Miesięcznik Dzikie Życie poleca książkę Daniela Petryczkiewicza „Mała historia znikania. Opowieść o Rzece”
Ukazała się książka Daniela Petryczkiewicza „Mała historia znikania. Opowieść o Rzece” będąca literacką opowieścią o wysychającej rzece. Patronat medialny nad książką objął nasz miesięcznik.
„Mała historia znikania. Opowieść o Rzece” to literacka wędrówka wzdłuż wysychającej rzeki i jednocześnie w głąb pamięci, krajobrazu oraz relacji człowieka z przyrodą.
Daniel Petryczkiewicz przez kilka lat towarzyszy Małej – niepozornej podwarszawskiej rzece – obserwując jej stopniowe zanikanie: osuszanie doliny, regulacje, grodzenia i dewastację. Idąc jej korytem, także wtedy, gdy nie ma w nim już wody, opowiada historię miejsca, ludzi, zwierząt i roślin, ale przede wszystkim stawia pytanie o to, czym/kim jest rzeka – i czy może przestać istnieć. Być może źródłem prawdziwej nadziei jest świadome doświadczanie nieuniknionej straty?
To książka na styku reportażu, eseju filozoficznego i osobistego dziennika drogi. Historia o wodzie jako żywej istocie, o przemocy przestarzałego prawa i infrastruktury, o pamięci krajobrazu i o potrzebie nowej opowieści – takiej, która pozwoli nam myśleć i czuć razem z rzeką, zamiast z nią walczyć.
To także manifest czułej uwagi, solidarności z całą naturą (od chruścików przez mokradła aż po gwiazdy) i sprzeciwu wobec świata, w którym to, co małe i kruche, znika bez świadków. Lektura, która płynie prosto do serca, budzi nadzieję i skłania do działania.
Książkę można nabyć w Wydawnictwie Krytyki Politycznej
Książka ma 416 stron.
Daniel Petryczkiewicz – absolwent pierwszego rocznika Szkoły Ekopoetyki Julii Fiedorczuk i Filipa Springera przy Instytucie Reportażu w Warszawie. Laureat nagrody publiczności za projekt społeczny roku 2019 w plebiscycie portalu Ulica Ekologiczna. Inicjator spotkania twórczo-aktywistyczno-poetyckiego „Święto Wody” w Konstancinie-Jeziornej. Publikuje teksty i fotoreportaże o tematyce ekologicznej. Ambasador rzeki Małej i jej Doliny, które odkrył na nowo i o które walczy od ponad 6 lat.
Daniel Petryczkiewicz:
Codziennie znikają skrawki dzikości: pojedyncze drzewa, skwery, zdziczałe trawniki, rozlewiska, mokradła, źródliska, łąki, spontaniczne zadrzewienia, zakrzaczenia, torfowiska, bagna. Czasem całe krajobrazy. Znikają najczęściej w ciszy, ponieważ formalnie w ich miejscu „nic nie ma”. Zwykle są to „tylko” refugia dla ptaków, ssaków, gadów, roślin i grzybów, które nie mają już gdzie pójść.
Znikają, ponieważ stają na drodze tak zwanego postępu. Budowy łanowych osiedli, centrów sportu i handlu, dwudziestej biedronki w okolicy, drogi obiecanej przez polityka, farmy paneli fotowoltaicznych, elektrowni atomowej, wiatrowej albo innej.
Znikają, ponieważ nie pasują do równoległych i prostopadłych linii ludzkiej geometrii i sterylnego środowiska homo sapiens. Środowiska, które ma status priorytetowy. Środowiska człowieka.
Kiedy myślę o potrzebie zmiany tego stanu, to mówię o rewolucji, która musi się zadziać nie tyle w systemie energetycznym ile w ludzkich umysłach – o ile chcemy ocalić życie Ziemi razem z nami samymi. Mówię o przekroczeniu „antropocentrycznego uwielbienia” i przemianie. Mówię za Johnem Seedem, o odkryciu, że „jestem częścią lasu i chroniąc las, chronię samego siebie”. Mówię za Aldo Leopoldem, o odrzuceniu tysięcy lat urojonego oddzielenia człowieka od przyrody i rozpoczęcia myślenia jak góra. Mówię za Joanną Macy o świadomym zejściu ze szczytu kartezjańskiej piramidy i powrocie do kręgu życia Gai.
Mam świadomość, że kiedy rozejrzymy się dookoła to te słowa brzmią jak śmieszna utopia. I tak pewnie przez wiele osób zostaną potraktowane. Podobnie jak każda i każdy z Was jestem obezwładniony ogromem hiperkryzysów, wojen, dominacji technologii i coraz większego zaplątania w coraz szybciej komplikującym się świecie. Pomimo czarnej godziny w coraz bardziej gorącym, słonecznym, bezdeszczowym dniu, chcę jednak wierzyć, że jeszcze nie wszystko pozamiatane. Choć dla wielu spraw nie będzie szczęśliwego zakończenia.
Dlatego postanowiłem nie mówić o sprawach wielkich, które nas przerastają. Wybrałem te małe. Mówię o miejscach w sąsiedztwie, za rogiem, w zasięgu pieszej wędrówki, spaceru, jazdy rowerem. Bywają nazywane czwartą przyrodą, trzecim krajobrazem albo skrawkami dzikości. Opowieść o nich trwa rozproszona w meandrach krajobrazu, w pamięci wody, w dziurach i szczelinach miasta. Jej symbolem jest Mała, porzucona przez meliorantów, wyprostowanej dawno temu rzeka, która spontanicznie się renaturyzuje. Ale to także kawałek zdziczałego sadu na skarpie za sklepem gdzie na sędziwych kłodach starych drzew rozwija się unikalne życie; skrawek lasu na obrzeżach miasta, który posadzili i pozostawili do zdziczenia dobrzy ludzie; mokradła, które są domem więcej niż ludzkich istot, które nie pójdą nigdzie indziej bo już nie ma gdzie pójść. Mogą albo tu trwać albo umrzeć.
Mam świadomość, że nie zdołamy ich wszystkich i na raz ocalić. Myślę jednak o tym, że nawet jeśli damy im dodatkowy czas do życia albo godne odchodzenie – to bardzo dużo.
I wiele to mówi o nas samych.
To dla nich jest ta opowieść.
Dla skrawków.
Dzikości.