Miesięcznik Dzikie Życie

9/315 2020 Wrzesień 2020

Foki i ludzie

Leszek Naziemiec

Płynąłem wpław Wisłą. Wyszedłem na brzeg w Fordonie – obecnie dzielnicy Bydgoszczy, by chwilę odpocząć na brzegu. Toczył się projekt „Odyseja Wiślana”: razem z kolegą, Łukaszem Tkaczem, pokonywaliśmy etapami całą rzekę, mając na sobie tylko kąpielówki, okulary i czepki pływackie. W Fordonie dowiedziałem się, z opracowania Damiana Rączki, że od początku lat 90. XX wieku, w Wiśle zaczęły pojawiać się foki. Jedna z nich zakłóciła zawody wędkarskie w Kwidzynie, inne widziano w okolicy Grudziądza. Ktoś widział fokę żerującą w ujściu Drwęcy. Rzeka ta wpada do Wisły przed Toruniem. Najdalej na południe, zwierzę było obserwowane we Włocławku. Fokę szarą trudno pomylić z innymi mieszkańcami rzeki, bo samce osiągają 2,5 metra długości i mogą ważyć nawet 400 kg (samice są nieco mniejsze). Od tej pory foki zawładnęły moją wyobraźnią. Czekałem na spotkanie, licząc na to, że ciekawskie, choć płochliwe ssaki, same nas znajdą w rzece. Z dużym prawdopodobieństwem spotkamy je w ujściu Wisły, gdzie upodobały sobie piaszczystą łachę. Nie chciałem już jednak czekać na spotkanie, więc postanowiłem wybrać się do Helu, gdzie działa Stacja Morska Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego (IOUG) i tam zdobyć informacje z pierwszej ręki o biologii i ekologii fok. Chwyciłem impulsywnie za telefon i bez problemów umówiłem się na rozmowę z kierowniczką stacji, panią dr Iwoną Pawliczką1. Pojechałem z towarzyszem wodnych przygód Tomaszem Mucem, uzbrojonym w różne obiektywy do aparatu fotograficznego. Chcielibyśmy zdobyć zdjęcia zwierząt w naturze, oczywiście z bezpiecznej dla nich odległości.

Obrazek

W stacji morskiej tworzy się wiele pomocy edukacyjnych, licząc, że następne pokolenie ludzi stanie się bardziej wrażliwe na los innych ssaków. Fot. Tomasz Muc

