DZIKIE ŻYCIE

Więcej ludzi, więcej spotkań z drapieżnikami

Jan Marcin Węsławski

Widziane z morza

Wypadek polskiego jachtu z końca października 2023 r. przywołał w polskich mediach znaną od kilkunastu lat sprawę ataków orek na jachty w rejonie hiszpańskiego wybrzeża Atlantyku i Morza Śródziemnego. Takich ataków (tylko że ten „polski” skończył się zatonięciem jachtu) zanotowano ponad setkę – wszystkie w tym rejonie. Wiele wskazuje na to, że mamy do czynienia z jednym stadem (grupą rodzinną) orek, które wybrały sobie taką dziwną rozrywkę.

Od dawna znany jest fakt, że poszczególne grupy orek uczą się specyficznych technik, pozwalających im polować na wybrany rodzaj ofiar. Do typowych należą orki z Argentyny, które nauczyły się wjeżdżać z falą na plażę, żeby porwać z brzegu uchatki, czy orki z wybrzeży Alaski polujące na wale szare. Inne grupy specjalizują się w łowieniu łososi, śledzi czy polowaniu na foki przez przechylanie kry z odpoczywającą na niej foką. Ten wielki inteligentny drapieżnik ma całą gamę zachowań do dyspozycji, więc pojedyncze ataki na różne rodzaje zdobyczy zdarzają się na całym świecie, ale to wyspecjalizowane grupy są najlepiej znane. Trudno wyjaśnić ataki na jachty, które prawie zawsze skierowane są na ster. Ataki te nie wiążą się z pozyskaniem zdobyczy. Prawdopodobnie to demonstracja siły – przeganianie konkurenta z rejonu własnych polowań (tak jak szczupak najczęściej atakuje błystkę nie po to, żeby ją zjeść, tylko żeby przegonić natręta).

Odpoczywający za wałem burzowym na plaży na Spitsbergenie niedźwiedź nie spotka myśliwego, ale kilkudziesięciu turystów prawie na pewno. Fot. Kajetan Deja
Odpoczywający za wałem burzowym na plaży na Spitsbergenie niedźwiedź nie spotka myśliwego, ale kilkudziesięciu turystów prawie na pewno. Fot. Kajetan Deja

Problem konfliktu orki – jachty ma szerszy kontekst. Ochrona gatunkowa charyzmatycznych zwierząt (głównie dużych drapieżników) daje efekty. Wiele zagrożonych krytycznie populacji odradza się, ale ich obszar występowania, z związku z ekspansją człowieka, się kurczy. Liczba turystów chcących dziś oglądać niedźwiedzie polarne sięga rocznie kilkudziesięciu tysięcy, co w porównaniu ze śmiertelnie niebezpiecznym spotkaniem z myśliwym (polowało ich w latach 70. XX wieku w Arktyce poniżej 200 rocznie) jest ogromną zmianą i spotkanie z człowiekiem staje się dla polarnego niedźwiedzia zwykłym doświadczeniem. Tyle, że teraz dzikie zwierzę ma przeciwko sobie nie tylko pojedynczego maniaka z bronią, ale cały aparat opiekuńczego państwa. Niedźwiedź, który szczęśliwie uniknął kuli myśliwego, jeżeli został uznany przez administrację za potencjalne niebezpieczeństwo dla ludzi, będzie tropiony przy użyciu najnowszych technik – przez „służby”, helikoptery, łodzie, satelity i ma minimalne szanse powrotu do normalnego życia.

Nagłośnione przez media przypadki „konfliktowych” osobników kończą się zawsze tak samo: odstrzałem wilka, niedźwiedzia czy innego dużego zwierzęcia, które miało pecha spotkać na swej drodze człowieka. To nie tak, że drapieżnik będzie dla nas miły jeżeli my będziemy mili dla niego. Bez emocji postara się nas zabić – ze strachu, z potrzeby obrony terytorium, swego stada, z głodu lub ciekawości. To od naszego dużego rozumu zależy, czy wiemy jak się zachowywać, żeby uniknąć niebezpiecznych spotkań. Czy będziemy potrafili zachować te wielkie i piękne, ale niebezpieczne zwierzęta, nie łudząc się, że nadejdzie czas gdy „lew legnie obok baranka”, bo jak to ktoś skomentował: „da się to zrobić, pod warunkiem regularnej dostawy nowych baranków”.

Jan Marcin Węsławski