DZIKIE ŻYCIE

Liście opadają, jeże zasypiają, a ludzie niestety „sprzątają”

Barbara Ewa Wojtaszek

Obrazki pozaludzkie

Liście

Rumieńce lata pobladły,
Liść złoty z wiatrem mknie.
I klonom ręce opadły,
i mnie...
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

„Młodość nie wieczność, starość nie radość” – zaszemrał ostatni zeszłoroczny liść, kiedy przelotem otarł się o mnie, spadając z naszego matczynego drzewa pewnego kwietniowego poranka. Wtedy nic sobie z tego nie robiłem, jako młodziutki, świeży, jasnozielony listeczek, który ledwo co wysunął się z pąkowego zawiązka wraz z kilkoma innymi młodziakami.

Jesienny jeż. Fot. MałgorzaTa Od Jeży Czaja
Jesienny jeż. Fot. MałgorzaTa Od Jeży Czaja

Dobrze pamiętam to uczucie stabilności i swobody jednocześnie, kiedy długi ogonek mocno przytwierdzony do cienkiej gałązki trzymał mnie pewnie przy życiu, a całą powierzchnią blaszki liściowej mogłem poddawać się cichuteńkiej i leciuteńkiej pieszczocie wiosennego wietrzyka, przy okazji wchłaniając dwutlenek węgla moimi aparatami szparkowymi.

A jak tylko poczułem pierwsze promienie słońca, zacząłem fotosyntetyzować jak szalony! Chlorofil w moich komórkach pochłaniał światło i rozkładał wodę na wodór i tlen (od razu uwalniany do powietrza). Dzięki energii wynikającej z tego procesu mogłem dalej przemieniać dwutlenek węgla i wodór w pożywne węglowodany, czyli glukozę. Moje liściowe nerwy wiernie transportowały ten monosacharyd w dół – do gałęzi, konarów, pnia i korzeni, żeby go przechować jako skrobię – zapasy na cięższe czasy.

Zarazem tymi samymi aparatami szparkowymi odparowywałem nadmiar wody, zasysając ją z dołu, od korzeni razem z solami mineralnymi. A było tej wody całkiem sporo na wiosnę! Całe szczęście, że nasze matczyne drzewo klonowe rośnie na trawniku, chociaż pomiędzy czteropiętrowymi blokami, to jednak na spokojnym osiedlu. Dodatkowo deszczówka z dachów spływa do pobliskiego ogrodu deszczowego i mogliśmy wszyscy z niej korzystać, bo im bardziej suche i gorące były dni podczas lata, tym szybciej transpirowaliśmy. Dzięki temu w naszym otoczeniu było całkiem orzeźwiająco i przyjemnie nawet w największe upały.

Nie zrozumcie mnie źle, wszak wszystkie zielone liście szeleszczą miłośnie do słońca, aczkolwiek dzisiaj już wiem, że co za dużo w życiu, to jednak niezdrowo.

Dzisiaj dzień jest o wiele krótszy i zimniejszy, chlorofilu mam tyle, co nic, pozostały mi tylko żółte i pomarańczowe karotenoidy oraz czerwone antocyjany. Wiem jednak, że i je utracę... „Młodość nie wieczność, starość nie radość” – te jakże prorocze słowa przypomniałem sobie właśnie teraz, w listopadowym szybko zapadającym zmroku. Po prawdzie już od kilkunastu dni szykuję się na to, co nieuchronnie nadchodzi. Enzymatyczna celulaza nieubłaganie rozpuszcza komórki przytwierdzające mój ogonek do gałązki...

Zaświstało, zaszumiało jesienne wietrzysko i – stało się. Odpadłem i opadłem na ziemię razem z innymi pożółkłymi ze starości liściuchami. W ostatnim akcie komunii z przestrzenią powietrzną zawirowaliśmy złociście – zarówno my umierające liście, jak i klonowe śmigiełka nasion z żywozielonymi liścieniami. Ach te skrzydlaki, kochane dzieciaki, nasza nadzieja na przyszłość, chętnie będę dla nich próchnieć i się rozkładać!

Jesienny jeż. Fot. MałgorzaTa Od Jeży Czaja
Jesienny jeż. Fot. MałgorzaTa Od Jeży Czaja

Zawiało mnie pod żywopłot, z dala od betonowego chodnika. Mimo lekkiej wagi grawitacja zrobiła swoje i upadłem na skoszoną do minimum trawę. Bezpośrednie połączenie z glebą to dla mnie nowość. Poczułem więcej cienia i wilgoci, mniej słońca i wiatru. Właśnie zacząłem się wygodnie układać i przygotowywać do powolnego kompostowania, kiedy szturchnęło mnie coś żywego. Miękkie łapki, cztery. Wilgotny nos, jeden. Od dołu szorujący po ziemi spasiony brzuszek. Od góry zaczepiające o żywopłot ciemne kolce, setki. Oto jeż przygotowujący się do zimowego snu.

Kiedy prześliznął się po mnie, niemal wyczułem wszystkie dżdżownice, szarańczaki, ślimaki, chrząszcze i inne owady, którymi przez ostatnie tygodnie napełniał swoją żywą, tłuszczową spiżarnię. Chyba przygotowywał się do snu zimowego? Upodobał sobie mnie i moich pobratymców, zakopując się w naszej liściowej stercie, ugniatając sobie wygodne gniazdko. Sapnął, parsknął i – zasnął. Przez kolejne długie godziny czułem, jak zmniejsza się ciepło jego ciała, cichnie oddech i zwalnia puls. I ja byłem gotowy do kilkumiesięcznej ciemności i ciszy.

Wtem! Niespodziewany ścisk i kotłowanina, szarpanie i ubijanie, ruch w górę i dół! Śliska folia wokół całej naszej sterty. Domyśliłem się, że ludzkie służby tak zwane porządkowe zagrabiły nas, zabrały spod żywopłotu, wywiozły daleko od matczynego drzewa! To oznacza, że niestety nie zasilę swoim ciałem młodziutkich siewek, nie będę nawozem dla przyszłych pokoleń... No i nie wiem, co się stało z sympatycznym jeżem, w całym tym zamieszaniu straciłem go z odczuwanego pola. Zrobiło mi się bardzo smutno, szaro-buro i ponuro. A przecież moja starość mogła być ciepła i użyteczna, gdyby nie ludzie i ich „porządki”...

Barbara Ewa Wojtaszek

Barbara Ewa Wojtaszek – edukatorka (głęboko)ekologiczna, absolwentka Szkoły Ekopoetyki, prezeska zarządu Fundacji Klub Myśli Ekologicznej, kotrenerka Szkoły Integralnej Ekopsychologii SIE oraz Szkoły Trenerskiej Ekopsychologii STEP.