DZIKIE ŻYCIE

COP30 – 10 lat po Paryżu. Ochrona klimatu w niedoskonałym świecie

Urszula Stefanowicz

Szczyt klimatyczny w brazylijskim Belém miał być szczytem ludzi i natury, szczytem wdrożeniowym i adaptacji, albo sprawiedliwej transformacji, lasów, lub prawdy, zależnie od tego, kto dzielił się oczekiwaniami. Zaczął się od nadziei na pozytywną zmianę po poprzednich szczytach w państwach silnie zależnych od paliw kopalnych, skończył doczołganiem się do mety z niewielkimi postępami. I ulgą, że w świecie głęboko podzielonym i targanym konfliktami państwa nadal zgadzają się co do konieczności działań na rzecz klimatu i ich finansowania na tyle, by podejmować w tych sprawach wspólne decyzje.

Po raz pierwszy w już ponad 30-letniej historii rozmów klimatycznych ONZ tegoroczne negocjacje w Belém odbywały się w kontekście wydanej w tym roku przełomowej opinii doradczej Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości1. Trybunał wskazał, co kraje muszą zrobić, aby stawić czoła kryzysowi klimatycznemu zgodnie z prawem międzynarodowym, oraz jakie są konsekwencje prawne niewywiązania się z tych obowiązków. Choć jest to opinia, a nie wiążące orzeczenie, to przekształca polityczne wybory, które mogą być podyktowane bieżącą kalkulacją poparcia, w obowiązki, które mogą być egzekwowane na drodze sądowej.

Członkowie społeczeństwa obywatelskiego podczas People’s Plenary. Fot. Klara Worth, © UN Climate Change
Członkowie społeczeństwa obywatelskiego podczas People’s Plenary. Fot. Klara Worth, © UN Climate Change

Jednocześnie był to pierwszy COP bez Stanów Zjednoczonych, na co reakcje innych światowych decydentów i wielu komentatorów procesu były chyba nieco histeryczne. Choć nieobecne, USA były w stanie wpłynąć na rozmowy w Belém w sposób zdecydowanie niekorzystny. Decyzje prezydenta Donalda Trumpa zachęciły inne państwa oporne zdecydowanym działaniom na rzecz klimatu, jak Arabia Saudyjska czy Rosja, do bardziej jawnego blokowania postępów. W kuluarach mówiło się o naciskach wywieranych poprzez USA w ostatnim czasie na inne państwa, mających na celu osłabienie ich polityk klimatycznych pod groźbą między innymi wrogich narzędzi handlowych. Istotny jest też wpływ znikającej wraz ze Stanami części finansowania potrzebnego na ograniczanie emisji, adaptację, radzenie sobie ze stratami i szkodami związanymi ze zmianą klimatu, a także na samo funkcjonowanie Sekretariatu UNFCCC.

Mimo wszystko znaczenia USA nie należy też przeceniać. Owszem, jest jednym z największych emitentów z ogromnym wpływem na światową politykę, ale nadal odpowiadają za 11,11% światowych emisji, a nie za 100%. Choć ich historyczna odpowiedzialność jest większa, to teraz Chiny emitują najwięcej, bo ich udział w światowych emisjach to nieco ponad 29%. Kolejne na liście są Indie – 8,22, UE-27 – 5,95%, Rosja – 4,84% i Indonezja – 2,49%. Nadal jednak wszystkie te kraje łącznie odpowiadają za nieco ponad 60% emisji. Pozostałe blisko 40% składa się z pojedynczych procentów i ułamków procentów. Koniec końców do osiągnięcia celów Porozumienia paryskiego i zapewnienia nam bezpieczeństwa działać muszą wszystkie.

Obstrukcja USA ma duże znaczenie, ale też ich podejście do polityki klimatycznej zawsze było chwiejne. Amerykanie istotnie wpłynęli na kształt Protokołu z Kioto, a później go nie ratyfikowali. Z Porozumienia paryskiego już raz się wycofali. Nie ma więc co polegać na polityce federalnej USA. Nie oznacza to jednak braku działań, o czym zapewniali obecni na COP-ie gubernatorzy, burmistrzowie i inni przedstawiciele poszczególnych stanów i metropolii Ameryki.