Jesteśmy już w budynku stacji. Jest letni poranek. Niedaleko, przed bramą Fokarium Stacji Morskiej (IOUG), widać sporą kolejkę ludzi, czekających na otwarcie placówki. My jesteśmy uprzywilejowani. Czekamy wewnątrz drewnianego budynku w ciemnej sali, służącej do spotkań i zebrań. Wygląda jak duża mesa sprzed stu lat albo lepiej: refektarz biologów morskich. Zapach drewna i soli. Modele ssaków morskich. Może jestem na Spitsbergenie? Może w stacji na Antarktydzie? Po prawej od wejścia stoi tablica poświęcona założycielowi, prof. Krzysztofowi Skórze2. „Trzeba budować świadomość morską Polaków” – taki napis widnieje na tablicy. Prof. Skóra to legenda. Nie pytam nikogo: pracownicy, wolontariusze, wszyscy o nim mówią. Wchodzi pani dr Pawliczka, a ja rzucam się od razu z pierwszym pytaniem: „co to jest ta świadomość morska”. Pani kierownik jest może trochę nieprzystępna, może odnosi się do nas na początku z rezerwą, ale rozmowa idzie bardzo dobrze. Mi to odpowiada. Mam być przygotowany i nie tracić czasu rozmówcy. „Świadomość morska to rozumienie morza. Znalazłam kiedyś taki slajd: Stoi pan z teczką na plaży, a pod spodem taki napis: Józef jest zdziwiony. Po raz pierwszy widzi morze. Morze też jest zdziwione: pierwszy raz widzi Józefa. Tak czasami myślimy o urzędnikach z Warszawy. Polacy zdobywali świat na koniach, nie na okrętach. Polacy zawsze byli obróceni plecami do morza. Polak zna ryby z talerza. Ludzie nie mają związków z wodą, więc tej wody nie rozumieją. Kto wie, że w naszej zatoce żyje ponad 50 gatunków ryb? Nic nie wiedzą o ssakach morskich” – mówi. Jeśli się czegoś nie dotknęło, to nie można tym dobrze też zarządzać. Ssaki morskie mogłyby być symbolami naszego kraju. W Bałtyku mieszka odradzająca się, ponad trzydziestotysięczna populacja foki szarej. One są trochę podobne do nas, więc chyba łatwo o empatię dla tych zwierząt? Morświn, inny ssak morski, jest skrajnie zagrożony i pewnie nie mógłby zostać żadnym symbolem, bo niedługo może nikt go już nie będzie pamiętał. Dlaczego stacja zajmuje się foką szarą, a nie innymi gatunkami fok, mieszkającymi w Bałtyku? – pytam się dalej. „Dlatego, że to gatunek najbardziej charakterystyczny dla Bałtyku. Foka pospolita występuje też gdzie indziej, foka obrączkowana (nerpa), to gatunek związany z lodem, arktyczny i jest u nas reliktem”. Kiedyś występowała jeszcze u nas foka grenlandzka, ale klimat się zmienił i tego zasięgu nie da się teraz odtworzyć. Populacja fok szarych pod koniec XIX wieku liczyła około 100 tysięcy osobników, jednak w wyniku polowań i zanieczyszczenia środowiska, stały się one bardzo rzadkie i zagrażało im wymarcie. Teraz populacja foki szarej się odradza. Wzrasta także liczba tych zwierząt widzianych na naszym wybrzeżu. Stacja Morska powstała między innymi w celu badania i restytucji fok w Bałtyku. Od lat 90. prowadzona jest rehabilitacja fok: ranne, chore osobniki są leczone, odrobaczane i karmione. Następnie, oznaczone, przywraca się środowisku. Foki też się hoduje, by przychówkiem wzbogacić nasze morze. Pytam, ile dokładnie jest u nas tych płetwonogich? Czy rzeczywiście tylko 200? „Trudno dokładnie powiedzieć. Teraz np. nie widać ich wcale. Upodobały sobie miejsce na łasze, u ujścia Wisły. Ale akurat teraz zniknęły”. Czasami ich w ogóle nie ma, raz ich było ponad 300, czasem jest kilkadziesiąt. Liczymy na lądzie, nie wiemy ile jest w wodzie. Foki liczy się w basenie Bałtyku zawsze w tym samym czasie. Ile ich w takim razie powinno być? „Nie można tak zadawać pytania. Wszystko zależy od pojemności środowiska, na którą mamy wpływ. W Litwie i Łotwie wcale nie mają szans. Nie mają gdzie wyjść na ląd, dopiero wyżej, na północy jest lepiej” – dowiaduję się.

