Pochwała brzydoty
Na zarośniętych ścieżkach
„Przyszły Antychryst będzie mamił pięknem”
Fiodor Dostojewski
Gdyby chcieć wierzyć opiniom rozpowszechnionym w tzw. opiniotwórczych mediach, świat współczesny jest ponoć światem niezwykle pięknym. Rozwój technologii sprawił, że nie dręczą nas już stare koszmary w rodzaju głodu na przednówku czy powszechnego niedoboru użytecznych przedmiotów – mamy zatem możliwość poświęcenia znacznie większej uwagi dbałości o kwestie wykraczające poza przetrwanie i zaspokojenie doraźnych potrzeb. Nie jest jeszcze co prawda tak dobrze, jak w słynnej wizji Marksa zwiastującego nadejście ery, w której robotnik rano nieco sobie popracuje w miły i przyjemny sposób, później wybierze się na ryby, a następnie w gronie podobnych sobie odda się dysputom filozoficznym lub przynajmniej lekturze wartościowych książek. Niemniej jednak mamy rzekomo więcej wolnego czasu niż niegdyś, mniej kłopotów; więcej środków itp. Możemy – i ponoć czynimy to – zadbać o własne otoczenie, konsumować nie tylko dobra użytkowe dosłownie, ale i takie, które współgrają z człowieczymi zmysłami estetycznymi. Wkraczamy w epokę piękna. Jest go dokoła sporo, a będzie więcej i więcej.
Niestety, nie potrafię go dostrzec – tego, co wydaje mi się piękne ubywa z każdym dniem, z każdą godziną. Znikają lipowe lub czereśniowe aleje wzdłuż polnych dróg, prowincjonalne kościoły nie zachwycają już skromnymi, lecz zrobionymi ze znawstwem witrażami, domy na wsi nie są kryte gontem. Miejskich kamienic nie porasta bluszcz, nie wznosi się budynków z czerwonej, ciężkiej i naturalnie wypalanej cegły, publiczne gmachy nie są pokrywane płaskorzeźbami, ciężko uświadczyć wykonany ze smakiem skwer z fontanną obramowaną otoczakami. Nie ma w domach solidnych dębowych stołów i tkanych ręcznie chodników w kwieciste wzory, gromadzonych skrzętnie gustownych butelek i karafek cieszących oko, pelargonii w przydomowych ogródkach i ręcznie kutych balkonowych poręczy o fantazyjnych. niepowtarzalnych motywach. Nawet ludzie nie są piękni prawdziwą, zapadającą w pamięć urodą.
Jest natomiast coraz więcej tandety: szklano-aluminiowych elewacji, plastikowo-bitumicznych dachówek, budynków wyglądających niczym sportowe hale, jednakowych wazoników i bibelocików z IKEI, stołów z pleksiglasu, wytwarzanych gdzieś na przedmieściach Kalisza czy Białegostoku „orientalności”. Coraz więcej konstrukcji z prefabrykatów, okien z PCV, nudnych jak flaki z olejem „awangardowych” i instalacji artystycznych powielających pomysły przeżute setki i tysiące razy. Wciąż więcej platynowych blondynek, kruczoczarnych brunetek i kobiet kasztanowłosych, które wyglądają, jakby zeszły przed chwilą z fabrycznej taśmy – niczym się bowiem nie różnią.
