Droga dziczy
Nasza wędrówka rozpoczęła się poprzedniej nocy, kiedy mój przyjaciel powiedział: „księżyc wyszedł, chodźmy na spacer”. Spotkaliśmy się o trzeciej nad ranem i rozpoczęliśmy wędrówkę przez pokryty sekwojami kanion do wybrzeża Big Sur. Moje młode serce cierpiało z powodu rozpadu długotrwałego związku. Mimo że spędziłem sporo czasu, pracując nad bólem, czułem się zamknięty i oddzielony od wszystkiego w moim życiu. Szliśmy w spokojnym tempie, podążając za tym, co pojawiało się w danej chwili. Czasami zalewałem się łzami, innym razem zatrzymywałem się, by napić się wody z potoku lub zbadać nową roślinę, czasem rozmawialiśmy, innym razem milczeliśmy. Podążaliśmy dokładnie za tym, co było przed nami, a wraz upływem dnia zacząłem mięknąć i akceptować to, co wyłaniało się z mojego wnętrza. Moje serce i brzuch stały się bardziej przestronne i stopniowo ogarnęło mnie niezwykłe odczucie sieci łączących mnie ze wszystkim, co było wokół. Mogłem wyczuć pajęczyny światła rozciągające się ode mnie do każdej żywej istoty, a od nich do mnie. Byłem podtrzymywany przez wszystko, co mnie otaczało. Doznanie to powoli zanikało, gdy wspinaliśmy się na szczyt grani, na której stanąłem uśmiechnięty, z zapoconymi oczami. I chociaż nadal miałem dużo smutku do przepracowania, to doświadczenie było wyraźnym punktem zwrotnym w moim procesie leczenia, a także w moim życiu. […]
Od lat 60. XX wieku rośnie zainteresowanie wykorzystaniem dzikiej przyrody jako środowiska dla wielu nowych terapii humanistycznych i egzystencjalnych. Istnieje wiele programów, które wykorzystują dziką przyrodę jako środowisko dla swojej szczególnej tradycji lub techniki. Mnie bardziej interesują przemiany zachodzące bezpośrednio dzięki dzikiej przyrodzie. Jest ona metodą i tradycją samą w sobie. Jeśli tylko będziemy gotowi pozostać w ciszy i otworzymy się na słuchanie, dzika przyroda udzieli nam nauk.
Chociaż podchodzę do niej jako psycholog starający się zapewnić pełnię życia tym, których prowadzę, nie uważam tego, co robię, za „terapię”. Wolę słowo „praktyka”. Sama natura pokazała mi tę kluczową różnicę. Terapia, tak jak jest powszechnie stosowana, sugeruje chorobę. Sugeruje, że istnieje początek i koniec leczenia. Przede wszystkim wymaga „terapeuty”, kogoś, kto jest „ekspertem” w radzeniu sobie z czyimś życiem i kto analizuje, interpretuje i doradza. Tak rozumiana terapia została zawłaszczona przez przemysł zajmujący się zdrowiem psychicznym, który postrzegam z pewną podejrzliwością jako mający, być może, żywotny interes w chorobie, w kontrolowaniu tego, kiedy i gdzie terapia się zaczyna i kończy, oraz w hierarchicznej relacji między terapeutą a klientem. Natomiast praktyka oznacza proces. Nie ma początku ani końca, lecz jest całym życiem zaangażowania i odkrywania. Kiedy jesteśmy naprawdę gotowi, by spojrzeć w lustro natury i skontaktować się z dziką przyrodą, odkrywamy mądrość znacznie większą niż nasze małe codzienne ja. Niczym niezakłócana przyroda dba o siebie sama. Jedna z moich ulubionych wskazówek dla facylitatorów pochodzi od współzałożyciela Esalen Institute, Richarda Price’a, który dokonał takiego samego rozróżnienia, jakie ja tutaj czynię między terapią a praktyką, w odniesieniu do Gestalt. Price lubił mówić: „zaufaj procesowi, wspieraj go i zejdź mu z drogi”.
