Czy „gospodarka racjonalna” jest racjonalna?
W kilku artykułach obowiązującej ustawy o ochronie przyrody znaleźć można zapisy wprost lub pośrednio wskazujące, że zawarte tam zakazy nie obowiązują prowadzących „racjonalną gospodarkę” leśną, rolną (art. 24, 52), a nawet rybacką i łowiecką (art. 24). W jej ramach dopuszcza się więc np. zabijanie dziko występujących zwierząt, także chronionych, niszczenie ich nor, legowisk, innych schronień i miejsc rozrodu. Odniesienia do racjonalności łatwo znaleźć w ustawowych definicjach różnych form działalności gospodarczej. Istnieje jednak zasadniczy problem z rozumieniem i stosowaniem owej „racjonalności”. Nie wchodząc w szczegóły i dywagacje prawne, spróbujmy przyjrzeć się praktyce – przykładom działań z różnych dziedzin, które przez ich wykonawców uznane zostały za racjonalne i niesprzeczne z zasadami ochrony przyrody.

Najważniejsze są ryby!
Pierwsze zdjęcie ilustrujące artykuł przedstawia część stawów w Zbąszyniu, spuszczonych na przełomie kwietnia i maja 2024 r. Napełnione wodą w poprzednim roku, wiosną zostały zasiedlone przez kilka gatunków godujących płazów (wszystkie podlegają ochronie prawnej), między innymi liczną populację kumaka nizinnego, oraz kilkanaście gatunków ptaków, w większości chronionych – łyski, kilka gatunków kaczek, gęgawy, perkozki, trzcinniki, trzcinniczki, potrzosy i kilka innych. W końcu kwietnia wyjęto utrzymujące poziom wody „szandory” i woda odpłynęła do pobliskiego jeziora. Ptaki mają skrzydła, więc odleciały, lub – jak gęgawy z młodymi – odeszły, ale gniazd z jajami zapewne ze sobą zabrać nie mogły, podobnie jak płazy swoich jaj i kijanek.
Zapytany pracownik gospodarstwa rybackiego mówi uczciwie – nie zdążyli odłowić ryb jesienią, więc musieli teraz. Ale na pytanie o płazy i ptaki, reaguje niedowierzaniem, że można się czymś takim przejmować – wszak na stawach hoduje się ryby!
Jak to wygląda od strony prawnej? Artykuł 52a ustawy o ochronie przyrody stanowi, że gospodarka rybacka nie narusza szeregu kluczowych zakazów w odniesieniu do gatunków chronionych (nawet jeśli je faktycznie narusza), pod warunkiem, że jest prowadzona na podstawie wymagań „dobrej praktyki w zakresie gospodarki rybackiej”. Wymagania te powinien w drodze rozporządzenia określać minister właściwy do spraw rybołówstwa w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw środowiska. Ponieważ rozporządzenia takiego nie wydano, przepis pozostaje martwy. Stawy w Zbąszyniu leżą w siedliskowym i ptasim obszarze Natura 2000, a wśród wymienionych wcześniej są gatunki stanowiące tu przedmioty ochrony, wymagające skutecznego zabezpieczenia przed zagrożeniami. Teoretycznie można by więc, i zapewne powinno się, sprawę skierować na drogę prawną. Tyle, że wieloletnie doświadczenie w podobnych przypadkach, doskonale udokumentowanych i nie mniej ewidentnych, wskazuje jednoznacznie, że kompetentne w tej sprawie Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska wypracowały sobie skuteczną strategię unikania, rozmywania, umarzania lub przedłużania w nieskończoność takich postępowań, zdecydowanie szkoda więc na to czasu.
Oczywiście spuszczenie stawów w końcu kwietnia nie jest gospodarką racjonalną i dla takiego postępowania istnieje alternatywa – wystarczyło inaczej zorganizować prace jesienią i zimą. Ale z punktu widzenia rybaka, w kontekście braku jakiegokolwiek nadzoru nad tym co robi, to właśnie może być postępowanie racjonalne.
