DZIKIE ŻYCIE

Trudna sztuka nic-nie-robienia

Jan Marcin Węsławski

Widziane z morza

W październiku tego roku w Chinach, planowana jest kolejna światowa sesja Konwencji o Różnorodności Biologicznej pod egidą ONZ. Konwencja będzie miała trudne zadanie zmierzenia się nie tylko z fiaskiem dwóch poprzednich deklaracji o powstrzymaniu spadku bioróżnorodności (deklarowane na 2010 i 2020 r.), ale również ze spodziewanym starciem dwóch wielkich „narracji” w obronie Przyrody, czyli idei „Pół Ziemi” (Half Earth) z ideą „Wspólna Ziemia” (Sharing the Planet). Interesujący przegląd dotychczasowej debaty można znaleźć w dostępnym dokumencie „Narratives for the »Half Earth« and »Sharing The Planet« scenarios”1.

Streszczając problem – zwolennicy strategii HE koncentrują się na wartości dzikich obszarów i naturalnego krajobrazu – bez kontekstu ich użyteczności dla człowieka, zakładają też, że na obszarach użytkowanych nowoczesne rolnictwo z zastosowaniem biotechnologii pozwoli wykarmić rosnącą populację ludzi. Zwolennicy strategii SP podkreślają, że straty w rolnictwie mogą sięgnąć nawet 20% wytwarzanych kalorii i że najbardziej dotknięte mogą zostać obszary najbardziej tradycyjne gdzie trudno będzie rozwinąć nowoczesne rolnictwo. Zamiast tego lepiej ocalić różnorodność biologiczną przez koegzystencję, ekorolnictwo, ekstensywne użytkowanie ziemi i postawienie na pierwszym miejscu na usługi ekosystemowe ważne dla człowieka.


Niemal naturalna plaża między Sopotem i Gdynią. Pytanie ważne dla administracji terenowej „jak chronić taki obszar?”. Odpowiedź: nic nie robić, nie pozwalać na zabudowę, zostawić szeroki pas wolny od infrastruktury – parkingów, dróg, i punktów usługowych. Człowiek z psem czy koniem nie zrobi szkód w takim ekosystemie. Buldożer i beton jak najbardziej. Fot. Jan Marcin Węsławski
Niemal naturalna plaża między Sopotem i Gdynią. Pytanie ważne dla administracji terenowej „jak chronić taki obszar?”. Odpowiedź: nic nie robić, nie pozwalać na zabudowę, zostawić szeroki pas wolny od infrastruktury – parkingów, dróg, i punktów usługowych. Człowiek z psem czy koniem nie zrobi szkód w takim ekosystemie. Buldożer i beton jak najbardziej. Fot. Jan Marcin Węsławski

Na poparcie lub obalenie powyższych teorii ukazało się już grubo ponad 2000 naukowych publikacji, ale ogromna większość koncentruje się na ekosystemach lądowych (często też na wyspach oceanicznych), choć wielu autorów podkreśla „tak, mamy też morze i ono stanowi 75% powierzchni planety”.

Takie skupienie się na lądach jest oczywiste, z powodu naszego doświadczenia i faktu, że ochrona środowisk lądowych pociąga za sobą lawinę konsekwencji – od spraw własności gruntów, przez odpowiednie systemy kontroli i inwestycje. Wreszcie w tym przypadku widać możliwy efekt aktywności w ochronie ekosystemu lądowego – na odpowiednio dużym obszarze, chronionym przed ingerencją ludzką, nadzorowanym i kontrolowanym można utrzymać znaczącą liczbę gatunków.

W morzu taka strategia jest stosowana na płytkich przybrzeżnych obszarach – wokół wysp, na rafach koralowych – i właściwie jest kopią rozwiązań stosowanych na lądzie przy powoływaniu Parków Narodowych. Ale wody płytkie to tylko cieniutka wstążka wokół lądów, a ogromny światowy Ocean to nie tylko wielka powierzchnia Planety, ale i trzeci wymiar, czyli głębokość (średnia dla oceanu to 3500 m). Gatunki morskie nie mają praktycznie fizycznych barier, nie grozi im, tak jak gatunkom lądowym, fragmentacja siedlisk, za to potrzebują wielkich przestrzeni – znacznie większych niż jesteśmy skłonni im zadeklarować. Znaczna część gatunków morskich (powyżej 20%) to gatunki kosmopolityczne lub tzw. „szeroko rozmieszczone”, czyli wędrujące przez cały ocean z północy na południe i ze wschodu na zachód. Nie da się zrobić nawet wielkiego rezerwatu dla wielorybów, drapieżnych ryb pelagicznych jak marliny czy tuńczyki, nie wspominając o faunie głębinowej. Tu rozsądna strategia to wycofanie się: nie polowanie, nie łowienie zagrożonych gatunków, nie wprowadzanie ciężkiego przemysłu na ocean. Praktycznie wystarczy nic-nie-robienie (pod warunkiem, że nie będziemy zanieczyszczać mórz i pilnować piratów rybackich). Najlepsza ochrona brzegu morskiego to nie walka z erozją, tylko wycofanie się i nic-nie-robienie. Jest na to elegancki nowy termin „Nature Based Solutions”, czyli rozwiązania oparte na naturze. Takie podejście jest jednak bardzo niepopularne wśród administracji na całym świecie, która chce wykazać się działaniem. O ile w przypadku lądu jestem za strategią oddania dzikości Połowy Ziemi, to wygląda na to, że na morzu jesteśmy w stanie podzielić się z Przyrodą – pod warunkiem ograniczenia zbędnej aktywności.

Prof. Jan Marcin Węsławski

1. pbl.nl/en/publications/narratives-for-the-“half-earth”-and-“sharing-the-planet”-scenarios