na zewnątrz. Nawet jak już otworzyłem oczy, jakby czarne koraliki przylepione po bokach głowy, to wzrok właściwie nie był mi potrzebny, tyle co odróżniałem dzień (żeby pospać) od nocy (żeby zwiedzać świat). Na przełomie sierpnia i września minął mi pierwszy miesiąc życia i zauważyłem, że ogon miałem już taki długi, że mogłem się cały nim przykryć. A jak mi dodawał pędu!

Co to była za radość, ganiać się z krewniakami po pniach i konarach, skakać po gałęziach, dawać susy z jednego drzewa na drugie! Góra – dół, góra – dół ostrymi pazurkami po gładkiej, bukowej korze i nagle skok w bok, hop, już jestem na pobliskiej jodle. W tę i z powrotem, tam i sam, wte i wewte! Śmigaliśmy pomiędzy rosnącymi blisko siebie dębami, jaworami i świerkami, nie schodziliśmy w ogóle na ziemię, chyba że na liściach było mało rosy, to pomykaliśmy do czyściutkiego źródła pod jarzębinami. Leciutko mąciliśmy wodę, nabierając kropelki językiem – i z powrotem na drzewa.

Tej pierwszej jesieni objadałem się do wypęku żołędziami, orzeszkami bukowymi i laskowymi, i byłem tłuściutki, że aż miło. Mnóstwo tych owoców lasu zakopaliśmy w naszej podziemnej norce pod kupą kamieni i już w październiku ułożyliśmy się do błogiego snu, każde z nas zwinięte w kłębek, otulone futrzastym ogonem. Na początku trochę to było dziwne – przestać się ruszać, spowolnić bicie serca i zastygnąć w tej jednej pozycji, jak w zamrożeniu. Ale też fajnie móc wreszcie poleniuchowaaać i odpooocząć, zwooolniiić tempooo życiaaa...

Wdech. Listopad. Wydech.
Skurcz. Grudzień. Rozkurcz.
Powoli. Styczeń. I jeszcze wolniej.
Zimno. Luty. Zimniej.
Stuk. Marzec. Puk.
Chłodno. Kwiecień. Mniej chłodno.
Ciepło, cieplej. Maj. Pobudka!

Jak zwykle jako pierwszy wygrzebałem się z naszej jamki i powęszyłem w poszukiwaniu picia. Poczułem od razu, że okolica nie jest już taka sama. „Świat się zmienił i to, co w zeszłym roku było pewne, dzisiaj okazuje się wątpliwe. Mówi mi to woda, mówi mi to ziemia, wyczuwam w powietrzu”1. Na początku trudno mi określić, co to takiego – jakieś odczucie suchości w pyszczku, pustki dookoła głowy, ogołocenia, osamotnienia, zubożenia, jakby mi zabrano coś najważniejszego, najdroższego na świecie. Niepewnie stawiam kroki, ostrożnie wdrapuję się na kamienny stosik, staję na tylnych łapkach i wystawiam się na podmuchy hulającego wiatru, który jest jakiś taki... gorący? I szybki? I cichy?

To drzewa! A raczej ich brak – nie ma drzew...
Nie ma drzew! Ale jak to nie ma drzew??
Zabrali mi mój dom!
Gdzie będę mieszkać?
Co mam jeść?
Czy nasze źródełko przetrwało?

Jak ja teraz znajdę szarą popieliczkę – samiczkę, z którą mógłbym założyć rodzinę?

Popielice w Gorcach. Fot. Ryszard Kulik
Popielice w Gorcach. Fot. Ryszard Kulik

Kiedy tak węszę za najsłabszym chociaż zapachem drzew, który by mi podpowiedział, w którą stronę pobiec, w ślad za mną z norki wynurzają się moi bracia. Nagle czuję wielki strach, a zaraz potem wielką złość, bo to już nie są moi bracia, ale konkurenci do jedzenia, picia i obcych samiczek. Muszę ich wyprzedzić, zdążyć przed nimi, jako pierwszy znaleźć i obsikać moje kilka hektarów dziczy. Nie urządza mnie pojedyncze drzewo, nawet biocenotyczne. Potrzebuję gęstego, zwartego lasu na kolejne osiem lat mojego życia.

Żeby co roku w ciągu pięciu wiosenno-letnich cykli księżyca móc się najeść i spłodzić potomstwo, zalec we śnie zimowym na kolejne siedem miesięcy i obudzić się – jak buk da – znowu w swoim lesie, nie na zrębie całkowitym czy nawet częściowym, w przerzedzonym drzewostanie o ziemi zrytej maszynami i pociętej drogami zrywkowymi...

Czy buk mi to da, a leśnik nie zabierze?

Barbara Ewa Wojtaszek

Barbara Ewa Wojtaszek – edukatorka (głęboko)ekologiczna, absolwentka Szkoły Ekopoetyki, prezeska zarządu Fundacji Klub Myśli Ekologicznej, kotrenerka Szkoły Integralnej Ekopsychologii SIE oraz Szkoły Trenerskiej Ekopsychologii STEP.

Przypisy:
1. Słowa Galadrieli pochodzące z filmu „Władca Pierścieni: Powrót króla” na podstawie powieści J.R.R. Tolkiena.