Jakie efekty COP30?

W Belém udało się utworzenie Mechanizmu Działania z Belém na rzecz Sprawiedliwej Transformacji. Społeczeństwo obywatelskie walczyło o ten mechanizm od dawna. Powinien zapewnić ramy dla działań klimatycznych skoncentrowanych na ludziach, opartych na prawach człowieka, uwzględniających m.in. ochronę dialogu społecznego, równość płci, potrzeby ludów rdzennych, a także prawo do czystego środowiska i zasadę równości międzypokoleniowej...

Jednak pozostałe efekty są dalekie od oczekiwań. Ujęte w podstawowej decyzji COP-u – nazwanej „globalnym mutirão” (co oznacza do ludzi pracujących razem nad wspólnym celem, w duchu wspólnotowym) – zapisy w sprawie finansowania adaptacji są słabe. Obejmują zobowiązanie do potrojenia środków, ale zapisy są nieprecyzyjne, brak jasno określonego poziomu wyjściowego, ani wskazania, kto ma płacić, a realizacja jest opóźniona do 2035 r. Pozostawia to społeczności na pierwszej linii kryzysu klimatycznego w sytuacji równie trudnej, co przed COP30. Przyjęto też tylko 59 z potencjalnych 100 wskaźników mających służyć do śledzenia postępów w adaptacji – te, których wykorzystanie nie tworzy nowych zobowiązań finansowych.

Nie wskazano jasnej drogi do zasypania przepaści między przedstawianymi przez państwa planami i celami (NDC) a tym, co potrzebne. W mutirão zabrakło kluczowych słów potwierdzających wprost wolę odejścia od paliw kopalnych. Niejasne odniesienie do przyspieszenia wdrażania NDC z uwzględnieniem Konsensusu ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich (UAE Consensus) jest zbyt słabe i pośrednie. Nie ma mowy o mapie drogowej odejścia od paliw kopalnych, ani o mapie drogowej ograniczenia wylesiania, choć poza negocjacjami UNFCCC pojawiły się deklaracje w tym zakresie.

Podjęcie prac nad mapą drogową dotyczącą wylesiania pod koniec COP-u popierało ponad 90 krajów, ale wzmianka o ministerialnym okrągłym stole, który miałby się nad tym pochylić pojawiła się w jednej z wersji decyzji mutirão tylko na chwilę. Wersja końcowa wspomina jedynie o konieczności zatrzymania i odwrócenia wylesiania. W ten sposób jedynym istotnym efektem COP30 jeśli chodzi o lasy stał się utworzony z inicjatywy Brazylii nowy fundusz leśny, Tropical Forest Forever Facility, który ma stać się największym w historii mechanizmem finansowania ochrony lasów2.

Świętowanie sukcesu po przyjęciu Porozumienia paryskiego. Fot. Hajü Staudt, UN Climate Change
Świętowanie sukcesu po przyjęciu Porozumienia paryskiego. Fot. Hajü Staudt, UN Climate Change

Jeśli chodzi o mapę drogową odejścia od paliw kopalnych, wiele delegacji domagało się prac nad nią, grupy państw wysyłały listy do prezydencji COP-u, organizowały konferencje prasowe przedstawiając deklaracje odchodzenia od paliw kopalnych. Unia Europejska ostatecznie też poparła to dążenie – po początkowym wahaniu, z powodu oporu ze strony Polski i Włoch. Pod koniec COP-u Kolumbia i Holandia ogłosiły, że będą współgospodarzami pierwszej międzynarodowej konferencji3 poświęconej odejściu od paliw kopalnych, która odbędzie się w dniach 28-29 kwietnia 2026 r. w kolumbijskim mieście Santa Marta. Ostatecznie w decyzji mutirão żadne zapisy dotyczące mapy drogowej w tym zakresie się nie pojawiły. Prezydent COP30 Corrêa do Lago zamykając szczyt ogłosił tylko, że prezydencja przedstawi dwie mapy drogowe dotyczące odejścia od paliw kopalnych i wylesiania na następnym szczycie, ale będą one zaproponowane poza formalnym procesem negocjacji, w powiązaniu z wynikami konferencji organizowanej w Kolumbii. Część ekspertów komentujących przebieg rozmów widzi w tym pozytywny sygnał – tego, że jest wiele krajów chcących iść dalej, niezależnie od oporu hamulcowych. Inni obawiają się, że to dowód na to, że proces negocjacji klimatycznych w ramach ONZ, w obliczu pogłębiających się podziałów i konfliktów światowej polityki, zaczyna się rozpadać.