Stawy w Zbąszyniu graniczą z miejskim parkiem, są więc częściowo dostępne i podlegają społecznej kontroli – opisane działanie nie podoba się wielu spacerującym tu mieszkańcom, choć do prowadzonej tu gospodarki, stosunkowo ekstensywnej, poza opisanym przypadkiem, trudno mieć większe zastrzeżenia. Natomiast nad tym co dzieje się w ramach prowadzenia „racjonalnej gospodarki rybackiej” w obiektach większych i użytkowanych intensywnie, do których dostęp jest przez właścicieli uniemożliwiany, lepiej za bardzo się nie zastanawiać. Spuszczanie stawów w środku sezonu rozrodu zwierząt, prowadzenie w dowolnych okresach roku prac ziemnych albo strzelanie do wydr, bobrów czapli czy kormoranów, koszenie trzcinowisk z gniazdami to tylko wierzchołek tej góry „racjonalności”. A gospodarka rybacka to nie tylko stawy, to także rybactwo morskie – sposoby odłowów, śmiertelność w sieciach ptaków wodnych czy fok.
Sprawa stosunku „racjonalnej gospodarki”, nie tylko rybackiej, do przyrody i jej ochrony wymaga oczywiście skutecznych uregulowań prawnych. Dla niektórych działań nie ma alternatyw i muszą wiązać się z mniejszymi lub większymi stratami w przyrodzie, jednak inne wystarczyłoby przeorganizować. I należy to zrobić. Ale same przepisy, szczególnie w naszym kraju, gdzie tradycyjnie nie poważa się i nie egzekwuje obowiązującego prawa, niewiele pomogą. Przynajmniej dopóki głównym kryterium racjonalności pozostanie doraźny zysk właścicieli lub zarządców gruntów, a mentalność większości z nas, nie dostrzegających w takim jej pojmowaniu niczego złego, będzie temu sprzyjać. Dopóki nie uznamy, że niewątpliwie – najważniejsze są ryby, ale jest jeszcze coś oprócz nich i temu czemuś, nawet w ramach „racjonalnej gospodarki”, warto poświęcić nieco uwagi.

Leśniczy wie najlepiej
Drugie zdjęcie przedstawia zrąb wykonany na przełomie kwietnia i maja 2024 r. w okolicach Zbąszynia, jeden z kilkunastu jakie w tej okolicy w tym czasie zrealizowano. Na każdym z nich gniazdowało i musiało mieć zaawansowane już lęgi, kilka do kilkunastu par teoretycznie chronionych, także rzadkich, gatunków ptaków. Zręby w sezonie wegetacyjnym i sezonie lęgowym ptaków to praktyka powszechna w całej Polsce – co roku w tym czasie w skali kraju wycina się co najmniej kilka tysięcy hektarów lasów. Na jednym hektarze lasu w wieku około 100 lat gniazduje od kilku do kilkunastu par ptaków, a w gnieździe/dziupli składają one kilka do kilkunastu jaj, z których wykluwa się tyle piskląt. Liczba zabijanych corocznie ptaków (piskląt) gatunków prawnie chronionych w niszczonych podczas prac zrębowych gniazdach może więc dochodzić do miliona. Wszystko to robi się powołując się na racjonalność, bo prowadzenie „racjonalnej gospodarki leśnej” w myśl ustawy o ochronie przyrody zwalniać ma właścicieli i zarządców lasów z przestrzegania zakazu zabijania dziko żyjących zwierząt chronionych. W sezonie lęgowym ptaków poza lasami drzew wycinać więc nie można, natomiast w lasach, w większości stanowiących własność nas wszystkich, bo państwowych, całkiem legalnie robi się to na dużą skalę.
