Dziennik treningów
Niby prosta, zwyczajna sprawa. Wykonuję systematycznie jakieś ćwiczenia, doskonalę coś, zapisuję wyniki. Taki był początek. Bieganie, starty w zawodach. Wyznaczanie sobie kolejnych celów. I nie wiadomo kiedy „Dziennik treningów” zaczął żyć swoim własnym życiem. Na marginesie wyników sportowych zaczęły pojawiać się rysuneczki, refleksje na temat otaczającego świata, zapiski spraw nie będących bezpośrednio związanymi ze sportem, ale dotyczącymi rozwiązywania różnych życiowych trudności – doskonalenia czy poprawiania się w różnych dziedzinach. Rysunki zaczęły nie tylko komentować bieżące sytuacje życiowe, ale również odnosić się do szerszej refleksji na temat otaczającego świata.
Takim bodźcem do poważnego potraktowania moich zapisów był piękny, oprawiony w skórę szkicownik, który otrzymałem na pamiątkę od koleżanek z pracy w chwili odejścia na emeryturę. No teraz to już nie było przeproś! Trzeba się było starać. W ten sposób życie „Dziennika” zaczęło pomieszczać w sobie nie tylko moje pasje sportowe, jak bieganie, slackline, żonglerka czy ostatnio łucznictwo, ale również zaangażowanie w wyrażanie przeżyć poprzez rysunki czy krótkie recenzje z przeczytanych książek omawianych w Dyskusyjnym Klubie Książki w Bibliotece w Bolechowicach. Znalazło się w nim miejsce na język śląski, w kręgu którego wyrastałem i jeden tom „Dziennika” z pewnym wzruszeniem mu poświęciłem. Nawet prace remontowe w domu i w ogrodzie są w nim odnotowane.
Może najtrudniejsze są notatki dotyczące odchodzenia osób bliskich, chorób czy pożegnania naszych psich i kocich przyjaciół. Ale takie jest życie. Dziennik prowadzę już prawie 5 lat. Powstało w nim około 1200 towarzyszących tekstowi niewielkich rysunków. Takich rysunkowych ulotnych notatek. Przebiegłem wiele kilometrów, przeszedłem wiele zawieszonych nad ziemią taśm, żonglowałem mniej lub bardziej udanie obręczami, maczugami, piłeczkami. Wystrzeliłem wiele niecelnych i trochę celnych strzał. Cieszyłem się z sukcesów i zaliczałem porażki. „Dziennik treningów” to taki dość ulotny zapis tych wydarzeń. Trochę jak ślad ślimaka trwający do pierwszego większego deszczu. A mimo tego polecam taką próbę ogarniania mijającego czasu.
Dzisiaj, gdy moja żona zmaga się z ciężką, nieuleczalną chorobą rygory prowadzenia „Dziennika” pomagają tworzyć gorset utrzymujący w ryzach porządek dnia. Łączą i splatają się codzienne sprawy z coraz skromniejszymi zadaniami sportowymi. Już tak bardzo, a może nawet wcale nie liczy się wynik. Słychać śpiew ptaków, tupot butów po mokrej ziemi, czuć napięcie cięciwy i odgłos uderzenia strzały w tarczę. I znowu otwierają się drzwi do ścieżek dzieciństwa, a czasem widzę w późnojesiennym lesie ciemną sylwetkę Caspara Davida Friedricha pochylonego nad szkicownikiem. Wędruję w świecie wyobraźni. I w końcu czuję radość, że jeszcze raz nie dałem się złamać trudom codziennego życia.
Krzysztof Próchniewicz
Krzysztof Próchniewicz – ur. 1954 r. w Opolu. Mieszkam w Zelkowie w gminie Zabierzów. Od wielu lat jestem wiernym czytelnikiem „Dzikiego Życia” oraz reprezentuję zespół biegowy Dzikie Życie RunTeam. Biegam, uprawiam slackline, żongluję, strzelam z łuku, piszę krótkie opowiadania, prowadzę rysowane dzienniki treningów. Bieg przez las, znajdowanie równowagi na taśmie między drzewami, wirowanie piłeczkami na tle błękitnego nieba czy pochylanie się nad szkicownikiem gdzieś w leśnym zakątku daje mi możliwość odczuwania piękna tego świata na wiele różnych sposobów.
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Marzec 2026