Adaptacja do życia w wodzie

„Foki poruszają się podobnie do ryb. Trzymają tylne płetwy pionowo. Pomiędzy nimi, w jednej linii, ustawiają mały ogonek i poruszają tym wszystkim na boki” – pokazuje mi dr Pawliczka. Technika pływacka jest dla mnie intrygująca. „Uchatki napędzają się w wodzie przednimi łapami – płetwami, fruwają w wodzie. Można je rozpoznać po wystających uszkach. Na lądzie podwijają tylne płetwy, dzięki temu nieźle się poruszają po plaży. Walenie uderzają potężnym ogonem góra-dół”. Okazuje się, że istnieją różne możliwości poruszania się, gdy ssak postanowi z powrotem wejść do wody. Byłem zawsze zafascynowany koncepcją małpy wodnej. Nasi przodkowie mieli żyć w strefie przybrzeżnej. Pływać i nurkować w poszukiwaniu owoców morza. Rozwijać akwatyczne przystosowania, by potem niestety skręcić na sawannę i żyć już zupełnie na lądzie. Dowodem ma być między innymi dobrze zachowana u człowieka reakcja nurkowa. Gdy zanurkujemy, szczególnie w chłodniejszej wodzie, akcja serca zwalnia, krew przesuwa się do wnętrza ciała i spada tempo metabolizmu. Wszystko po to, by zużywać mniej tlenu. Tematem tym w Polsce zajmuje się fizjolog i swobodny nurek – Marcin Baranowski. Zwraca on uwagę, że odruch, lub raczej szereg reakcji nurka, uruchamia się u ludzi już podczas porodu. W momencie przejścia przez drogi rodne, występuje ograniczenie dostępu tlenu i wtedy poziom metabolizmu automatycznie u dziecka spada. Mówi też, że to może jest reakcja kręgowców, a nie tylko ssaków. Istnieją specyficzne reakcje poszczególnych narządów, ważna jest odpowiedź nerwu trójdzielnego, omywanego chłodną wodą i reakcja nerwu błędnego. Pomyślałem, że różnica pomiędzy ludźmi i fokami jest tylko ilościowa – mamy podobne reakcje w wodzie. Człowiek, gdy jest wytrenowany, zanurza się na 100 metrów w głąb, foki zwykle na 200 m. Foki nurkują przeciętnie 20 minut, człowiek wytrenowany na poziomie światowym około 9-10 minut. Dr Pawliczka sprowadza mnie jednak na ziemię. „Myślę, że jest to zupełnie co innego. Nie widzę przeszkód, by foka nie mogła schodzić dużo głębiej i nurkować dużo dłużej. Istnieją doniesienia, że schodzą na 600 metrów. Foki nurkują po wydechu. Mają opróżnione płuca, więc nie mają problemów ze schodzeniem w dół, ze względu na dużą wyporność i nie muszą wyrównywać ciśnienia jak nurkowie – ludzie”. Nie cierpią na chorobę kesonową”. Czytałem, że tlen magazynują we krwi? „Tlen magazynują głównie w mięśniach. Mają więcej mioglobiny, w porównaniu ze zwierzętami lądowymi. Wysyłają ten tlen głównie do serca i mózgu. Ich płuca są ściśnięte i malutkie podczas zanurzenia. No ale wszystko przed nami. Ewolucja trwa nadal” – dodaje pani doktor, widząc, że jestem zmartwiony. Gdyby tak było, zastanawiam się, jak wyglądałaby nasza technika poruszania się w wodzie. Chyba nie bylibyśmy ludźmi-fokami, bo one wykonują boczne, „wężowe” ruchy, a my, prostując sylwetkę w toku ewolucji, rozwinęliśmy potężne prostowniki grzbietu. Wystarczy spojrzeć na ludzkie pośladki. Stawiam, jako nurkujący fizjoterapeuta, że poruszalibyśmy się jak walenie. Jeśli przypniemy sobie do nóg monopłetwę, to techniką delfinów poruszamy się szybko, płynnie i ekonomicznie. Druga, mniej prawdopodobna wersja, to pływanie w stylu uchatek – wszak kraul z głównym napędem ramionami to obecnie najszybszy styl pływacki. Co z odpornością na zimno? My, ludzie, po powtarzanych ekspozycjach na zimno, rozwijamy specjalną, brunatną tkankę tłuszczową. Zawiera ona dużo mitochondriów i generuje ciepło. Kiedyś myślano, że brunatny tłuszcz posiadają tylko niemowlęta, teraz wiemy, że także dorośli ludzie. Brunatną tkankę tłuszczową posiadają też niedźwiedzie. Płetwonogie to bliscy krewniacy niedźwiedzi. Pytam się jak jest z fokami? „Foki mają grubą warstwę tłuszczu i sierść. Potrafią szybko budować tkankę tłuszczową i ją tracić, np. podczas karmienia młodych. Wtedy matki nie polują. Nie polują także podczas linienia. Można powiedzieć, że podlegają huśtawce energetycznej. Mają okresy intensywnego żerowania i głodowania. Ale o brunatnej tkance niewiele wiadomo” – mówi kierowniczka stacji morskiej. „Młode foki tak mocno przybierają na wadze, gdy są karmione przez matkę, że nie potrafią się w ogóle poruszać na lądzie”. To trochę jak ludzie, znów widzę podobieństwa. Człowiek do niedawna też odżywiał się nieregularnie. W zależności od pory roku głodował, lub miał więcej jedzenia. Kiedyś jeden posiłek dziennie był standardem, a teraz już podobno pięć.