Powstał jednak problem, bo tradycyjnie niedobra Unia Europejska zakwestionowała fakt, że tak prowadzoną gospodarkę leśną można uznać za racjonalną z punktu widzenia ochrony gatunkowej. W reakcji na to w Lasach Państwowych wypracowano wytyczne, które w założeniu miały przekonać Unię, że prace leśne w okresie rozrodczym rzeczywiście nie powodują naruszania zakazów w stosunku do gatunków chronionych. Obowiązujące obecnie rozporządzenie Ministra Klimatu i Środowiska z 27 marca 2023 r. w sprawie wymagań dobrej praktyki w zakresie gospodarki leśnej nakazuje więc przed przystąpieniem do zrębu wykonać „kontrolę występowania gatunków chronionych”, która ma doprowadzić do znalezienia i domyślnie, w jakiś cudowny sposób, ochronić miejsca ich przebywania i rozrodu, przede wszystkim gniazda ptaków. Należy ją przeprowadzić w ciągu dwóch tygodni przed planowanymi pracami, a jej wykonawca powinien mieć co najmniej tytuł zawodowy licencjata bądź inżyniera w zakresie nauk leśnych lub biologicznych albo mieć minimum dwuletnie doświadczenie w zawodzie leśnika, lub jakiekolwiek doświadczenie w zakresie wykonywania terenowych inwentaryzacji przyrodniczych. Kryteria te spełnia więc każdy leśniczy – i o to tu chodzi. Dla kogoś mniej zorientowanego brzmi to bardzo dobrze, problem jednak w tym, że w okresie pełnego rozwoju ulistnienia nawet najsprawniejszy i najbardziej doświadczony ornitolog z sokolim wzrokiem, nie jest w stanie wykryć nawet połowy gniazd założonych przez ptaki w lesie. No i, co istotniejsze, nie ma żadnego mechanizmu, który w sytuacji wykrycia gniazda gatunku chronionego wstrzymywałby wykonanie zrębu. Dość enigmatycznie zaleca się natomiast np. nie wycinanie drzewa z gniazdem czy dziuplą, tak, żeby „ptaszki” mogły sobie spokojnie robić swoje. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach naprawdę sobie wyobraża, że pozostawienie na „gołym” zrębie drzewa z dziuplą, w której para dzięciołów karmi młode nie spowoduje jej opuszczenia, a myszołów, jeśli tylko pozostawi się drzewo z wykrytym gniazdem, będzie dalej wysiadywał jaja w otoczeniu warczących pił i przewracających się sąsiednich drzew? Przepisy te są więc zwykłą fikcją stworzoną na użytek ominięcia obowiązującego prawa, a także budowania w naiwnym społeczeństwie wizerunku Lasów Państwowych jako instytucji przyjaznej przyrodzie.
Lasy Państwowe stoją w odwiecznym rozkroku. Z jednej strony coraz więcej osób zaczyna kojarzyć warkot pił czy cichą pracę harwesterów w środku maja ze śmiercią tysięcy „słodkich małych ptaszków i innych puchatych zwierzątek”, np. nietoperzy. W takiej sytuacji utrzymanie promowanego wszelkimi sposobami wizerunku leśnika jako opiekuna lasu i wszystkiego co w nim żyje staje się coraz trudniejsze. Z drugiej strony jest presja zakładów usług leśnych, często szwagrów, kuzynów i kolegów z koła łowieckiego, którzy muszą spłacać kredyty zaciągnięte na zakup harwesterów, płacić ZUS pracowników itd. Dla nich trzy miesiące postoju, bo gdzieś tam gniazdują jakieś ptaszki, nie wchodzi w rachubę. No i jest też przemysł drzewny czy firmy transportujące drewno, których logistyka wyklucza jakąkolwiek przerwę w ciągłym przepływie surowca.
Działalności gospodarczej, a nawet zwykłych czynności życiowych nie da się prowadzić bez zabijania. Udawanie, że tak nie jest, że możliwa jest „przyjazna przyrodzie” turystyka, leśnictwo czy rolnictwo, to zwykła hipokryzja. Jednak zawsze jest jakiś wybór mniejszego zła – technologii ograniczających straty czy alternatywnych, skutecznych, a nie fikcyjnych, procedur organizacyjnych dla prowadzonych działań gospodarczych, włącznie z rezygnacją z prac w okresach czy obszarach o największych potencjalnie zagrożeniu stratami. Nie takie rzeczy Lasy Państwowe wprowadzały i narzucały obsługującym je firmom zewnętrznym, kiedy były do nich przekonane lub leżało to w ich interesie. Kwestia leży przede wszystkim w tym co sami leśnicy uważają za słuszne i rozumieją jako racjonalną gospodarkę leśną. Ekonomia leśnictwa i jego biznesowego otoczenia też jest ważna, choć kombajny zbożowe także kupuje się na kredyt, a potem stoją bez pracy przez 10 miesięcy w roku, a kombajnistom znajduje się zajęcie przy innych pracach.
Jeśli jednak priorytety są i pozostaną gdzie indziej i nic z tym nie można będzie zrobić, trzeba powiedzieć społeczeństwu wprost, otwartym tekstem, jak jest naprawdę. A jest tak, że drewno jest najważniejsze, potem długo, długo nie ma nic, i dopiero wtedy są „jakieś tam ptaszki”. Tyle, że w naszej kulturze wycięcie drzewa w pełni ulistnienia, tak jak zabicie bociana, ciągle nie jest mile widziane i u coraz liczniejszej rzeszy ludzi widok zrębu w środku maja naprawdę nie budzi dobrych skojarzeń. Postrzeganie leśników jako „rzeźników lasu” jest niesprawiedliwe i dla znacznej części z nich krzywdzące, ale nie bierze się znikąd.