***
[…] Prowadziłem zajęcia w dziczy tak krótkie i proste, jak trzygodzinna piesza wycieczka z jedną niedoświadczoną osobą. Prowadziłem również trzymiesięczne wyprawy w trudny teren, w których uczestniczyło kilkoro doświadczonych alpinistów. Istnieje powszechne błędne przekonanie, że ścieżka dzikiej przyrody jest tylko dla tych, którzy mają doświadczenie i wiedzę specjalistyczną.
Odkryłem, że doświadczeni wędrowcy i miłośnicy biwakowania mogą być zblazowani i nie chcą już dłużej być uczniami natury, podczas gdy ludzie z mniejszym doświadczeniem są często głodni wiedzy, a zatem bardziej otwarci na nowe możliwości. Niezależnie od tego, czy są to osoby doświadczone, czy nie, najbardziej lubię tych, którzy wykazują się otwartością, którą Suzuki Roshi nazwał „umysłem początkującego”1, być może dlatego że pomagają mi na nowo doświadczać dzikiej przyrody. Wolę grupy, które są zrównoważone pod względem płci i rasy oraz mają szeroki zakres wiekowy. […] We wczesnych latach pracowałem z wieloma młodszymi osobami, głównie w wieku licealnym i studenckim. Z biegiem lat mam do czynienia z grupami starszych uczestników, z których niektórzy mają nawet siedemdziesiąt pięć lat, a średnia wieku wynosi około czterdziestu lat. […]
***
Dzicz nie zawsze jest kobiercem kwiatów. Dzicz to także szare, deszczowe dni, zanieczyszczona przez zwierzęta woda, ciemne, niebezpieczne lasy i śmiertelne niebezpieczeństwa. Na przykład nasza kultura nieustannie unika błota i deszczu. Reklamy wakacyjne przedstawiają białe, czyste plaże i słoneczne niebo. Kiedy pada deszcz, wszyscy przemykają skuleni, jakby woda miała ich rozpuścić niczym Złą Czarownicę z Krainy Oz. Nasza gotowość do przebywania w błocie i deszczu może metaforycznie odzwierciedlać naszą gotowość do przebywania w naszym wewnętrznym błocie i deszczu. Przebywanie w błocie i deszczu to coś więcej niż kwestia tolerancji. To aktywne uczestnictwo w naszej własnej „deszczowości” lub „błotnistości”. Prawdziwy kontakt z dziką przyrodą, jeśli chcemy poznać jej tajemnice, wymaga czegoś więcej niż tylko pogodzenia się z błotnistymi czasami, a mianowicie uważności na wszystko, co nas otacza. Nie chodzi o to, by zachęcać ludzi do spędzania wakacji w deszczowych miejscach, choć czasami może to nie być zły pomysł. Natomiast zachęcam wszystkich do gotowości do pozostawania z naszą mroczną, czasem błotnistą, a czasem bolesną dziką naturą, a niekiedy do stawania się nią.
Dzika przyroda zaczyna nas uczyć już podczas planowania przygody. Musimy zdecydować, co zabrać ze sobą, a co pozostawić za sobą. Niezwykle ważnym aspektem doświadczania dzikiej przyrody jest chęć uproszczenia. Ale paradoksalnie prostota nie jest tak łatwa, jak się wydaje. Narzędzia i techniki, które decydujemy się zabrać w dzicz, mogą osłabić i drastycznie zmienić nasze bezpośrednie doświadczenie natury. Zaczynamy więc od kwestionowania każdego narzędzia, które ze sobą zabieramy. Praca w dziczy zaczyna się od podstawowego ekologicznego pytania: czego tak naprawdę potrzebujemy?
