DZIKIE ŻYCIE

Moje przygody z edukacją

Andrzej Jermaczek

Jesień to co roku czas ogólnonarodowej dysputy nad stanem edukacji szkolnej, niestety od wielu lat ograniczonej do kilku dyżurnych tematów. Może więc, dla odmiany, kilka refleksji o edukacji przyrodniczej, a żeby już całkiem odciąć się od głównego nurtu, niech to będzie edukacja pozaszkolna. Tekst jest kompilacją felietonów zamieszczonych w ubiegłym roku, po wakacjach 2024 r., na moim Facebookowym profilu, jednak poruszana w nich tematyka ciągle pozostaje aktualna.

Edukacja reglamentowana

Człowiek uczy się przez całe życie, więc mimo tego, że od jakiegoś czasu kwalifikuję się do tzw. trzeciego wieku, wędrując czasem po Polsce, staram się szukać lokalnych ofert edukacyjnych. Niestety edukacja, jak się okazuje, to towar coraz częściej reglamentowany.

Będąc w okolicy Świeradowa-Zdroju, i poszukując miejscowych atrakcji nie dało się nie zwrócić uwagi na „Centrum edukacji ekologicznej Natura 2000 Izerska Łąka”. Pięknie – pomyślałem – Natura 2000, Izery, łąka, takiej edukacji właśnie potrzeba. Oferta w internecie potwierdza oczekiwania – fauna i flora, zanieczyszczenie nieba światłem, a na dodatek, na żywo, życie pszczelej rodziny! I jeszcze ta technika – tablica interaktywna, okulusy, wizualizery, mikroskopy i… ekran parowy! Po kilkunastu minutach jazdy, na górce wyłania się nowoczesna bryła dwóch sporych, połączonych ze sobą budynków. Ale parking jakoś dziwnie pusty, a drzwi – zamknięte! No, ale jak to, przecież w internecie stoi, że OTWARTE, do zamknięcia brakuje kilku godzin. Może trzeba cierpliwie pukać? Rzeczywiście, po jakimś czasie pojawia się lekko zaspany pan. Tak, tu jest Centrum, edukujemy, jak najbardziej, ale… trzeba się wcześniej umówić, z kilkudniowym wyprzedzeniem. No, ale przecież nikogo nie ma, może jednak można wejść i się rozejrzeć, choćby zobaczyć pszczoły? Nie, tak się nie da, mamy swój harmonogram i zasady. Kropka. Rozglądam się jeszcze z nadzieją w rozległym otoczeniu „centrum”, ale tu też nic i nikt nie chce mnie edukować.

Zbudowane z wielkim trudem centra edukacji pomyślano w taki sposób, ze dla przychodzącego z ulicy nie mają żadnej oferty. Fot. Andrzej Jermaczek
Zbudowane z wielkim trudem centra edukacji pomyślano w taki sposób, ze dla przychodzącego z ulicy nie mają żadnej oferty. Fot. Andrzej Jermaczek

Sierpień, Bory Tucholskie, więc oczywiście park narodowy. Najpierw parę kilometrów szlaków, a kolejnego dnia koniecznie wizyta w Centrum Edukacji Przyrodniczej parku. Trzeba przejechać kilkadziesiąt kilometrów, ale co tam – jak łatwo znaleźć w Internecie – „na miejscu mamy do czynienia z Zagrodą Pokazową Zwierząt, Muzeum Przyrodniczym oraz budynkiem dydaktycznym” w których realizowana jest „szeroko pojęta edukacja”. Czego więcej chcieć. Jeszcze sprawdzić godziny otwarcia – OTWARTE. Z szosy wszystko wygląda jak w internecie, więc z parkingu prosto do Muzeum. I jest, przez szklane drzwi widać wystawę, akurat weszła grupa, więc serce przyspiesza. Ale gdzie jest jakaś kasa, bilety? Nie ma kogo zapytać, więc kręcimy się lekko zdezorientowani. W końcu pojawia się pan z powitalnym „a kto was tu wpuścił, tu NIE WOLNO WCHODZIĆ!”. Czar pryska, nadchodzi déjà vu. Bo znów „trzeba się zapisać, wypełnić kartę zgłoszenia, najbliższy wolny termin w poniedziałek”. Chyba nieco zbyt gwałtownie zamykam za sobą drzwi. No, ale może uda się chociaż zobaczyć te „pokazowe” zwierzęta? Zagroda zamknięta na kłódkę – zwiedzanie z pracownikiem Parku. Do obejrzenia zostają wiaty z malowniczo ułożonym drewnem opałowym.

W domu z ciekawości sprawdzam jeszcze co mnie ominęło, a przy okazji zerkam na kwoty, zainwestowane w tę reglamentowaną edukację, głównie przez Unię Europejską – koszt budowy Centrum w Świeradowie – 2,445 mln zł. Budowa samego tylko Muzeum Przyrodniczego PN „Bory Tucholskie” – 10,761 mln zł, „centrum” i „zagroda pokazowa” to dwa osobne, wcześniejsze projekty, których wyceny już nie szukam.