Coraz wyraźniej słychać zresztą wezwania do reformy procesu, obciążonego skalą tematyki, liczbą uczestników, w tym liczbą lobbystów na rzecz branż związanych z paliwami kopalnymi i przemysłowym rolnictwem. Organizacja Kick Big Polluters Out szacuje, że na konferencji w Belém było obecnych ponad 1600 lobbystów reprezentujących branżę paliw kopalnych4. W obliczu narastającej dezinformacji klimatycznej organizacje apelują o wpisanie w zasady negocjacji integralności informacyjnej5, tak by podejmowane decyzje były oparte na faktach.

Gdzie jesteśmy?

COP30 był kolejnym momentem weryfikacji woli politycznej stron Porozumienia paryskiego do działania na rzecz ochrony klimatu. Przed szczytem Sekretariat UNFCCC przedstawiał raport podsumowujący przedstawione przez państwa aktualizacje planów działania – wkładów krajowych (Nationally Determined Contributions, NDC), który był jeszcze w trakcie COP30 aktualizowany. I łatwo można z niego wywnioskować, że potrzebna jest korekta „kursu”. Państwa nadal robią za mało.

Potwierdza to także Program ONZ ds. Środowiska (UNEP). W najnowszym raporcie „Emissions Gap Report 2025: Off Target”6 opublikowanym na parę dni przed COP30, więc opartym o nieco wcześniejsze dane niż ocena Sekretariatu UNFCCC, wykazano tylko niewielką poprawę. Przy pełnej realizacji NDC przewidywany jest wzrost średniej globalnej temperatury o 2,3–2,5 °C, w porównaniu z 2,6–2,8 °C w zeszłorocznym raporcie. Wycofanie się USA z Porozumienia paryskiego dodaje do tych tegorocznych szacunków wzrost o kolejne 0,1 °C. Samo wdrożenie wyłącznie obecnie obowiązujących w poszczególnych państwach polityk doprowadziłoby do ocieplenia w przybliżeniu o 2,8 °C, w porównaniu z 3,1 °C w zeszłym roku. Stało się jasne, że średni wzrost globalnej temperatury w ciągu najbliższych dziesięcioleci przekroczy 1,5 °C, przynajmniej tymczasowo. Trudno będzie to odwrócić – konieczne będą szybsze i pogłębione działania ograniczające emisje i zwiększające ich pochłanianie, aby to przekroczenie było jak najmniejsze i jak najkrótsze. Każdy ułamek stopnia ma znaczenie dla zmniejszenia skali szkód dla społeczności i gospodarek na całym świecie. Jednocześnie autorzy podkreślają, że skuteczna redukcja pozwoli uniknąć nadmiernego uzależnienia naszej przyszłości od wysoce niepewnych metod usuwania dwutlenku węgla z atmosfery.

A jednak Porozumienie działa

Z drugiej strony szacowany efekt realizacji 86 planów zgłoszonych przez 113 państw (niestety nie przez wszystkie, które to zrobić powinny), to obniżenie całkowitej emisji gazów cieplarnianych o 12%, w 2035 r. w porównaniu z 2019 r.7 Dla porównania, przed przyjęciem Porozumienia paryskiego przewidywano wzrost emisji do 2035 r. o 20–48%. Potwierdza to jego skuteczność. Jest realna szansa na realizację podstawowego założenia, które przyjęto w Paryżu – że w ramach nowego traktatu cele będą cyklicznie wzmacniane.

