DZIKIE ŻYCIE

Choinki umierają świecąc

Barbara Ewa Wojtaszek

Obrazki pozaludzkie

„Jesienią, jesienią, igły nam się zielenią” – zaszumiała od góry Mama Jodła. Grudniowy, wieczorny pędziwiatr wpadł też pomiędzy nas, młode jodełki rosnące dookoła i żwawo zawiewał, to z boków, to od dołu. Na tyle mocny, że rozchwiał mi gałązki, ale nie na tyle silny, żeby poruszyć mój pień.

Taka pora jest najlepsza na wieczorne opowieści i wspominanie tego, co było, żeby przygotować się na to, co będzie. A będzie to zaledwie dziesiąta moja zima, następująca po mojej dziesiątej wiośnie, lecie i jesieni. Chociaż sama nie wiem, jak liczyć zimę zero, kiedy byłam nasionkiem zagrzebanym w leśnej ściółce i czekałam na ciepło i światło? Niby nic się wtedy ze mną nie działo, a jednak działo się, oj działo!

Zimowa jodła. Fot. Ryszard Kulik
Zimowa jodła. Fot. Ryszard Kulik

W zwolnionym tempie hibernowałam, schładzałam się, hamowałam hormony wzrostu, dopóki nie poczułam prawdziwego wiosennego ciepełka przez kilkanaście dni z rzędu.

A wtedy – woda! Słońce! Ruch! Najpierw wypuściłam cieniutki, nieśmiały korzonek w dół, a zaraz potem nieco grubszy, zielony kiełek do góry. To był roz-pęd! Z ciemności i wilgoci wydobyłam się na powierzchnię, poczułam niebieskie i czerwone światło promieniowania fotosyntetycznego czynnego oraz mieszaninę gazów w powietrzu. Miała naprawdę dobre proporcje, 78% azotu, 21% tlenu, niecały 1% argonu i dwutlenku węgla. Bardzo mi to wszystko smakowało, odpowiednia ilość CO2 i pary wodnej, polane słonecznym syropem.

Tymczasem moje bladobrązowe korzonki radośnie pozwoliły się oplatać strzępkom grzybni i już po kilkunastu dniach miałam porządną, gęstą opilśń. Do dzisiaj ta grzybowa mufka wspaniale łączy się z moimi włośnikami, pomaga pobierać gruntową H2O i pyszne pierwiastki: P, N, Cu, Zn. Bez niej nie urosłabym na moje 2 metry i nie byłabym taka odporna. Dlatego bardzo chętnie wysyłam tam w dół glukozę, niech moim grzybkom rośnie poziom cukru na zdrowie!

O, Mama Jodła znowu zaszumiała opowieść o swoich przodkiniach. 35-metrowa Babcia Lasumiła może nie jest najwyższa, ale za to ma 5,19 m w biuście! To już całkiem niedużo jej brakuje do legendarnej Grubej Jodły, co to miała obwód pierśnicy 6,76 metrów. A moja szyszka rozpadła się i wysypała mnie dokładnie 100 lat po jej powaleniu, dlatego marzę sobie, że jak tak rosnę i rosnę, to ją przyrostami rocznymi przerosnę!

A jak księżyc przyrósł w tym miesiącu, to chyba pełnia skoro srebrzysty blask przecisnął się nawet do mnie, na moje igiełki. Czyżby zapowiadał śnieg? Ojej, ojej, mój palowy korzeń odbiera dudnienie innych korzeni, które przekazują, że coś się zbliża, coś nadchodzi! Czy to jeleń z apetytem na moją korę i łyko?

Gorzej, to człowiek z piłą i siekierą! O Mamo Jodło, boję się! Zimny metal piły na mojej korze, coraz mocniejsze drgania, jęk łańcucha przecinającego po kolei korę, łyko, miazgę, biel, twardziel... aż dochodzi do samego rdzenia! Czuję, jak zalewa mnie kwas abscysynowy, z tkanek wypływa woda i soki, nie czuję już połączenia z korzeniem i grzybnią, a mój pień przechyla się coraz bardziej, wierzchołkiem zakreślam łuk w powietrzu i spadam, upadam na ziemię, łamią mi się gałązki i zrywa kontakt ze światem, moim światem. Czy tak właśnie wygląda śmierć?

***

Po pierwszym szoku odcięcia od korzeni i oderwania od mojej drzewnej rodziny coś postawiło mnie do pionu i poczułam słabiej niż zwykle, ale jednak, światło i ciepło. Gorąco wręcz, jak w samym środku lata.

Zimowy las. Fot. Ryszard Kulik
Zimowy las. Fot. Ryszard Kulik

Gorące nieruchome powietrze, bez wiatru, za to z większą ilością CO2. Co mi z tego, skoro nie działa osmoza, nie mam przepływu wody, a to światło wcale nie jest słońcem. I to okrutne poczucie samotności, żadnych fitohormonów, fitoncydów ani śladu obecności innych drzew, brak zapachu ściółki, brak przestrzeni wokół mnie, uczucie zamknięcia w czterech betonowych ścianach. Gdzie ja jestem? Co się teraz ze mną stanie?

Odpowiedź przyszła szybko, razem z ludźmi. Kilkoro z nich, wszyscy niżsi ode mnie, za to swobodnie przemieszczający się dookoła mnie, w niezrozumiałej krzątaninie. Poczułam dziwne mrowienie na gałązkach, dotyk sznureczków, metalowych kulek, słomianych figurek, celofanowych owijek, a w końcu oplatających mnie plastikowych kabli z wystającymi szklanymi jakby-świeczkami. Jeden człowiek wetknął końcówkę kabla do ściany i jakby-świeczki rozbłysły wszystkimi kolorami tęczy. Wtedy wszyscy pozostali wydali okrzyk podziwu, a ci najniżsi zawołali: „Choinko piękna jak las, choinko zostań wśród nas!”.

A ja powoli zamierałam i coraz słabiej słyszałam. Czasem nic się nie działo wokół mnie, a momentami dla kontrastu było dużo dźwięków, zapachów, tłoczenia się dzieci pode mną, szarpania za gałązki. Po dwudziestu kilku cyklach światła i ciemności, kiedy coraz więcej igieł brązowiało, usychało i spadało, poczułam ostatnie ruchy wokół mnie. Zniknęły kable, owijki, figurki, kulki i sznureczki. Znowu przechylono mnie do poziomu, antygeotropicznie, gdzieś ciągnięto, gdzieś niesiono, żeby na koniec cisnąć mnie do śmietnika. Suche, połamane gałązki. Martwiejąca od zewnątrz i od wewnątrz. Samotna, zdezynfekowana. Tak właśnie wygląda śmierć.

Barbara Ewa Wojtaszek

Barbara Ewa Wojtaszek – edukatorka (głęboko)ekologiczna, absolwentka Szkoły Ekopoetyki, prezeska zarządu Fundacji Klub Myśli Ekologicznej, kotrenerka Szkoły Integralnej Ekopsychologii SIE oraz Szkoły Trenerskiej Ekopsychologii STEP.