Cóż, że zaorał
Jesienią 2023 r. rolnik zaorał łąkę stanowiącą chronione siedlisko przyrodnicze 6410 Zmiennowilgotne łąki trzęślicowe – jedną z cenniejszych w obszarze Natura 2000 „Dolina Leniwej Obry”. Sprawa została niezwłocznie zgłoszona RDOŚ w Gorzowie, która, już (!) po trzech miesiącach, zdołała… ustalić dane właściciela, a przez kolejne cztery nie podjęła żadnych dalszych kroków. W tym czasie rolnik działkę nadal „rekultywował” – zasiał żyto, a wiosną, postępując ze swojego punktu widzenia racjonalnie, grunt zherbicydował. Przez ponad pół roku od zgłoszenia szkody żaden „organ” się z nim nie skontaktował – spokojnie uprawiał więc swoją rolę, nie mówiąc o ponoszeniu jakichkolwiek konsekwencji.
Sprawa jakich wiele, ale akurat ta ma jeszcze dodatkowy smaczek. Oprócz tego, że zniszczone siedlisko przyrodnicze jest istotnym przedmiotem ochrony w obszarze Natura 2000, a łąka figuruje w sporządzonym przez RDOŚ planie zadań ochronnych, że zniszczono stanowiska roślin chronionych, to jeszcze na zaoranej obecnie działce przez wiele lat prowadzono działania ochronne finansowane i monitorowane za publiczne pieniądze przez GDDKiA w ramach kompensacji za budowę autostrady A2. Wynajęte firmy łąkę w odpowiednich terminach kosiły, a specjaliści z RDOŚ prace nadzorowali. Na temat prowadzonych działań powstał więc całkiem spory segregator dokumentacji.
Opisany przypadek spełnia wszelkie przesłanki szkody w środowisku, zaprzepaszczono także efekt prowadzonych przez wiele lat, za niemałe środki, działań ochronnych. Mimo to organ odpowiedzialny za zapobieganie i naprawę takich szkód, a także ochronę obszarów Natura 2000, przez ponad pół roku od zgłoszenia nie podjął praktycznie żadnych kroków w kierunku jej naprawy, a nawet zatrzymania dalszej degradacji.
Sprawa jest ewidentna – RDOŚ otrzymał zgłoszenie zawierające wszelkie potrzebne informacje, posiadał szczegółową dokumentację, powinien więc sam, z automatu i niezwłocznie, wszcząć postępowanie i w ciągu kilku tygodni je zakończyć. Tyle, że wtedy trzeba byłoby podjąć jakieś zdecydowane kroki, zgromadzić dokumentację, samodzielnie pojechać w teren, coś ustalić, rozstrzygnąć, coś komuś nakazać, a co gorsza może kogoś ukarać kierując sprawę do prokuratury. A co jeszcze gorsze – ukaranym miałby być rolnik – przedstawiciel kasty, której tknąć boi się nawet rząd i Unia Europejska. Lepiej więc, znacznie lepiej, było poczekać. Może sprawę załatwi ARiMR, organizacja społeczna, albo… załatwi się sama, np. zgłaszający o niej zapomni.
Rolnicy to od lat „święte krowy” naszej rzeczywistości, także okołoprzyrodniczej. Praktycznie nie obowiązuje ich prawo ochrony środowiska i przyrody, a za jego łamanie nie ponoszą konsekwencji, bo przecież „żywią i bronią”, więc prowadzona przez nich gospodarka z definicji jest racjonalna. Rolnika się praktycznie nie kontroluje, nie mówiąc już o karaniu. W powszechnym odbiorze, także odbiorze większości urzędników, zaoranie łąki, nawet jeśli to chronione siedlisko, to w gruncie rzeczy nic takiego, nawet nie zmiana sposobu użytkowania – grunt dalej przecież pozostaje „w uprawie”, a rolnik jest „na swoim”, produkuje żywność, więc nikt nie powinien się go czepiać. Rolnicy są tego świadomi o czym najlepiej świadczy opisany przykład. Gdyby zaorana łąka przypadkiem nie leżała obok ostoi Klubu Przyrodników chroniącej właśnie łąki trzęślicowe, nikogo by to nie zainteresowało i nikt by się o tym przez wiele lat nie dowiedział.
