Miesięcznik Dzikie Życie

12-1/174-175 2008/2009 Gru 2008 / Stycz 2009

Gębala

Tomasz Lippoman

Kto zliczy rody białowieskich kłusowników? Polowano tu od niepamiętnych czasów. Litewscy książęta, polscy królowie sukcesyjni i elekcyjni, rosyjscy carowie osadzali w Puszczy osaczników do pomocy w łowach. Nazwiska litewskie, białoruskie, niemieckie, polskie, a namiętność jedna. Puszcza i łowy.

Administracja królewska, carska i rządowa działała w białowieskich kniejach raz lepiej, raz gorzej. W okresach bezkrólewia niepodzielnie rządzili kłusownicy. Tak było i po I wojnie światowej. Ostatnie żubry, łosie i jelenie padły z ich rąk.

Kilka lat później żubry do Białowieży powróciły. Rozpoczął się mozolny program restytucji „puszcz imperatora”. Po II wojnie światowej, w zagrodzie Ośrodka Hodowlanego żyło ich zaledwie szesnaście. Mijały lata. Stado powoli rosło. W 1952 r. pierwsze dwa osobniki wypuszczono na wolność. Rok po roku kolejne zwierzęta opuszczały zagrodę, dołączając do tzw. stada wolnościowego.

Puszcza Białowieska.

Puszcza Białowieska. Fot. Paweł Klimek

Długo by pisać o lepszych i gorszych latach białowieskich żubrów. Powędruję jednak wprost, jak dawniej mawiano, z mym piórem i lutnią, do lat 80. minionego wieku. Żył wówczas w Białowieży niejaki Gębala, potomek starego kłusowniczego rodu. Ciemny, zasuszony, z krogulczym nosem. Znosił do chaty kozły, łanie, dziki. Znosił bezkarnie. Urządzano na niego zasadzki, rewidowano siedlisko. Wszystko na nic. Pił samogon, zakąszał dziczyzną i grał na nosie organom ścigania.

Nic więc dziwnego, że pewnego dnia zapragnął zapolować na zwierza, będącego przywilejem najbardziej zasłużonych sekretarzy i dostarczycieli dewiz, bez których ludowa ojczyzna nie potrafiła się jakoś obejść.

Noc była wyjątkowo ciepła jak na połowę października. Rogalik księżyca rzucał wątłe światło na szeleszczącą zwiędłymi liśćmi leśną trybę. Od uroczyska Kosy Most, leżącego w północnej części Puszczy, dzieliło Gębalę półtora godziny niespiesznego marszu. Na miejscu chciał być przed świtem w nadziei spotkania żubrów, których świeże ślady widział nad Narewką poprzedniego dnia. Wędrując w niemal kompletnych ciemnościach, zastanawiał się, z której strony je podejść, pozostając niezauważonym. W oddali zamajaczyły tory starej kolejki leśnej z czasów I wojny światowej. Od skrzyżowania duktu z wąskotorówką było do Kosego Mostu już tylko kilkanaście minut marszu. Zwolnił, starając się stąpać możliwie najciszej, gdy z lewej strony usłyszał głośny trzask łamanych gałęzi. Przystanął, starając się odgadnąć, czyje racice odciskają się właśnie w miękkiej, leśnej glebie. Po chwili trzaski powtórzyły się nieco bliżej drogi, 10, może 15 metrów od miejsca, w którym się zatrzymał. Cisza. Przyglądają się sobie, tyle, że on nic nie widzi, a zwierz ma go na żwirowej drodze jak na patelni. Zbliżając się do celu rozważa: żubr to czy jeleń spoglądał z głębi ciemności, a może to jakiś wyjątkowo duży odyniec narobił tyle hałasu?

Zachowanie zwierzęcia i miejsce spotkania wskazywało jednak na żubra, który to w liczbie ponad 200 byków, krów i żubrząt niepodzielnie władał białowieską knieją.