Obrazek

Dr Iwona Pawliczka opowiada o skomplikowanych interakcjach fok i ludzi. Fot. Tomasz Muc

Zmiany cywilizacyjne

Doskonale wytrenowany człowiek, może płynąć w chłodnej wodzie (16 stopni), bez ochraniającego neoprenu, nawet 48 godzin, pokonując grubo ponad 100 km, jak to wygląda u fok? „Młoda foka może przepłynąć od razu kilkaset kilometrów. Cały Bałtyk. Nie wiem, czy musi gdzieś wtedy wyjść na ląd”. Cóż, doktor rozwiewa moje wątpliwości. Foki szare rodzą się pokryte lanugo – puchem, który zanika. W ciągu pierwszego miesiąca rozwijają właściwe futro. Umieją one pływać od początku, jednak, gdyby to robiły, mając przesiąknięte wodą lanugo, mogłyby utonąć. Zwierzęta te nie unikają słodkiej wody. Właściwie Bałtyk nie jest przecież zbyt słony. Oprócz rzek, można je spotkać w przybrzeżnych jeziorach. Dowiaduję się też, że fokę widziano w Odrze, na wysokości Wrocławia.

Współistnienie z ludźmi

Czas na podstępne pytanie: czy najlepiej by było, gdyby nie łowiono ryb? „Nie, dlaczego? Wystarczy, że rybacy będą przestrzegali przepisów” – mówi dr Pawliczka. „Rybak, jak każdy inny przedsiębiorca, powinien wykazać, że jego działalność jest nieszkodliwa dla środowiska. Powinien podlegać ocenie, szczególnie jeśli łowi w obszarach chronionych. Na razie rybacy dbają o to, żeby mieć co łowić. Przestrzegają sezonowych zakazów połowu ryb. Czy foki im zjadają ryby? Nawet jeśli populacja foki szarej będzie dalej przyrastała, a rybołówstwo będzie intensyfikowane, to i tak foki nie będą wpływały na ilość ryb. Najpierw należałoby oszacować ile potrzebują ryb wszystkie rybożerne organizmy, a potem zobaczyć, co zostaje i może być użyte przez człowieka”. Sam wiem, że jeśli rybak zgłosi szkodę, to dostanie odszkodowanie. Rybacy mogą liczyć zawsze na wsparcie rządowe, ssaki morskie w mniejszym stopniu, delikatnie mówiąc. Kierowniczka stacji mówi, że np. w Kanadzie rybacy rozumieją, że mają przywilej łowienia ryb. To nie jest konieczność. Nie trzeba jeść ryb. Pomyślałem, czy nie ma analogii ze Śląskiem: górnicy posiadają przywilej wydobywania węgla. Mamy oczywiście też rybaków, którzy dbają o środowisko, a ranną fokę, są w stanie przywieźć do Fokarium. Ci natomiast, którzy zwalczają foki, mają bardzo złą prasę.

Rozmawialiśmy też o zanieczyszczeniu Bałtyku. Morze jest dość czyste, w porównaniu z epoką przemysłową. Metale ciężkie i toksyczne opryski, takie jak DDT niszczyły ssaki morskie. Teraz jednak mamy inne problemy, takie jak np. podnoszenie się temperatury wody. Wpływa to na foki tylko pośrednio, ponieważ są one gatunkiem oportunistycznym. Jeśli w Bałtyku będą występowały inne gatunki ryb, niż obecnie, to foki będą się żywiły tymi gatunkami. W dalszym ciągu, do morza dostają się nawozy z pól i oczyszczone lub nieoczyszczone ścieki komunalne. Eutrofizacja wody zwiększa ilość skorupiaków, które są wykorzystywane jako żywiciel pośredni przez nicienie. Skorupiaki są zjadane przez ryby, ryby dalej przez foki i to wpływa na pogorszenie się stanu zdrowia zwierząt, które cierpią z powodu zbyt dużej ilości pasożytów. Nie do końca rozpoznanym zagrożeniem jest mikroplastik w morzu.