Wiemy też, że dotychczasowe działania przynoszą efekty, ponieważ według Global Carbon Budget całkowita emisja CO2 spowodowana działalnością człowieka – suma emisji pochodzących ze spalania paliw kopalnych i zmian użytkowania gruntów – rosła w ostatnim dziesięcioleciu wolniej (średnio o 0,3% rocznie) w porównaniu z poprzednim dziesięcioleciem (1,9% rocznie)8. Międzynarodowa polityka klimatyczna jest tu ważnym czynnikiem mobilizującym. Bezpośrednią przyczyną ograniczenia wzrostu emisji są zmiany w globalnym systemie energetycznym, ale te zmiany są w dużym stopniu powiązane z podejmowaniem świadomych wysiłków na rzecz ochrony klimatu. Problemem jest ciągły wzrost zapotrzebowania na energię, który oznacza, że nowe odnawialne źródła energii jak dotąd raczej uzupełniają paliwa kopalne niż je zastępują.

Tak więc Porozumienie paryskie działa, bo wiemy, że sytuacja byłaby znacząco gorsza bez niego. Nawet, jeśli do doskonałego działania jest daleko, to i Porozumienie, i proces negocjacji klimatycznych w ramach ONZ są nadal potrzebne.

Przemówienie Baracka Obamy podczas Paris2015. Fot. UNclimatechange
Przemówienie Baracka Obamy podczas Paris2015. Fot. UNclimatechange

Wiele małych kroków

Rozczarowanie efektami kolejnych szczytów jest zrozumiałe, ale przynajmniej w części wynika też z rozdmuchiwania przez media oczekiwań i zapotrzebowania na „okładkowe” efekty. Aktywiści i organizacje tradycyjnie zawsze wzywają do większych wysiłków i szybszych postępów. I mają rację. Ale te niespektakularne efekty też trochę się liczą. Na każdym COP-ie zapada wiele decyzji różnych organów, których posiedzenia odbywają się równolegle – od głównej Konferencji Stron Konwencji Klimatycznej (COP), przez spotkania stron Protokołu z Kioto (CMP) i Porozumienia paryskiego (CMA), po sesje organów pomocniczych ds. doradztwa naukowego (SBSTA) i technologicznego oraz ds. wdrażania (SBI). Wiedza o większości z nich nigdy nie dociera do mediów, bo mają charakter techniczny. W Belém omawiano ponad 100 różnych tematów, od adaptacji i finansowania adaptacji, przez finansowanie mitygacji, sprawiedliwą transformację, rolnictwo i bezpieczeństwo żywnościowe, wylesianie, odpowiedź na straty i szkody związane ze zmianą klimatu, zasady międzynarodowego handlu emisjami, kwestie wpływu polityk klimatycznych na handel międzynarodowy, zgodność planowanych działań z celami Porozumienia paryskiego itd. Efektem było ponad 150 stron szczegółowych decyzji.

Nie należy patrzeć na każdy COP jako na nową globalną konferencję, na której ma być zawarte nowe porozumienie o charakterze międzynarodowego traktatu, wymagającego późniejszej wielostronnej ratyfikacji, jak Porozumienie paryskie. To byłoby niemożliwe, a poza tym takie traktaty już mamy i one działają. Jednak mają charakter ramowy, a to – zgodnie z założeniami – oznacza konieczność ciągłego wypełniania ich treścią. Wiele decyzji na COP-ach dotyczy korekt i uzupełnień szczegółowych zasad wdrażania traktatów, oceny postępów w różnych obszarach, wskaźników, efektów, nowych inicjatyw wzmacniających efekty i zapewniających większą sprawiedliwość działań… I ta niemal ciągła aktualizacja, bo zawsze coś jest do poprawienia, też jest zgodna z planem. Mniej więcej. Bo im bardziej rozrasta się zakres merytoryczny, tym trudniej jest negocjatorom robić realne postępy. Szczególnie w sytuacji, gdzie konieczne jest pogodzenie tak wielu, często sprzecznych, interesów.