Gdy dotarł do Kosego Mostu, niebo na wschodzie zaczęło blednąć, rozjaśniając bagienne łąki, na których, przycupnięte niczym wiedźmy, siedziały krzaczaste wierzby. Cisza, że w uszach dzwoni, ani ptak, ani inny zwierz, ani nawet wiatr nie mąci tej magicznej chwili z pogranicza jasności i nocy. Stoi zamarły, w oczekiwaniu na świt, zastanawiając się, jaki dźwięk otworzy poranny koncert. Wtem z lewej strony dobiega głośne chrupanie. Bóbr ogryza z kory gałązkę. Stary Nemrod [symboliczna nazwa dzielnego myśliwego – przyp. redakcji DŻ] wytęża wzrok, starając się dostrzec zwierza. Po chwili z pobliskiej dąbrowy dochodzą odgłosy łamanych gałązek. Z trzeszczącego kruszonym posuszem dębniaka na wąską ścieżkę świńskim truchtem wytoczył się dzik. Odruchowo podrywa do ramienia sztucer z obciętą lufą. Za mało światła, poza tym przecież żubry. Czarny zwierz, na oko ze 120 kilogramów. Szkoda, kiełbasy byłoby do przednówka. Stary dzik zakręcił młynka, fuknął i tyle go było widać. Wieść o intruzie dociera do stada. Świniaki, pochrząkując niespiesznie, oddalają się w głąb starego lasu.

Puszcza Białowieska.

Puszcza Białowieska. Fot. Joanna Milewska

Dzień coraz bardziej obejmuje w posiadanie Puszczę. Gębala rusza w kierunku rozległej, dzikiej łąki, która wczoraj gościła co najmniej kilka żubrów. Przystanął na skraju wierzbowych zarośli. W okularach starego NRD-owskiego zeissa o wyjątkowo jasnych szkłach zaczęły przewijać się dobrze znane obrazy: parująca poranną mgłą wstęga Narewki, płat trzcin, kępy turzyc i wysoka, poszarpana ściana mieszanego lasu. Z kępy wierzb ostrzegawczo zaskrzeczała sójka, spłoszone stado raniuszków poderwało się z kępy grabów.

Kilkadziesiąt metrów za Kosym Mostem ujrzał pierwszego żubra, młody, może trzyletni byk czochrał się o pień jesionu. Nieco dalej za zasłoną kępy świerków grupa żubrzyc z cielętami wygrzebuje żołędzie pod okapem artretycznie poskręcanego dębu. Zamarł w bezruchu, podziwiając z odległości kilkudziesięciu metrów leśne olbrzymy. Z młodnika wyskoczyło stado jeleni: popatrzyły, posłuchały i pomaszerowały gęsiego w stronę uroczyska Wilczy Szlak.

Ocknął się, z zauroczenia i zmierzył do młodego byka stojącego pod jesionem. Zanim jednak zrównał muszkę ze szczerbinką ujrzał, w odległości kilku metrów, wielce osobliwą postać. Pojawieniu się widziadła towarzyszył świst wiatru, choć drzewa pozostały nieruchome, i pohukiwanie puszczyka, choć słońce już stało wysoko. Staremu kłusownikowi koszula przylgnęła do pleców.

Karzeł. Całkiem nagi. Skóra jak kora starego dębu, włosy wprost jak październikowe liście dębowe, a oczy nieludzkie, żółte, wilcze bardziej, pałające nieznaną mocą, przenikliwe i pozbawione lęku. Zanim zdążył mrugnąć, postać zolbrzymiała. Stwór mierzył teraz dobrze ponad trzy metry i wciąż świdrował wzrokiem.

– Poniechaj, szepnął Gębala.

Demon bezdźwięcznie rozpłynął się w ustępujących dniu ciemnościach.

Ile prawdy w tej historii, trudno dociec. Wszyscy w Białowieży jednak zaświadczą, że od tamtej pory Gębala zaniechał kłusowniczego procederu.

Kto wie, ilu jeszcze myśliwych i kłusowników spotkało Borowego w Puszczy, a ilu jeszcze powinno go spotkać.

Tomasz Lippoman