Programista komputerowy, z którym kiedyś pracowałem, przyszedł na pierwsze wieczorne spotkanie podczas siedmiodniowej wycieczki z plecakiem pełnym najnowszych elektronicznych gadżetów kempingowych. Wyglądał, jakby wyszedł z katalogu sprzętu kempingowego. Po długiej rozmowie na temat prostoty przekonałem Dana, by zrezygnował z wielu rzeczy. Pomimo tego, że reszta grupy niosła proste plandeki, on niezłomnie trzymał się swojego nowego, zaawansowanego technologicznie namiotu. W miarę postępów podróży większość członków i członkiń naszej grupy polubiła spanie pod gwiazdami i rozległym nocnym niebem. Natomiast Dan rozstawiał swój namiot z samego rana w każdym obozie i wczołgiwał się do jego ochronnych ścian, by wychodzić tylko wtedy, gdy było to konieczne. W końcu, pewnej nocy podczas pełni księżyca, grupa delikatnie namówiła go, by spróbował spędzić noc na zewnątrz, wystawiony na działanie żywiołów. Tej nocy spaliśmy w kręgu z głowami skierowanymi do środka. Po przebudzeniu następnego ranka Dan podzielił się swoją radością z oglądania księżyca podróżującego po nocnym niebie. Kontynuował, opowiadając nam o swoim życiu w pracy, odizolowanym od kontaktów międzyludzkich przez szereg najnowszych urządzeń komputerowych. Zauważył, że jego życie stało się do tego stopnia pozbawione obecności żywych istot, że bał się prawie każdego kontaktu z ludźmi. Od tamtego poranka nie tylko bardziej angażował się w relacje z innymi członkami grupy, ale także postanowił przejrzeć zawartość swojego plecaka i zdecydować bez czego mógłby się obejść. Ostatniej nocy nie spał przez większość czasu, podsycając ogień i od czasu do czasu drzemiąc na gołej ziemi. Tego ranka Dan obudził nas wrzaskiem dziecięcego podekscytowania. Namówił całą grupę na poranną kąpiel w pobliskim lodowatym strumieniu. Szliśmy na szlak tego dnia pełni energii i czuliśmy się w pełni żywi. Mimo że Dan miał najcięższy plecak, to zdecydowanie miał najlżejszy bagaż.
***
Jedną z pierwszych rzeczy, których prawie każdy doświadcza po wejściu w dziką przyrodę, jest ożywienie pięciu zmysłów. Nagle jesteśmy zalewani (a czasem wręcz przeciążeni) nowymi dźwiękami, niesamowitymi widokami, interesującymi teksturami, różnymi zapachami i smakami. To przebudzenie naszych zmysłów, a może lepiej powiedzieć „dojście do zmysłów”, jest subtelnie potężnym i niedocenianym doświadczeniem. Ludzie dowiadują się, jak bardzo niektóre z naszych podstawowych trybów percepcji zostały przytępione, abyśmy mogli przetrwać w miejskim świecie; wiele z nich wyłączyliśmy zupełnie niepotrzebnie. Tak długo, jak pozostajemy nieświadomi bogactwa naszych zmysłów, mamy niewielki wybór co do tego, co odczuwamy, a zatem nasza percepcja jest poddawana cenzurze. Widziałem to odrodzenie sensorycznej żywotności i bystrej czujności raz po raz u siebie i u innych. Kiedy to nastąpi, możemy świadomie wybierać, a także rozszerzać nasze sposoby percepcji. Kiedy te podstawowe zmysły są pielęgnowane przez praktykę i czas, mogą zostać dopracowane do perfekcji. Można je zintegrować z naszym codziennym życiem.
Dzięki praktyce i cierpliwości, świadomość sensoryczna może być kultywowana do poziomu bardziej skoncentrowanej świadomości, którą nazywam „uwagą”. W dziczy zaczynamy rozwijać trwałe kontinuum uważności. Niekoniecznie skupiamy się na pojedynczym obiekcie, ale raczej na samym strumieniu świadomości. Podróż przez dzicz jest sama w sobie kontinuum świadomości.
