Miesięcznik Dzikie Życie

3/297 2019 Marzec 2019

Kto ma być pierwszy przy stole?

Prof. Jan Marcin Węsławski

Widziane z morza

Wobec długotrwałego już kryzysu połowów dorsza w Polskiej Strefie Ekonomicznej na Bałtyku, coraz mocniejsze są głosy domagające się znalezienia winnego i naprawy katastrofalnej sytuacji. Jednym z dyżurnych, głównych oskarżonych są foki.

Niewiele zmienia fakt, że obserwowane w Polsce stado to co najmniej 200 sztuk fok (maksymalna liczba osobników obserwowana jednorazowo na Mewiej Łasze) w pobliżu ujścia Wisły (Przekopu), które pustoszy sieci rybackie głównie z łososi i troci. Straty w sieciach rybackich powodowane przez foki nie ograniczają się jednak wyłącznie do obszaru w pobliżu ujścia Wisły, ale są raportowane również w Zachodniej części Zatoki Puckiej oraz na łowiskach wzdłuż Mierzei Wiślanej. Dotyczą one w równym stopniu dorsza, jak i ryb łososiowatych, ale straty w połowach troci i łososi są bardziej bolesne dla indywidualnych rybaków ze względu na wielkość i wartość każdej zniszczonej ryby.


Foka pospolita to jeden z trzech gatunków fok występujących na Bałtyku, jest mniej liczna niż większa od niej foka szara i rzadko się pokazuje w Polsce. Fot. Kajetan Deja

To poważne straty, ale nijak się mają do ogólnie znanych problemów z połowami dorszy. Proponowane rozwiązania wahają się od postulatów całkowitego wytępienia fok do bardziej humanitarnego pozostawienia przy życiu takiej liczby fok „jaka powinna być”. Z prymitywnymi zwolennikami mordowania zwierząt nie ma co rozmawiać, ale zwolennicy „porządku w Naturze” dają możliwość do dyskutowania bardzo interesującego nieporozumienia. Kilka lat temu dwóch wybitnych bałtyckich biologów morza Brian McKenzie i Henn Ojaveer opublikowało bardzo solidny, oparty na analizie wieloletnich danych raport o interakcjach pomiędzy fokami i bałtyckim rybołówstwem, z którego niezbicie wynika, że w ostatnich 100 latach wahania populacji fok i dorszy (bardzo znaczne dla obu gatunków) nie miały ze sobą związku. Foka na Bałtyku jest głównie śledziożercą i z tym gatunkiem rzeczywiście jest związana. Autorzy raportu wykazali, że możliwa odnowa populacji bałtyckiego dorsza zależy od warunków środowiska (temperatura, zasolenie, tlen), a nie od tego czy fok jest dużo czy mało. Wykazali, jakie są możliwe „nadwyżki” produkcji ryb w Bałtyku, z których mogą korzystać rybacy, przy założeniu, że stabilna od lat populacja około 30.000 bałtyckich fok pozostanie na tym poziomie.

W skali Bałtyku proporcja konsumpcji ryb przez foki i człowieka wynosi mniej więcej 1 do 9. Powyższe dane i prognozy zgodne są z powszechnie uznawanym w Unii Europejskiej „Ecosystem Based Management”, czyli z założeniem że z naturalnych ekosystemów (morza i oceany) człowiek może zebrać tyle, ile pozostawią do wzięcia inni użytkownicy. Okazało się jednak, że takie argumenty i liczby nie przekonują „człowieka”, który uważa, że zadowolenie się tym, co pozostawią mu do zebrania dzikie zwierzęta jest nie do zaakceptowania i chce odwrócenia kolejności siadania przy stole. Najpierw połowy – takie, żeby nie wytępić stada ryb, a potem – jeżeli coś zostanie – niech sobie zjedzą foki. Takie rozumowanie ma dwie poważne wady – apetyt człowieka jest nieograniczony, i jeżeli będzie hamowany tylko koniecznością pozostawienia minimalnej liczby ryb do odnowienia stada, to wyliczanie, ile możemy zostawić fok na Bałtyku nie ma sensu – bo zawsze ich będzie o jedną za dużo. Druga wada, to plastyczność dużych, inteligentnych zwierząt – foki to morskie psy, uczą się szybko korzystania z karmników przy sieciach, zmieniają dietę ze śledzia na łososia, jeżeli mają go podanego na tacy, a jak trzeba, będą jadły cokolwiek, co zapewni im przetrwanie. Rozsądne wydaje się podejście szwedzkie – płoszenie lub zabijanie tych fok, które nauczyły się plądrować sieci – ale tylko tych, pozostawiając w spokoju osobniki, które omijają ludzkie karmniki. Zabijanie fok dla samej redukcji konkurencji o ryby nic nie da – tak samo jak bezsensowne było zabijanie dzików w polskim wydaniu walki z Afrykańskim Pomorem Świń, gdzie zamiast zabijać zarażone stada na izolowanej przestrzeni, wprowadzono powszechne strzelanie i płoszenie dzików z pozostawianiem padliny i resztek, powodując rozprzestrzenienie się choroby.

Prof. Jan Marcin Węsławski