Miesięcznik Dzikie Życie

3/213 2012 Marzec 2012

Wszystko Jedno! Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Wywiad Ryszarda Kulika

Jaki jest związek ciała z dziką przyrodą?

Wojciech Eichelberger: Oczywisty. Ale z drugiej strony ta oczywistość nam umyka. Trudno mówić o związku, trzeba mówić o tożsamości. To, że stworzyliśmy sobie warunki życia, które służą temu, by czuć się bezpiecznie, komfortowo i przyjemnie (tak przynajmniej miało być w założeniu), sprawiło, iż przestaliśmy sobie zdawać sprawę z tego, że nasze ciała są tożsame z przyrodą – że w naszych ciałach odzwierciedla się wszystko to, co dzieje się z przyrodą. A z kolei to, co robimy ze swoimi ciałami, odzwierciedla się w przyrodzie. Mało tego – we Wszechświecie. Nawet gdy o tym wiemy, to nawykowo myślimy i mówimy w kategoriach związku i współzależności. Lecz w istocie Wszechświat jest hologramem, jedną przestrzenią kwantową, w której w różnych rytmach pojawiają się i znikają wszelkie formy ożywionego i nieożywionego istnienia. W tym nasze ciała. A hologram, jak wiemy, ma to do siebie, że każda zmiana w dowolnym jego miejscu oznacza jednoczesną zmianę całego hologramu. Tak więc wszystko nieustannie się zmienia. Niestety nasza stępiona wrażliwość i egocentryczny punkt widzenia sprawiają, że dostrzegamy zmianę dopiero wtedy, gdy przejawia się w wymiarze makroświata. A to jest końcowy etap procesu zmiany, co sprawia, że taka zmiana – jeśli jest uznana przez nas za niekorzystną – jest trudna lub niemożliwa do odwrócenia.

Powiedziałeś, że zabiegając o komfort straciliśmy kontakt z ciałami, w tym też z przyrodą. A czy to nie jest tak, że w tej pogoni za komfortem ulegamy podszeptom naszego ciała, które nie chce się wysilać, nie chce się męczyć. Przyjęło się mówić, że cielesność jest grzeszna, jest drogą na manowce.

To, o czym mówisz, jest zasadniczym nieporozumieniem, mocno zakorzenionym w naszej kulturze, w naszym sposobie myślenia i przeżywania. Otóż, tak wyolbrzymiona potrzeba komfortu i potrzeba bezpieczeństwa z pewnością nie jest już potrzebą ciała. Ciało jest wspaniale przystosowane, by się zmagać, trudzić, męczyć, głodować, walczyć – m.in. dzięki temu, że potrafi też regenerować się, cieszyć, bawić, tańczyć i kochać. Ciało jest tylko „Bogu ducha winne”. Potrzeby, które doprowadziły do takiego rozwoju cywilizacji, jaki obecnie zagraża życiu na tej planecie, pojawiły się, gdy wewnętrznie oddzieliliśmy się od swego ciała, a zarazem od podtrzymującej nasze życie dzikiej przyrody. Cały ten proces rozpoczął się, gdy w naszych rozwiniętych umysłach powstało iluzoryczne poczucie tożsamości, zwane ego.

Ego można porównać do nowotworowej tkanki, niszczącej organizm, z którego pochodzi. Ponieważ ego arogancko kreuje siebie na coś doskonalszego, wyniesionego ponad naturę i wszelkie formy życia, więc nie jest w stanie pojąć ani przyjąć naturalności przemijania i śmierci. Z przemijania uczyniło sobie największego wroga, którego panicznie się boi, więc jego odwieczną, nieziszczalną obsesją stało się zapewnienie sobie nieśmiertelności. W konfrontacji ze śmiercią cierpi z powodu upokorzenia, bezradności i bezsilnej agresji. Stąd biorą się jego lęki, wierzenia, religie, obsesje, depresje, paranoje i mordercza pasja niszczenia. Ponieważ śmierć i przemijanie są jego wrogami, to przemijające – a przecież niezbędne – ciało też musiało stać się jego wrogiem, wraz ze wszystkimi właściwymi temu ciału, naturalnymi potrzebami. Napędzana lękiem arogancja ego jest tak wielka, że dąży ono do tego, aby z ciała, na którym pasożytuje, uczynić wehikuł swojej nieprzemijającej egzystencji.