Zasiane żyto, jak można się było spodziewać, wymokło, potem wyschło, a potem znowu wymokło, bo łąka była zmiennowilgotna nie tylko z nazwy. Ostatecznie jednak, po 10 miesiącach od zgłoszenia szkody RDOŚ w Gorzowie, przymuszony wielokrotnymi monitami zgłaszającego, wydał decyzję nakazującą „wstrzymanie działań związanych z niszczeniem płata siedliska przyrodniczego 6410 Zmiennowilgotne łąki trzęślicowe (Molinion)” oraz „podjęcie działań naprawczych, polegających na zaprzestaniu uprawy i zasiewu zbóż oraz przywróceniu ekstensywnego użytkowania kośnego w celu osiągnięcia stanu pierwotnego łąki”. I znowu sukces…

Darz rezerwat!
Cykl o „racjonalnej gospodarce” i jej związkach z przyrodą nie mógłby się obyć bez odniesienia do „racjonalnej gospodarki łowieckiej”. Załączone zdjęcie to tzw. urządzenia łowieckie – ambony, z wysokości których myśliwi, „gospodarują zwierzyną”. Stoją w odległości od kilkudziesięciu do nieco ponad 100 metrów od granicy rezerwatu „Kręcki Łęg” (las w tle) w województwie lubuskim. I nie są to jedyne ambony w otoczeniu tego liczącego 65 ha rezerwatu. Odstrzelić z nich można wszystko co się z niego wychyli. Tyle, że niewiele się już wychyla – prowadząc na jego terenie inwentaryzację ptaków, podczas 8 wielogodzinnych kontroli tylko raz udało się spotkać pojedynczego dzika, a dwa razy kozła. Za to licznie biegają tu wprowadzone w okolicy przez myśliwych daniele. I z punktu widzenia „racjonalnej gospodarki łowieckiej”, a także obowiązującego prawa, nie ma w tym nic nagannego – rezerwat kończy się tam gdzie jego granica. I tyle. A jak przyroda jest tak głupia, żeby tę granicę przekraczać – jej problem. Myśliwska „wysiadka” stoi zresztą także w środku rezerwatu. I także znalazła się tam prawdopodobnie legalnie – w ramach prowadzonej od kilku lat akcji wybijania populacji dzików mających przyczyniać się do rozprzestrzeniania się pomoru świń (ASF). Dla realizacji tego szczytnego celu nie było wyjątków, strzelano więc także w rezerwatach i strefach ochrony ścisłej parków narodowych, bo tam jeszcze mogły ukryć się ostatnie dziki. No, a skoro już się ktoś natrudził i wysiadkę postawił, to sobie stoi, może jeszcze się przyda.
To, co opisuję, nie jest wyjątkiem, lecz regułą. Opracowując przez 30 lat plany ochrony dla ponad setki rezerwatów przyrody i prowadząc konieczne do tego inwentaryzacje terenowe na początku śmiało chodziłem po ich terenie, także o zmierzchu, o świcie i w nocy, naiwnie zakładając, że przecież tu się nie strzela. Szybko przekonałem się, że jest inaczej kiedy zacząłem znajdować ambony, wysiadki i nęciska na granicach rezerwatów, a także wewnątrz, a nawet przypięte w środku do drzew kartki „Uwaga polowanie – przebywanie zabronione!”. Nie ma w Polsce zwyczaju prowadzenia regularnych kontroli rezerwatów przyrody przez organ nadzorujący, regułą jest „zarządzanie” zza biurka. Więc poza nielicznymi, atrakcyjnymi turystycznie obiektami, pies z kulawą nogą, a już na pewno urzędnik, ich nie odwiedza. Ma to swoje plusy, ale jak się jest miejscowym i zna parę ścieżek, to można w nich robić co się komu podoba, więc dlaczego także nie polować?