Obrazek

Ptaki i ssaki nie mają szansy na znalezienie spokoju. Fot. Tomasz Muc

Pytam jeszcze o obecność surferów w Zatoce Puckiej. „Surferzy mają mało przestrzeni i jest ich za dużo. Nie są bezpośrednią przyczyną niszczenia siedlisk zwierząt, tylko chodzi o infrastrukturę – kempingi. Obozowiska rozwijały się kiedyś w sposób nielegalny. Wszystkie trzcinowiska, ważne dla ryb i ptaków, zostały zniszczone. W wielu miejscach została usypana sztuczna plaża. Takie działania stwarzają ogromną presję na środowisko. Ale tu chodzi o zarządzających terenem. Powinni się kierować pojemnością środowiska dla turystów”. Dotykamy teraz sprawy najważniejszej. Foki i inne zwierzęta najbardziej potrzebują spokoju od nas. Mają one naprawdę niewielką szansę wyjść na ląd i odpocząć. Małą szansę mają na rozmnażanie i wychowywanie potomstwa, jeśli do dyspozycji w kraju jest tylko łacha u ujścia Wisły. Innym ważnym miejscem zawsze była mielizna w Zatoce Puckiej – Ryf Mew. Tutaj niestety docierają teraz nieświadomi turyści np. uczestnicząc w tzw. Marszu Śledzia3. Akurat surferzy – ludzie wody i wiatru, to grupa, która chce żyć w zgodzie z naturą, więc jest szansa na rozsądne zmiany. Półwysep Helski może być odwiedzany w inne miesiące niż lipiec i sierpień. Tymczasem zimą jest prawie pusto. To też daje odpowiedź na pytanie, czy Polacy kochają morze. Na całym wybrzeżu powinny istnieć wygrodzone miejsca tylko dla zwierząt. Wystarczy co jakiś czas kilkaset metrów przeznaczonych tylko dla nich. Turyści mogliby obserwować z punktów widokowych ssaki i ptaki morskie. Plaż jest dość, a goście z głębi kraju, wcale nie są przeciw. Bardziej chodzi o zmianę sposobu myślenia u zarządców terenu. Takie podejście też może generować zyski. Natomiast my sami musimy wywierać ciągłą presję i musi być nas więcej. Na razie większość z nas zachowuje się jak Lennie z powieści Johna Steinbecka pt. „Myszy i Ludzie”. Chcemy dobrze, ale nie kontrolujemy swojej destrukcyjnej mocy, ani jej nie rozumiemy i dlatego zabijamy.

Biegniemy jeszcze do fokarium, by zdążyć przed turystami, ale to nie jest najważniejsze. „Jeśli chcecie zobaczyć fokę w naturze, to idźcie panowie do wejścia na plażę numer 66. Tam od jakiegoś czasu wychodzi jedna i zaprzyjaźnia się z ludźmi. Sama z siebie” – mówi dr Iwona Pawliczka – „i proszę zainteresować się morświnami, to teraz ważny temat. Dobrze – odpowiadam, oznacza to, nie mam już wyjścia – tak zrobię. Żegnamy się i ruszamy na wędrówkę wybrzeżem, by namierzyć nasze zwierzęta. Tym razem nic z tego. W Jastarni, Kuźnicach i innych miejscach zgoła inne widoki. Panuje duży hałas. Nieuzasadnione użycie większych silników powinno być zakazane. Dźwięk rozchodzi się pod wodą na kilometr. Szybki napęd w jednostce pływającej stanowi zagrożenie dla zwierząt i ludzi w wodzie. Trochę ciszy znajdujemy dopiero w Rozewiu. Jednak z dwóch gatunków miłujących leżenie na plaży, jeden musi zrobić krok w tył – człowiek. Choćby myślał, że jest foką lub morsem.

Leszek Naziemiec

Leszek Naziemiec – organizuje zawody w pływaniu lodowym IISA (International Ice Swimming Association). Poprowadził wyprawę pływacką na Spitsbergen i współtworzył wyprawę sportową na Antarktydę. Płynął przez jezioro Titicaca i całą Wisłę. Propaguje proste sporty w środowisku wodnym, które mogą, jego zdaniem, pomóc w odbudowie więzi człowieka z przyrodą. Jest fizjoterapeutą dziecięcym i psychologiem.

Przypisy:
1. W 2010 r. na łamach „Dzikiego Życia” ukazała się rozmowa z dr Iwoną Pawliczką: dzikiezycie.pl/archiwum/2010/sierpien-2010/bogactwo-ryfu-rozmowa-z-iwona-pawliczka.
2. Wspomnienie o prof. Krzysztofie Skórze autorstwa prof. Jana Marcina Węsławskiego, felietonisty „Dzikiego Życia”: dzikiezycie.pl/archiwum/2016/marzec-2016/pozegnanie-prof-krzysztofa-skory.
3. O Marszu Śledzia na łamach „Dzikiego Życia” w 2010 r. pisał Andrzej Ginalski: dzikiezycie.pl/archiwum/2010/sierpien-2010/marsze-sledzi-przez-ryf-mew.