Krótko mówiąc, z punktu widzenia ego: ciało jest złe, bo jest naturalne i należy do świata dzikiej przyrody, którego ego nie jest w stanie kontrolować. Bo ciało nie ma nic przeciwko temu, by się zmieniać, przemijać i w końcu powracać do stanu pierwiastkowego, po to, by odradzać się w innych formach istnienia. To naturalny proces życia. To tylko nasze zagubione, wypędzone z hologramu wszechświata ego, szaleje i na próżno usiłuje kontrolować życie i śmierć. A im bardziej próbuje, tym bardziej horyzont spełnienia tego marzenia się oddala. Ostatnio z coraz większą szybkością. Już dziś musimy tak ciężko pracować na nasze bezpieczeństwo i komfort, że na nic więcej nie wystarcza nam czasu, a ciało niepotrzebnie choruje i umiera przedwcześnie i niegodnie w stanie półrozpadu. Ugrzęźliśmy kompletnie w pogoni za nierealizowalną, cywilizacyjną obietnicą nieograniczonego rozwoju, powszechnego bezpieczeństwa, dobrobytu i wiecznego życia w ciele. Choć wszyscy widzimy, a przynajmniej przeczuwamy, że ten z pozoru radosny, rozpędzony pociąg zmierza do katastrofy, to jakoś nikt się nie kwapi, żeby zacząć go hamować lub przestawić zwrotnicę.

Rozumiem, że drogą wyjścia z tego zagubienia i pułapki jest powrót do ciała czy odkrycie własnego ciała jako swego przewodnika. Ale z drugiej strony widzimy w naszej kulturze, że ciała stały się szczególnym obiektem zainteresowania. Bardzo wiele osób koncentruje się na swoich ciałach, próbuje je upiększać, zmieniać, doskonalić. Jak rozróżnić, co jest tutaj właściwe, a co nie?

Z punktu widzenia oddzielonej, egocentrycznej świadomości, ciało może mieć dobrego pana-ego lub złego pana-ego. Dobry pan-ego będzie się sensownie troszczył o ciało, dla własnego pożytku i komfortu, bo zawsze lepiej być zdrowym, pięknym i bogatym niż chorym, brzydkim i biednym. Rzeczywiście jest tak, że ciało obecnie wraca do łask – ale niestety jako przedmiot. Do tej pory ciało było przedmiotem budzącym w ego lęk i zgrozę, traktowanym jako siedlisko szatana, demonów, niekontrolowalnych popędów. Ale gdy się bliżej temu przyjrzymy, to dostrzeżemy wyraźnie, że ciało stało się ekranem projekcyjnym dla ego, że ego przypisuje ciału własne wynaturzone potrzeby i że to ono jest siedliskiem szatana – jeśli już używać tej powszechnej metafory.

Wystarczy zauważyć, w jaki godny, pełen umiaru, skromności, pokory i harmonii sposób zachowują się zwierzęta żyjące w naturalnych warunkach. Nie napędzają ich żądze posiadania, obżarstwa, agresji czy nieobliczalnej seksualności. Wręcz przeciwnie. Trzeba być ślepym lub nigdy nie obcować z dziką przyrodą, by nie dostrzec, że zwierzęta i przyroda są ideałem umiaru i harmonii, z którego my ludzie powinniśmy brać przykład. Niestety – mimo wielu lekcji pokory, fundowanych nam przez przyrodę – nadal ulegamy złudzeniu, że istniejemy poza hologramem wszechświata i że możemy nim zarządzać – „czynić go sobie poddanym”. To tragiczne w skutkach, aroganckie ignorowanie oczywistości tego, że jesteśmy częścią niepodzielnej całości, a zarazem całością, na którą możemy wpływać tylko poprzez to, w jaki sposób sami żyjemy. To jest jedyna możliwość wpływu. Jeśli nasze indywidualne istnienia będą w dalszym ciągu generować dysharmonię w hologramie, to będzie się on musiał radykalnie zresetować – a wtedy nie wiadomo, czy znajdzie się w nim jeszcze miejsce na tak kłopotliwy gatunek, jak człowiek. Ale nie możemy przecież wykluczyć, że zagłada gatunku homo sapiens jest zgodna z dynamiką zmian hologramu wszechświata.

Znany biolog prof. Karpiński – odkrywca inteligencji roślin – uważa, że z punktu widzenia Ziemi jako jednorodnego organizmu zintegrowanego z systemem wszechświata, obecność człowieka na tej planecie jest niezrozumiała i zapewne zupełnie przypadkowa. Być może hologram potrzebował nas do czegoś, czego nigdy nie będziemy w stanie odgadnąć. Może właśnie do tego, aby doprowadzić planetę do kolejnego kryzysu i resetu, albo żebyśmy wyprodukowali ogromne ilości niedegradującego się plastiku, który kiedyś – w niewyobrażalnie dalekiej przyszłości, gdy nas już tu nie będzie – Ziemi na coś się przyda.

Ciekawe do czego?