***
[…] Podczas wszystkich wypraw, które prowadzę, uważam dziką przyrodę za naszego głównego nauczyciela. Z tego powodu świadomie wprowadzam rytuały związane z wejściem do dziczy i jej opuszczeniem. Przez lata eksperymentowałem z wieloma formami zapożyczonymi z innych tradycji i kultur. Na przykład na początku szlaku proszę członków grupy o złożenie ofiar, uklęknięcie i dotknięcie ziemi, wykąpanie się w wodzie (zmycie tego, co stare, by znów stać się nowym) lub po prostu wspólną chwilę ciszy. […] Rytuał, którego najczęściej używam, jest zapożyczony z Shintō. Shintō równoważy typowy zachodni sposób postrzegania – uznaje skały, drzewa, góry, strumienie i inne elementy natury za żywe lub obdarzone duchem. Wykonujemy dwa mocne klaśnięcia i jeden pokłon z dłońmi ułożonymi przed naszymi twarzami. Uważam klaskanie za proste oświadczenie – najpierw dla natury, potem dla siebie i grupy – że jestem tutaj, aby być świadomym, żyć i praktykować. Akt pokłonu jest potężny i mówi sam za siebie. Robimy to ponownie pod koniec każdej wędrówki, aby wyrazić uznanie i podziękować naturze, sobie i naszym towarzyszom. Zachęcam ludzi do poszukiwania tradycji lub rytuałów, które mają dla nich znaczenie, a następnie do znalezienia sposobu na włączenie tych praktyk do ich codziennego życia. […]
W procesie wzrostu i transformacji musimy odzyskać i zaakceptować odrzucone części nas samych. Istotą praktyki dzikości jest bycie dzikością. Sama idea, że dzicz istnieje jako coś odrębnego, pokazuje nam, jak bardzo wyparliśmy naszą wewnętrzną i zewnętrzną dzikość. W dziczy, ze względu na nasz bliski, doświadczalny kontakt z naturą, stopniowo zaczynamy odzyskiwać to, co rzutujemy na świat przyrody. […]
***
Jednak bez względu na to, jak bardzo w pełni doświadczamy pierwotnej jaźni w dziczy, prawdziwa praca zaczyna się po powrocie. Nawet najwspanialsza wędrówka przez dziką przyrodę może zostać zaprzepaszczona w ciągu kilku chwil lub dni, kiedy mówimy sobie: „Muszę już wracać do realnego świata”. Doświadczenie zostaje nagle zanegowane, tak jakby nieokiełznany świat przyrody nie był prawdziwy. Dzikość staje się uprzedmiotowiona – ekscytująca wakacyjna przygoda, którą przechowuje się na zdjęciach w pudełku po butach i chowa do szafy. Dla tych, którzy pracują z dziką przyrodą, czy to jako terapią, czy jako praktyką, największym wyzwaniem jest przeniesienie tego wszystkiego z powrotem do domu.
Jak możemy odnaleźć to samo poczucie sacrum w codziennym życiu? Podobnie jak każda potężna osobista transformacja, zadziwiające (i wielokrotnie przytłaczające) doświadczenie dzikiej przyrody może być trudne do pomyślnego wprowadzenia w nasze codzienne życie. Wychodzimy z dziczy odmienieni. Na pewnym podstawowym poziomie czujemy się głęboko poruszeni. Mimo to w owym spokoju, który tak często odczuwamy, pojawia się również dezorientacja lub głęboki smutek. Widzieliśmy bowiem dynamiczną równowagę. Odczuliśmy znaczenie jedności i świętości. Doświadczyliśmy części nas samych i części wszechświata, które zostały dawno zapomniane. Po wyjściu z dziczy konfrontujemy się z naszymi sprzecznościami i bardziej niż kiedykolwiek wcześniej zauważamy, że żyjemy w drastycznym braku równowagi. Wielu powraca z poczuciem wielkiej straty lub bólu, zdając sobie sprawę, jak okrutnie podzieliliśmy nasze życie. Ten rozłam jest głęboko odczuwany i może sprawić, że nasze „normalne” życie staje się bardzo trudne. Możemy czuć się tak, jakbyśmy wypadli z łaski.
Często ludzie dokonują zmian w stylu życia, aby osiągnąć większą równowagę. Niektórzy angażują się w aktywizm ekologiczny w sensie politycznym; inni są zainspirowani do zaangażowania się w całe środowisko, w którym żyją (relacje z samym sobą, innymi i światem). Zawsze, gdy jest to możliwe, staram się organizować serię spotkań kontynuacyjnych, podczas których członkowie grupy spotykają się, aby wspierać się nawzajem i opowiadać swoje historie o radości i rozpaczy, o zmaganiach i sukcesach we włączaniu dzikiej przyrody do tego, kim jesteśmy i jak żyjemy.