10 lat temu

W grudniu 2015 r. na COP21 w Paryżu atmosfera była pełna nerwowego napięcia, obaw, ale i nadziei. Wyłaniający się kształt nowego porozumienia był odmienny od dotychczasowych ram polityki klimatycznej. Kończył epokę celów w zakresie redukcji emisji przyjmowanych na poziomie międzynarodowym na zasadzie „z góry na dół”, który przynosił słabe efekty w ramach wdrażania Protokołu z Kioto.

To była przełomowa zmiana z kilku powodów. Nowa umowa miała powszechny charakter, z obowiązkami nałożonymi na wszystkie państwa, nie tylko rozwinięte. Strony zgodziły się, że odpowiedzialność jest wspólna, choć inna dla każdego kraju. Dlatego uwzględniono zasadę zróżnicowania obowiązków i możliwości w świetle różnych uwarunkowań krajowych.

Jednocześnie wprowadzono system oparty na dobrowolnych wkładach. Obowiązkowe w nim jest przedstawianie planów działań i raportowanie. Założono stworzenie wspólnych zasad proceduralnych, które docelowo miały pozwalać na łatwą ocenę tego, co poszczególne państwa planują i robią. Zapewnienie przejrzystości miało tworzyć warunki do wzajemnej presji państw na poprawianie efektów i współpracę.

Ponadto porozumienie nie miało „terminu przydatności”. Wyznaczyło długoterminowe cele i zawarte w nim zostały założenia cyklicznego weryfikowania i wzmacniania planów i działań. Pojawiła się w nim wzmocniona wizja współpracy wszystkich interesariuszy – publicznych i prywatnych oraz wdrażania działań rozłożonego między różnych „aktorów” na poziomach krajowych, regionalnych, lokalnych i sektorowych. To miała być nowa przestrzeń koordynacji globalnej pracy na rzecz ochrony klimatu i adaptacji, a także do zapewnienia finansowania na te cele.

Kompromisowe rozwiązania były trudne do przełknięcia dla części organizacji obserwujących proces, które obawiały się skutków dobrowolności. Widzimy teraz efekty w postaci zobowiązań zawsze słabszych niż jest to potrzebne. Ja też, choć z entuzjazmem biłam brawo w momencie przyjęcia Porozumienia, krótko po tym napisałam do „Dzikiego Życia” komentując wyniki COP21, że „zgoda na dobrowolność działań i oddolne deklaracje jest bardzo ryzykowna. Nie ma żadnej gwarancji, że państwa zrealizują swoje obecne plany – przedstawione na zasadzie »co łaska« – i będą je odpowiednio szybko uzupełniać i wzmacniać”.

Ale zmiana architektury polityki klimatycznej była sposobem na wyjście z długotrwałego impasu.

Kręta historia negocjacji klimatycznych

Warto pamiętać, że w tym momencie, przed dekadą, historia międzynarodowej polityki klimatycznej była już długa i pełna wcześniejszych wzlotów i upadków. Ramowa Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu – nadal zapewniająca podstawy działania i współpracy państw w tym zakresie – była przyjęta w roku 1992, a w życie weszła w 1994 r.

Kolejnym dokumentem o randze traktatu, uzupełniającym Konwencję był właśnie Protokół z Kioto, różniący się od niej tym, że wprowadzał konkretne zobowiązania nałożone na państwa rozwinięte. Jego treść negocjowano przez 5 lat, a kolejne 5 minęło zanim wszedł w życie – kiedy wystarczająco wiele krajów oficjalnie go ratyfikowało. Ostatecznie jego stronami były (i nadal są) 192 państwa. Nigdy nie dołączyły do nich Stany Zjednoczone.

Protokół doprowadził co prawda do pewnego ograniczenia emisji w części państw rozwiniętych, ale w świetle ciągle rosnącego stężenia CO2 w atmosferze to było po prostu za mało. Nie zrealizowanie celów nie wiązało się ze specjalnie istotnymi konsekwencjami. Gospodarki wschodzące, w tym Chiny, Indie, Brazylia, nie miały zobowiązań. Ponadto Protokół miał ograniczony termin ważności. Okres zobowiązań upływał w 2012 r. Od początku było więc wiadomo, że potrzebna będzie kolejna międzynarodowa umowa.