„Racjonalną gospodarkę łowiecką”, legalnie, prowadzi się w większości parków narodowych, nazywa się to realizacją „zadań ochronnych”, ale to tylko kwestia języka. A tam gdzie kończy się granica parku nie trzeba już nawet tworzyć językowych wygibasów i można nazywać rzeczy po imieniu. Polowania wzdłuż granicy Parku Narodowego Ujście Warty na wylatujące z niego gęsi, które są w nim jednym z głównych przedmiotów ochrony, są dla „polujących racjonalnie” nie lada atrakcją. Oto jedno z ogłoszeń jakich w internecie wiele: „Darz bór. Koło Łowieckie zaprasza myśliwych na polowania na gęsi. Miejsce w bezpośredniej bliskości Parku Narodowego Ujście Warty – siedliska ptactwa wodnego. Polowanie na przelotach. Przyjmujemy grupy zorganizowane, minimum 3 osobowe. Polowania będą organizowane w każdy weekend”.
Jeśli ktoś zajrzy do obowiązującej ustawy „Prawo łowieckie” odwołanie do „racjonalności” i nie tylko, znajdzie już w jej pierwszym artykule. Warto go zresztą przywołać w oryginale, bo to zarazem definicja łowiectwa – nie każdy wie, czym ono jest w oficjalnym przekazie. Otóż ni mniej, ni więcej „Łowiectwo, jako element ochrony środowiska przyrodniczego, w rozumieniu ustawy oznacza ochronę zwierząt łownych (zwierzyny) i gospodarowanie ich zasobami w zgodzie z zasadami ekologii oraz zasadami racjonalnej gospodarki rolnej, leśnej i rybackiej.” Darz rezerwat!

Budujta gdzie chceta
Wydawałoby się, że w cywilizowanym europejskim kraju jakim przecież jesteśmy, racjonalna powinna być przynajmniej gospodarka przestrzenna, a w szczególności planowanie zabudowy. Żeby się przekonać, jak jest naprawdę wystarczy spojrzeć na załączone zdjęcie. Śliczny mały domek buduje się przy ścianie lasu, w odległości mniejszej niż połowa wysokości rosnących w nim drzew. A ten las to… rezerwat przyrody „Laski” w województwie lubuskim. Jak się wybuduje, a może już wcześniej, okaże się, że drzewa zagrażają mieniu, a nawet życiu właściciela, jego rodziny i zaproszonych do ogródka gości. I będzie to święta prawda. A domek buduje się legalnie, ktoś wydał na jego budowę decyzję, a może nawet uchwalono miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. Wszystko jest zgodne z prawem, bo prawo mówi jasno – minimalna odległość zabudowy od lasu to 16 m, ale jeśli budynek wykonany jest z elementów nierozprzestrzeniających ognia oraz posiada odpowiednią klasę odporności pożarowej, a takie są teraz prawie wszystkie domy, jest to 12 m. Czemu akurat tyle? Po prostu nie da się zbudować domu dalej na działce o obowiązującej dziś minimalnej dopuszczalnej wielkości, a takie są teraz głównie w obrocie. Dla terenów miejskich wielkość ta wynosi 300 m2, a dla tych poza miastami 1000 m2.
Planowanie przestrzenne to podobno „usystematyzowane działania, których celem jest efektywne wykorzystanie przestrzeni, godzące interesy różnych jej użytkowników oraz realizujące cele społeczne i gospodarcze”. Wykorzystanie przestrzeni przy działkach o powierzchni kilkuset m2 jest faktycznie bardzo efektywne, ale cytowany „interes” jest przede wszystkim interesem właściciela niedawnego pola, którego wartość po podzieleniu na działki budowalne wzrasta nawet 100-krotnie. Gdyby jednak wyłączyć zabudowę w pasie np. 30 m od granicy lasu, w strefie zagrożenia upadkiem drzew, byłoby to… tylko skromna 50-krotność. A drzewa przecież można wyciąć.
Największy problem z taką zabudową, szczególnie w strefach podmiejskich, mają Lasy Państwowe, np. na samej tylko granicy z Trójmiastem strefa bezpośredniego styku lasu i zabudowy to co najmniej kilkanaście kilometrów. Ale jak widać nawet one, mające w tym kraju wpływ na bardzo wiele spraw, racjonalnych zmian w tym zakresie jakoś nie przewalczyły. Obowiązujące prawo z definicji dopuszcza zabudowę w strefie znaczącego zagrożenia dla mienia, zdrowia oraz życia ludzi i wszystko jest w porządku. Do lasu podczas silnych wiatrów nie zaleca się chodzić i nikt rozsądny się tam nie wybierze, ale trudno ewakuować się z własnego domu i nie wychodzić do ogródka.