Cały problem w tym, że tego rodzaju wątpliwej jakości atrakcje estetyczne są w naszej „erze piękna” powszechnie uważane za rzeczywiście ładne i wartościowe. Pal licho powszechne gusta, gdyby nie to, że nie dość, iż pchają się one przed oczy gdziekolwiek się człowiek nie ruszy, to jeszcze są promowane i wynoszone pod niebiosa przez elity kulturalne, a więc osoby mające z założenia strzec jakości przed ilością. Nie świadczy to najlepiej o nich samych, nie rokuje też dobrze na przyszłość. Można bowiem przewidzieć, że nadal będziemy mieli do czynienia z ofensywą „piękna” i spychaniem na margines „brzydoty”. Brzydotą są dzisiaj te wszystkie opisane przeze mnie relikty dobrego smaku i gustu, które przetrwały w zapomnieniu lub kultywowane są przez garstkę zapaleńców. W powszechnym mniemaniu nie są ładne, gdyż nie ma ich w modnych sklepach, magazynach o budownictwie i urządzaniu wnętrz, programach telewizyjnych, a w dodatku co jakiś czas któryś z dyżurnych autorytetów moralnych Nowej Epoki określi je mianem zaściankowych, prowincjonalnych i staromodnych. No a kto chce dzisiaj być zaściankowy, prowincjonalny i staromodny. Niemal nikt. Nawet jak ktoś buduje w zaścianku willę, to też jest przecież nowoczesny i na czasie – tyle tylko, że chce mieć święty spokój i dużo przestrzeni pod basen i kort tenisowy, a i ziemia tu dużo tańsza niż w wielkim mieście.
Problem „kryzysu estetyki” widoczny jest także w naszych relacjach z przyrodą. Im bardziej spaczone jest pojmowanie piękna, tym bardziej odstręczająco wygląda krajobraz. Mamy zatem pensjonaty wcinające się w zbocze góry, pokraczne, olbrzymie domy straszące z oddali kształtem i kolorem, ciągi budowli w żaden sposób nie zharmonizowane z rzeźbą terenu i szatą roślinną, posesje pozbawione zieleni lub zapchane do granic możliwości jej modnymi aktualnie, lecz obcymi odmianami, oczka wodne z plastikowymi żabami, skrzętne zgrabianie opadłych liści i „cywilizowanie” każdego skrawka gruntu, infrastrukturę turystycznych „punktów widokowych” burzącą ład przestrzenny i przyrodniczy. I tak dalej. Mamy też do czynienia z coraz większą obojętnością na tejże przyrody stan. Miłośnik dzisiejszego „piękna” woli plantacje równo posadzonych tyczek sosnowych niż mroczną gęstwinę lasu żyjącego własnym życiem, lasu leżących drzew, lasu chaszczy i tajemniczych miejsc, lasu wypełnionego gwarem i nieznanymi mu odgłosami. Las choć trochę zbliżony do naturalności będzie mu obcy, w niczym nie przypominający wyglądem rzędów sklepowych regałów, a zapachem – nowo otwartej perfumerii. Nie urazi go widok przecinających ten las samochodowych wykrotów, jezior otoczonych ogrodzonymi działkami, tandetnych domków z dykty na polach namiotowych w parkach krajobrazowych, ciągnących się aż po horyzont równych jak stół pól uprawnych, bez ani jednej miedzy, kępy drzew czy narzutowego głazu. Nie wyrośnie na obrońcę przyrody – co najwyżej na ekologa z eko-supermarketu, a i to mocno wątpliwe.
Dlatego chwalmy „brzydotę”: naturalne materiały, okoliczne tradycje i dobre gusta, kunszt rzemieślników i ich umiłowanie własnej pracy, niepowtarzalność geniuszu artystów-samouków, oryginalność i fantazję niektórych gospodyń domowych, architektów kreślących sercem i głową a nie portfelem, dbałość o szczegół i cyzelowane drobiazgi, kobiety z naturalnym kolorem włosów, mężczyzn bez błękitnych szkieł kontaktowych, zbieraczy osobliwości, naukowców starej daty protestujących przeciw ulokowaniu amerykańskiego chlewika dla ludzi w zabytkowym centrum miasta, wioski pełne kwitnących sadów i słoneczników w ogródku, miasta gdzie „nowe” nie jest jednocześnie „głupie”, książki w twardej oprawie, czarno-białe fotografie, zegary z kukułką i wiele, wiele innych zachowań i przedmiotów, które pozwalają oczom odetchnąć od wszechogarniającej brzydoty – o przepraszam, piękna. Rzekłbym nawet – sięgając do zasobów dzisiejszej nowomowy – piękna inaczej.
Remigiusz Okraska
Kwiecień 2001
(4/82 2001)
Nakład wyczerpany
Nowe rezerwaty – wspieram