Nie jesteśmy w stanie sobie tego wyobrazić. Ale – jak już kiedyś o tym pisałem – angażowanie się w ochronę przyrody jest w większości przypadków napędzane egocentrycznymi potrzebami: bezpieczeństwa, przeżycia. Z identycznych pobudek bierze się zachowanie tych z nas, którzy bezpieczeństwa i szansy na długie życie szukają w oddzieleniu od przyrody, w konsumpcji i komforcie energochłonnego miasta. Ziemia, podobnie jak ciało, może mieć dobrego lub złego pana-ego. Oczywiście lepszy dobry pan od złego (choć nierzadko zły po czasie okazuje się dobrym i na odwrót), ale skuteczne rozwiązanie problemu życia na ziemi nie polega na dobrym, ekologicznie wrażliwym panu.

To na czym to polega? Gdzie jest wyjście z tej dwójni. Ponieważ i tu, i tu jest ego.

Wyjście jest w tym, co się nazywa stanem „bez ego”. Ten stan nikogo nie piętnuje i nikogo nie wyklucza. Tylko w tym stanie jesteśmy zdolni dokonywać trafnych, bo nieegocentrycznych, lecz hologramocentrycznych wyborów. To stan, w którym bierzemy odpowiedzialność za wszystko. Wtedy wiemy, że każda myśl, uczucie i działanie, które wypływają z pobudek dbania o siebie, własny komfort, bezpieczeństwo, przetrwanie za wszelką cenę, są szkodliwe dla hologramu. Bo z punktu widzenia kosmosu to wszystko jedno, czy w trosce o własne bezpieczeństwo będziemy chronić lasy i zwalczać myśliwych, czy budować elektrownie atomowe, żeby zasilać miasta i te wszystkie maszyny, które dają nam poczucie komfortu. Bo intencje się liczą. Dla hologramu wszystko jest OK. Nie ma złego i nie ma dobrego. Nie ma ludzi, którzy chcą zaszkodzić i nie ma ludzi, którzy chcą ratować. Wszystko, włącznie z pogubionymi mieszkańcami tej planety, jest złożoną, wiecznie zmieniającą się całością, spójnym organizmem, który zmierza ku czemuś, czego z naszej ograniczonej perspektywy nie jesteśmy w stanie ani zobaczyć, ani pojąć.

Czy przetrwanie życia akurat na naszej planecie mieści się w tym projekcie? Tego nie wie nikt. W każdym razie życie jest zmianą. Tak jak w naszym indywidualnym życiu wszystko się zmienia, tak też się dzieje w makroskali wszechświata. Więc możemy się zwolnić z roli zbawicieli wszechświata, trochę się wyluzować i zająć na poważnie własnym zabawieniem.

Już słyszę gromkie oburzenie wszystkich ekologów, do których dociera, że robią coś niewłaściwego. To, co mówisz, może być zachętą do tego, by cynicznie szkodzić innym oraz planecie. I jednocześnie dbać wyłącznie o siebie.

Ego każdą ideę, która kwestionuje zasadność i prawomocność jego panowania nad światem, przekształci w coś, co będzie służyć jego dalszemu istnieniu. Warto się zastanowić, dlaczego na pięć minut przed końcem świata warto posadzić drzewo. Odpowiedź brzmi: bo zamiast w lęku ratować siebie, dajemy wyraz czystej, nieegocentrycznej intencji ratowania dzikiej przyrody.

Jak to zatem można wykorzystać i włączyć w swoje doświadczenie, by osiągnąć perspektywę wolną od ego, która jednocześnie będzie wolna od tego cynicznego podejścia?

Przestać myśleć w kategoriach opozycji: ja – ciało, umysł – ciało, ja – przyroda, ja – świat, ja – inni.

A na poziomie ciała, co konkretnie można by zrobić, wstając rano z łóżka, przeżywając swój dzień, by ta opozycja się nie utrwalała i nie tworzyła jeszcze większej przepaści?

Całkowicie angażować ciało/umysł w to, co w danej chwili robimy i praktykować jakiś rodzaj cichej, nieruchomej medytacji, żeby złapać właściwy kierunek. Jeśli bowiem zdarzy się nam pracować w sposób, który kłóci się z naszym sumieniem, z naszym wewnętrznym głosem, to angażując się w tę pracę zaszkodzimy sobie prędzej czy później. Więc potrzebne jest jedno i drugie; potrzebne jest pełne zaangażowanie, ale także chwile wycofania, by się wewnętrznie uporządkować i usłyszeć swój wewnętrzny głos. Jeśli ten głos zostanie raz usłyszany, to będzie właściwie kierował naszymi działaniami. Tak więc jeśli mówi nam on wyraźnie: ochraniaj dzikie życie, to róbmy to z zaangażowaniem tak wielkim, żeby zapomnieć o sobie, zgubić ego.

Ja można wyłuskać z tego gąszczu, zamieszania ego, nasz wewnętrzny głos?