Granicę zilustrowanego na zdjęciu „osiedla” (gmina Babimost, województwo lubuskie) stanowi granica rezerwatu przyrody „Laski”. Trudno naprawdę założyć, że powstanie w sąsiedztwie rezerwatu zabudowy złożonej z kilkudziesięciu domów nie będzie miało znaczącego wpływu na jego przyrodę, nie będzie generowało uciążliwego dla zwierząt hałasu, nie wpłynie na stosunki wodne, a hodowane tam koty i psy nie będą biegały po jego terenie. Ale osiedle się buduje i nie jest to naprawdę najbardziej spektakularny przykład takiej lokalizacji – działki budowlane lokalizuje się decyzjami o warunkach zabudowy także przy granicy innych rezerwatów przyrody, także stref ochrony ścisłej. Nowe, śliczne domki, na których budowę właściciele zaciągają spłacane przez całe życie kredyty, powstają w odległości 12 m od granicy ściśle chronionych starodrzewi. Myślicie, że podczas silnych wiatrów, których jakoś ostatnio nie ubywa, ludzie Ci będą spać spokojnie? Napiszą wnioski, żeby wyciąć zagrażające im drzewa. A nowemu domowi zbudowanemu 12 m od lasu zagraża praktycznie każde duże drzewo w pasie 20 m od jego skraju, a życiu i zdrowiu przebywających na działce ludzi, w tym dzieci, każde drzewo w pasie 30 m od granicy. Kto będzie tak odważny, żeby takiemu wnioskowi odmówić, bo w rezerwacie chronimy „jakieś tam ptaszki”?
A to naprawdę tylko wierzchołek góry zalegalizowanej patologii z jaką mamy dziś do czynienia w „racjonalnej” gospodarce przestrzennej. Przy odrobinie samozaparcia dom zbudować można praktycznie wszędzie. Ewolucja prawa w tym zakresie, a za nią, a właściwie przed nią, praktyka, zmierzają wprost w kierunku norm. które w końcu można będzie zawrzeć w jednym prostym i zrozumiałym dla wszystkich zapisie – budujta gdzie chceta!
Opisane przykłady z pięciu dziedzin naszej działalności pokazują jak, racjonalna w pojęciu jej wykonawców i najczęściej zgodna z obowiązującym prawem gospodarka, odnosi się do przyrody i jego ochrony. Ale takie prawo, a przede wszystkim obyczaje, i takie pojmowanie racjonalności, kształtujemy my wszyscy, obywatele tego kraju. Na inne nas nie stać, bo większość z nas, pod takim czy innym względem, mentalnie tkwi gdzieś w XIX wieku, a czasem w mrokach średniowiecza. Z punktu widzenia tej mentalności opisane przykłady działań nie jawią się wcale jako nieracjonalne. I musi upłynąć znacznie więcej czasu niż nam się wydaje, żeby większości z nas takimi się jawić zaczęły. Jest wprawdzie Unia Europejska, która od czasu do czasu burzy nasz spokój, wskazując, że w cywilizacji zachodniej, do której jednak chcemy być zaliczani, „racjonalność” jest już czym innym niż my tu sobie wyobrażamy i pewne rzeczy powinno się robić inaczej. Ale przed zachciankami Unii bronimy się jak dotychczas całkiem skutecznie.
Nie da się zbudować spójnej i nowoczesnej wizji rzeczywistości, w tym także ochrony przyrody, z jednej strony czerpiąc ze wzorców współczesności, z drugiej tkwiąc głęboko w poglądach i wyobrażeniach sprzed 100, 200 i 500 lat. Bo to one ciągle przekładają się na nasze rozumienie „racjonalności”, a poprzez to na obyczaje, tworzone przez nas prawo i na to jak go przestrzegamy. Dlatego ciągle najważniejsza jest racjonalna przecież gospodarka, zrównoważony przecież rozwój, konieczny przecież wzrost PKB, obronność, bezpieczeństwo powodziowe i pożarowe, potem jeszcze wiele, wiele innych, a na końcu, cóż, że zapisane w konstytucji i preambułach większości ustaw – „racjonalna„ ochrona środowiska i przyrody.
Andrzej Jermaczek
Artykuł jest kompilacją cyklu tekstów zamieszczonych na profilu autora na Facebooku.