Jej wypracowanie okazało się bardzo trudne. Najpierw próbowano zapewnić kontynuację działań opartych na takich samych zasadach, trochę tylko poprawionych i z celami odzwierciedlającymi pogłębianie się problemu. Skończyło się to spektakularną porażką na COP15 w Kopenhadze w 2009 r., po której proces negocjacji parę lat podnosił się z zapaści. Rzutem na taśmę udało się w ostatniej chwili w 2012 r. przedłużyć działanie Protokołu z Kioto za pomocą Poprawki dauhańskiej, ustanawiającej drugi okres rozliczeniowy – do 2020 roku. Z perspektywy czasu wiadomo, że było to rozwiązanie w dużym stopniu iluzoryczne, bo ratyfikacje trwały całe 8 lat, w których miała obowiązywać. Poprawka pokazała dążenie do kontynuacji działań, ale ich wyznaczone ramy już nie pasowały ani państwom rozwiniętym, ani rozwijającym się, choć z różnych powodów.

W międzyczasie, po paru latach od Kopenhagi, w Durbanie na COP17 strony zdecydowały o rozpoczęciu formalnej pracy nad przygotowaniem nowego instrumentu prawnego i wyznaczyły sobie termin do 2015 r. I negocjatorzy mieli świadomość, że rozwiązania opartego na dotychczasowych zasadach po prostu nie uda się przyjąć.

Tak miało być?

Pomimo niedoskonałości i zmian geopolitycznych, które pokazują, że tempo działań na rzecz klimatu może maleć (choć nie powinno), kiedy świat będzie skupiał się na innych problemach. Porozumienie paryskie działa. Jego ramy okazały się w miarę odporne na wstrząsy. Niemal wszystkie kraje mają plany i cele. Wyłania się nowe oblicze globalnej gospodarki, nieco bardziej „zielonej”. Ale efekty traktatu są i pozostaną głęboko zależne od ciągłego zaangażowania wszystkich stron. Cały czas niewystarczającego.

Dziś w politykach nie widać nadziei sprzed 10 lat, że w przyszłości będzie już łatwiej, skoro mamy „kompas” wskazujący kierunek ku klimatycznej neutralności. Praktyka jest trudna. Dobrowolne zobowiązania nie przekładają się na spójne i efektywne wdrażanie. Widać dużo politycznej inercji, przeszkód instytucjonalnych i niewystarczającego wsparcia działań tam gdzie są najbardziej potrzebne. Cały czas powracają te same spory, głównie o finansowanie, choć w innych obszarach rządy potrafią wygospodarować środki na pilne potrzeby, ostatnio na zbrojenia. W efekcie niedoskonałości rozwiązań, zbyt słabo uwzględniających zasady społecznej sprawiedliwości, jak i fali dezinformacji generowanej przez państwa opierające swoją siłę na paliwach kopalnych, jak Rosja, mamy obecnie do czynienia z falą niechęci wobec polityki klimatycznej.

Porozumienie paryskie nigdy nie miało samo w sobie doprowadzić do celu. Tworzy przestrzeń do koordynacji i katalizowania zmian, ma nadawać tempo i wzmacniać świadomość odpowiedzialności, zwłaszcza na poziomie krajów, ale także bezpośrednio w różnych sektorach, instytucjach i wśród obywateli. Ale wpisano w nie także możliwość ewolucji, z której państwa będą musiały skorzystać, jeśli chcą zwiększyć skuteczność walki z klimatycznym kryzysem. Potrzebne są między innymi: poprawa zarządzania oraz przejrzystości działań, raportowania i samego procesu negocjacji; większa międzynarodowa solidarność wynikająca ze świadomości, że cel uda się osiągnąć tylko razem; poprawa mechanizmu wzmacniania krajowych planów tak, by lepiej wiązały długoterminowe cele z krótkoterminowymi politykami i decyzjami; powiązanie ochrony klimatu z działaniami służącymi ochronie różnorodności biologicznej.