Kiedy zaczynamy praktykować to, czego się nauczyliśmy, widzimy, że natura jest wszędzie i że tak naprawdę nie musimy udawać się do fizycznej dziczy, aby doświadczyć dzikiej przyrody. Istnieje wiele ścieżek, zarówno pradawnych, jak i nowych. Jest tak wiele sposobów na ponowne wejście w to doświadczenie, jak wielu jest ludzi. Polecam prawie każdą praktykę, która obejmuje ciało, która zachęca do świadomości i którą można od czasu do czasu wykonywać na świeżym powietrzu. Wśród tych, które preferuję, są niektóre sztuki związane z ruchem (aikido, tai chi, taniec, joga), wiele stylów medytacji (vipassana, zen), niektóre praktyki psychologiczne i liczne praktyki wywodzące się z tradycyjnych kultur (ceremonie, śpiewy, bębnienie).
Musimy być gotowi zabrać z dziczy coś więcej niż idee i filozofie. To w praktyce i wcielaniu w życie tego, co odkrywamy, znajdujemy integrację. Natura jest przykładem na to, że życie jest po to, żeby nim żyć, by go doświadczać. W przeciwnym razie, jeśli nie jesteśmy w stanie wykorzystać tego, czego się nauczyliśmy w rzeczywisty i praktyczny sposób, praca w dziczy staje się kolejnym modnym ekscytującym przeżyciem. Poeta i rolnik Wendell Berry mówi nam, że nie wystarczy zapytać: „co mogę zrobić z tym, co wiem?” bez jednoczesnego pytania: „jak mogę być odpowiedzialny za to, co wiem?”. […]
Prawdziwe dawanie pojawia się naturalnie i bez wysiłku, a nie z poczucia winy czy ekologicznej poprawności. Gdy w ten sposób troszczymy się o Ziemię, możemy zacząć na nowo zadomawiać się na ziemi, na której żyjemy; a w sobie możemy na nowo zadomowić się tylko wtedy, gdy nauczymy się na nowo zadomawiać Ziemię. Jesteśmy częścią cyrkularnego, spiralnego tańca, w którym każda część karmi inne i całość. […]
Steven Harper
Steven Harper – przewodnik po dzikich terenach, lider warsztatów, facylitator osobisty i organizacyjny, pisarz, oraz nauczyciel buddyjski. Od ponad 40 lat prowadzi zarówno tradycyjne, jak i eksperymentalne wyprawy i warsztaty w Ameryce Północnej i na całym świecie. Jest członkiem kadry naukowej Esalem Institute. W czasie, gdy powstawała niniejsza antologia, był również dyrektorem Earthways Wilderness Journeys i uczył w Colorado Outward Bound oraz National Outdoor Leadership School.
Artykuł składa się z fragmentów eseju Stevena Harpera „Droga dziczy” zawartego w antologii „Ekopsychologia. Przywracanie Ziemi, uzdrawianie umysłu” pod redakcją Theodore’a Roszaka, Mary E. Gomes i Allena D. Kannera wydanej przez wydawnictwo Oficyna Związek Otwarty w 2025 r. Tłumaczenie Jan Skoczylas.
Książka „Ekopsychology. Restoring the earth. Healing the mind” pod redakcją Theodorea Roszaka, Mary E. Gomes, Allena D. Kannera pierwotnie ukazała się równe trzy dekady temu, w 1995 r.
Polskie wydanie antologii ukazało się pod patronatem miesięcznika „Dzikie Życie”.
Przypisy:
1. Zobacz: Shunryu Suzuki, Umysł zen, umysł początkującego, tłum. Jacek Dobrowolski i Adam Sobota, Wydawnictwo Elay, Jaworze 2010 – przypis tłumacza.
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Gru 2025 / Stycz 2026