Miesięcznik Dzikie Życie

2/308 2020 Luty 2020

Utrzymaj dystans

Prof. Jan Marcin Węsławski

Widziane z morza

Dostałem od znajomego leśniczego bardzo cenną informację – powiedział mi, gdzie na niedalekim bagnie jest wykrot z legowiskiem wilków. Byłem zachwycony, że populacja wilków w Borach Tucholskich utrzymuje się od lat na stałym poziomie. Staram się śledzić obecność wilków w lasach, szukam tropów, fotografuję resztki po ich polowaniach, ale co łatwo zgadnąć nigdy nie udało mi się zobaczyć wilka w naturze. Mało tego – nigdy nie pójdę do tego wykrotu na bagnach i będą go omijał z daleka. Wystarczy mi świadomość, że gdzieś niedaleko jest dzikie miejsce, a jego wartość polega na tym, że nikt tam nie zagląda.

Wielkie drapieżniki i wiele innych gatunków charyzmatycznych, obecnych w świadomości społecznej są dziś zepchnięte na obszary zmniejszone do granic ich możliwości przetrwania. Niewiele dużych gatunków potrafi dostosować się do obecności człowieka – czasem jest to tylko trochę kłopotliwe, jak uchatki na wybrzeżach Pacyfiku, które niegdyś krytycznie zagrożone, dziś pospolicie wylegują się przy publicznych plażach czy na pomostach marin. W przypadku niedźwiedzi, ich przyzwyczajenie do człowieka niestety zawsze doprowadza do poważnego konfliktu. Czarny czy brunatny niedźwiedź w Ameryce Północnej podchodząc do ludzi najczęściej szuka łatwego pokarmu – resztek naszego jedzenia. Najczęściej daje się przepłoszyć, ale średnio co roku dochodzi do jednego śmiertelnego wypadku – to tylko ułamek promila spotkań z niedźwiedziami w Ameryce, ale przypomina o zasadzie – keep your distance.

Obrazek

Kolonia fok pospolitych na wybrzeżu Spitsbergenu. Do tych zwierząt akurat można podejść dość blisko, ale trzeba to robić uważnie, żeby ich nie płoszyć. Łatwo zrobi to kilkuosobowa grupa, ale wycieczka 150 miłośników fok? Fot. Jan Marcin Węsławski

Przyroda nie jest cała dla nas, niezależnie od tego czy chcemy ją zjadać, skórować i rąbać, czy tylko przytulać i głaskać. Ta prosta zasada jest jednym z głównych powodów konfliktu pomiędzy świadomymi obrońcami przyrody i wrażliwymi ludźmi, którzy chcieliby bezpośrednio doświadczyć tego, co na co dzień oglądają na filmach przyrodniczych. Ten konflikt nie ma narodowości – ale mam pecha, że moje doświadczenia dotyczą głównie holenderskich przewodników ekologicznych wycieczek do Arktyki. Ich główny argument to zawsze kasa – ich klienci płacą pieniądze za obejrzenie i tym samym za ochronę przyrody. Gdyby nie publiczne zainteresowanie, trudniej byłoby chronić gatunki i unikalne krajobrazy. Kłopot w tym, że liczba zamożnych i zainteresowanych przyrodą ludzi rośnie w postępie geometrycznym. Najdziwniejsze, że problem skracania dystansu dotyczy też ludzi. Na łatwo dostępnym Spitsbergenie, odwiedzanym przez blisko 100 tys. turystów rocznie, władze norweskie utrzymują system licencjonowanych traperów – zwykle samotnych mężczyzn, którzy w odległych chatkach rozrzuconych po wielkim archipelagu Svalbard mogą przez rok polować na lisy polarne, pardwy, renifery i foki. Tych licencji jest nie więcej niż pięć (!) na obszar wielkości jednej czwartej Polski. Zwykle rocznie są wykorzystywane nie więcej niż 2-3 licencje.

Od 40 lat stałym traperem rezydentem na Svalbardzie na Przylądku Kapp Wijk w Isfjordzie jest Harald Solheim. To jedyna, używana chata traperska w zasięgu przeciętnego statku wycieczkowego. Pozostałe położone są w trudno dostępnych lub chronionych obszarach, gdzie praktycznie, poza urzędnikami Gubernatora i naukowcami, nikt nie dociera. Chata Haralda położona jest w pięknej okolicy, łatwo dostępnej z lądu i morza. On sam znalazł się na niezliczonych reklamach „wędrówek po dzikiej Przyrodzie” i jest wymieniany jako jedna z atrakcji rejonu. Ci, którzy go znają, wiedzą, że nie zależy mu na popularności, wybrał świadomie życie na odludziu, a jeżeli chce towarzystwa, to co jakiś czas przypływa łodzią do jedynego miasta na Svalbardzie – Longyearbyen. Zwykła uważność, nie mówiąc o powszechnie zrozumiałym w Skandynawii szacunku dla cudzej prywatności, mówi że nie należy obrać sobie za cel wycieczki chaty Haralda, fotografować go czy zagadywać. Na próżno, w internecie sporo jest relacji z polarnych wycieczek, których uczestnicy chwalą się, że widzieli „ostatniego polarnego trapera”. Bywały już ostre wymiany zdań, podobno nawet grożenie bronią, kiedy traper starał się odstręczyć gości od podchodzenia do jego domu. Sprawa wydaje się przegrana.

Unikalne poczucie izolacji i samotności zostało zniszczone. Jeżeli potrafimy to zrozumieć w odniesieniu do człowieka, przenieśmy ten szacunek na dzikie zwierzęta, które nie życzą sobie naszej nachalnej obecności. Przytulajmy się do brzozy, bo jej to nie zaszkodzi, ale ręce precz od wilka.

Prof. Jan Marcin Węsławski