Kruchy multilateralizm i siła emocji

Szczytom klimatycznym towarzyszą wzniosłe przemówienia. Przemawia Sekretarz generalny ONZ, Sekretarz wykonawczy Ramowej konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu, światowi przywódcy, liderzy pozarządowi, w tym duchowi, jak kolejni papieże, a także aktywiści, którym udaje się pozyskać uwagę świata, przynajmniej na chwilę. I każdy ma prawo do głosu. Przynajmniej w teorii najsłabsi i najbardziej narażeni siedzą przy negocjacyjnym stole z najsilniejszymi i zwykle w największym stopniu odpowiedzialnymi za kryzys, na równych prawach.

Są dramatyczne gesty, jak głodówka szefa delegacji Filipin na COP19 w Warszawie, którą Yeb Sano rozpoczął w związku z tragicznymi skutkami tajfunu na Filipinach i niewystarczającymi postępami w negocjacjach.

Są filmy, koncerty, tańce, poezja poruszająca serce – jak wiersze Kathy Jetnil-Kijiner z Wysp Marshalla, która motywowała polityków do pracy nad Porozumieniem paryskim – jej wiersz do córki „Droga Matafele Peinem”, który przedstawiła na Szczycie Klimatycznym ONZ w Nowym Yorku w 2014 r., na ponad rok przed Paryżem, do dziś mnie porusza. Na COP21, gdy decydował się kształt Porozumienia, wyjaśniała co dla jej ukochanych wysp znaczy różnica między 1,5 °C a 2 °C, i że to nie są tylko liczby, a ponad dyskusjami, ponad statystykami, kryją się ludzie, twarze i konkretne małe dziecko, wędrujące jeszcze niepewnym krokiem wzdłuż granicy rafy, jeszcze nie pod wodą… to wszystko też ma znaczenie.

Dobrowolne cele państw mogą stać się silniejsze i lepiej odzwierciedlać wagę i pilność problemu tylko wtedy, jeśli społeczeństwa poszczególnych państw będą się tego domagać.

Udział w szczytach przedstawicieli ludów rdzennych i organizacji pomocowych, aktywizm, sztuka, przemawianie do serc ludzi i dostarczanie im prawdziwych informacji, międzynarodowe apele i lokalne zaangażowanie w działania nie tylko zmniejszające emisje, ale też poprawiające zdrowie i jakość życia – pomagają w dostrzeżeniu i zaakceptowaniu głębokiego sensu i potrzeby ochrony klimatu. Może to sprawi w końcu, że przestaniemy się straszyć polityką klimatyczną. I zobaczymy w niej coś normalnego i tak samo potrzebnego jak polityka zdrowotna. Do zapewnienia obywatelom bezpieczeństwa i dobrej jakości życia.

Urszula Stefanowicz

Urszula Stefanowicz – koordynatorka projektów dotyczących polityki klimatycznej oraz rozwoju gospodarki niskoemisyjnej, przede wszystkim w obszarach transportu i energetyki. Wieloletnia członkini Okręgu Mazowieckiego Polskiego Klubu Ekologicznego, gdzie od 2008 r. prowadzi działania rzecznicze w ramach Koalicji Klimatycznej, porozumienia 27 organizacji działających na rzecz ochrony klimatu w Polsce. Obserwatorka międzynarodowych negocjacji, uczestniczyła w 8 szczytach klimatycznych ONZ.

Przypisy:
1. icj-cij.org/sites/default/files/case-related/187/187-20250723-adv-01-00-en.pdf
2. cop30.br/en/news-about-cop30/over-usd-5-5-billion-announced-for-tropical-forest-forever-facility-as-53-countries-endorse-the-historic-tfff-launch-declaration
3. fossilfueltreaty.org/first-international-conference
4. kickbigpollutersout.org/Release-Kick-Out-The-Suits-COP30
5. caad.info/analysis/reports/cop30-open-letter/
6. unep.org/resources/emissions-gap-report-2025
7. unfccc.int/news/update-to-ndc-synthesis-report-shows-the-emissions-curve-is-being-bent-downwards-but-urgent
8. essd.copernicus.org/preprints/essd-2025-659/