Gdy ten głos się pojawia, to łzy wdzięczności leją nam się z oczu i serce się otwiera. Doświadczamy wielkiego współczucia, a jednocześnie wielkiej radości. Tego doświadczenia nie sposób pomylić z niczym innym.

Czyli ten głos nie jest czymś z głowy, to nie jest jakaś myśl, tylko jest to coś cielesnego?

Ani z ciała, ani z umysłu.

Czy w tym procesie, w tej praktyce odkrywania głosu wewnętrznego, jakąś rolę może odgrywać dzika przyroda?

Ciało i dzika przyroda to nie dwa. Można więc powiedzieć, że to dzika przyroda w takiej chwili płacze i serce jej się otwiera się i cieszy się bez umiaru. Wtedy okazuje się też, co trudno nam sobie wyobrazić, że wszystko dzieje się tak, jak powinno.

A co myślisz o takim zdaniu, które kiedyś wypowiedział Thich Nhat Hanh: „usłyszeć w sobie głos płaczącej Ziemi”. Czy w tym jest miejsce na to „wszystko jest OK”.

Oczywiście – to też jest OK. Pięknie oddaje to stary buddyjski poemat „Kwiaty”.

Dziękuję za rozmowę.

Wojciech Eichelberger

Wojciech Eichelberger

Wojciech Eichelberger – psycholog i psychoterapeuta, dyrektor Instytutu Psychoimmunologii. Propagator podejścia integralnego w terapii. Autor i współautor książek, m.in. „Kobieta bez winy i wstydu”, „Zdradzony przez ojca”, „Zatrzymaj się, daj odetchnąć światu”. Publicysta współpracujący z licznymi pismami, m.in. „Zwierciadło”, „Wysokie Obcasy”, „Polityka”, „Gazeta Wyborcza”. Od wielu lat praktykuje buddyzm zen.

Kwiaty

Świat jest kwiatem.

Bogowie są kwiatami.

Oświeceni są kwiatami.

Wszystkie zjawiska są kwiatami;

czerwonymi kwiatami, białymi kwiatami,

zielonymi kwiatami, żółtymi kwiatami,

czarnymi kwiatami.

Wszystkie rodzaje barw kwiatów,

wszystkie kolory promieniejącej miłości.

Życie rozwija się z życia i do życia powraca.

Jakiż niezmierzony wszechświat! Ileż istnień!

Kwiaty cierpienia, kwiaty radości,

kwiaty śmiechu, kwiaty gniewu,

kwiaty nieba, kwiaty piekła.

Każdy związany z innymi,

każdy powoduje wzrost innych.

Gdy okiem naszego prawdziwego umysłu

widzimy ten świat kwiatów,

wszystkie istoty jaśnieją,

muzyka rozbrzmiewa wśród gór i oceanów.

Świat jednego staje się światem milionów.

Jednostka staje się ludzkością,

wszystko co żyje jednostką.

Miliardy luster,

każde odbija się w każdym.

Obłoki formują się na wiele sposobów.

Woda dowolnie zmienia swe kształty

przyjmując kształty naczynia.

W każdej chwili kwiaty zmieniają swe barwy.

Taki żywy świat! I ty tak jasna…

Zrodzona z tych kwiatów,

sama je przecież zrodziłaś.

Początku nie masz ani kresu.

Bez granic jesteś i niezgłębiona.

chociaż pyłem jesteś nieskończenie drobnym…

Wszystkie kwiaty jaśnieją w swej jedyności,

Wszystkie jednoczą się w kolorach tęczy.

Jesteś jednym, jesteś wieloma.

Jedna jest chwila, jedno miejsce.

Tylko i jedynie ty.

Poza tobą nie ma niczego;

tańczysz jawiąc się we wszystkim.

Siedząc w ciszy, tańcem wyrażając wdzięczność,

tańcząc jak wielkie fale, płynąc jak białe chmury;

widzisz siebie widzącą siebie.

Pełna wdzięczności widzisz,

z wdzięcznością jesteś widziana

świat jako ty, ty jako ty,

ty jako aktor, ty jako widzowie,

ty jako podmiot, ty jako przedmiot.

Jesteś wolna i nie jesteś wolna.

Przybyłaś znikąd, zmierzasz do nikąd.

Nie przebywasz nigdzie, nie przywiązana do niczego.

Wszystko masz w swym posiadaniu i niczego nie posiadasz.

Jesteś stawaniem się nie pojmowalnej zmiany.

Jesteś miłością.

Jesteś kwiatem.

Fragmenty adaptacji japońskiego poematu nieznanego autora, zaczerpnięte z książki Philipa Kapleau
pt. „Koło życia i śmierci”, Wydawnictwo „Pusty Obłok”, Warszawa 1986