Ktoś powie – czepiasz się dziadu, od tego jest internet, żebyś wyczytał, że to edukacja reglamentowana i jakie są zasady tej reglamentacji. I oczywiście jest w tym jakaś racja. Każdy może mieć koncepcję edukowania jaka mu się podoba, ustalać własne zasady, narzucone przez możliwości, nowoczesne (?) rozwiązania i drogi sprzęt, którego przecież nie może byle kto, ot tak sobie dotykać. I w sumie nikomu nic do tego. Patrząc jednak z drugiej strony, jeśli z niemałym przecież nakładem sił i środków tworzy się takie centra, może można przewidzieć, że ich nazwy znajdą się na wszystkich mapach, informatorach itd., gdzie nie będzie szczegółów dotyczących „zasad korzystania”, i przygotować ogólnie dostępną, choćby skromną ofertę z najistotniejszym dla miejsca przekazem dla tych, którzy przyjadą „z szosy” i nie będą mieli tygodnia na rozplanowanie swojej edukacji. Jakiejś mapy, tablicy, pouczającej zabawki, krótkiego filmu, jakiegoś programu minimum dla „człowieka z szosy”. Tym bardziej, że taki człowiek nie jest prawdopodobnie rzadkością, Centrum PN „Bory Tucholskie” nie leży w środku lasu, lecz przy ruchliwej drodze, którą codziennie tysiące turystów zmierza nad morze i na Pomorze, a duży napis „Centrum Edukacji Przyrodniczej” naprawdę zaprasza z daleka. W okolicy Świeradowa-Zdroju przez cały rok kręcą się tysiące znudzonych, szukających atrakcji turystów. A ktoś, komu w takim miejscu zostanie tylko pocałowanie klamki, naprawdę już nie wróci. I mała szansa, że stanie się przyjacielem przyrody i jej ochrony.

A tak naprawdę, jak zawsze, chodzi o podejście. Wizyta, rok wcześniej, w centrum Tatrzańskiego Parku Narodowego, gdzie ekspozycja funkcjonuje na podobnych zasadach, skończyła się lepiej. Mimo napiętego harmonogramu i kłębiących się wszędzie tłumów dzieci, jakoś dało się dołączyć do wchodzącej właśnie grupy, była szeroka oferta map, folderów, przewodników i innych publikacji, czas na krótką rozmowę, i chyba najważniejsze – wrażenie, że komuś, jak w każdym szanującym się biznesie, którym może powinna być także edukacja, zależy, żeby „klient wyszedł zadowolony”.

Muzea w muzeach

Podczas wakacyjnych wędrówek zdarzają się dni kiedy pogoda staje się barowa, a po wyczerpaniu oferty barowej… muzealna. Zapędzeni przez aurę pod dachy oglądamy więc stare obrazy i rzeźby, zbroje i miecze, warsztaty tkackie i narzędzia tortur, a czasem także wypchane sarenki i motyle na szpilkach, usiłując wynieść z tego jakąś naukę i zachętę do refleksji. Badając stan szeroko pojętej edukacji w „temacie przyrody”, zwiedziłem Muzeum Przyrodnicze w Kazimierzu Dolnym oraz Muzeum Borów Tucholskich w Tucholi.

Muzeum w Kazimierzu, mieszczące się w zabytkowym Spichlerzu Ulanowskich, zwiedzałem już kilka razy, po raz pierwszy przed blisko 30 laty. W ostatnich latach próbowałem wielokrotnie, ale trwał w nim niekończący się remont. W końcu okazało się, że muzeum wreszcie zaprasza. Po wielu latach przygotowań spodziewałem się zobaczyć jakieś „cuda na kiju”, zapierające dech w piersiach, migające tysiącem lampek multimedia i, co chyba najgorsze, dowiedzieć się, że zwiedzanie „tylko po wcześniejszym zgłoszeniu, w grupach i z przewodnikiem”. Tymczasem – nic z tych rzeczy. Ekspozycję można zwiedzać po prostu kupując bilet i w sposób wyważony zdaje się ona łączyć różne światy – dawną tradycję muzealną z nowymi zdobyczami techniki. Są więc, jak dawniej, gabloty z okazami dermoplastycznymi, zaaranżowane z nich dioramy, choć nieco anachroniczne, nie obrażają jednak poczucia estetyki, przynajmniej mojego. Są owady na szpilkach i polakierowane trochę jadowitą zielenią okazy zielnikowe, ale jest także profesjonalna multimedialna prezentacja ilustrująca w kontekście historycznym proces powstawania lessowych wąwozów. Jest bogata, uporządkowana systematycznie i opatrzona rzeczowym komentarzem, kolekcja pochodzących z okolic Kazimierza wapiennych skamieniałości. I jest wreszcie otwarcie na płynącą w odległości kilkudziesięciu metrów Wisłę – oprócz elementów ekspozycji, całkiem dobra luneta, zainstalowana na odkrytym balkonie od strony rzeki, pozwalająca obserwować nawet ptaki siedzące na drugim brzegu. Wszystko uzupełnia, może średnio pasująca do koncepcji, ale nawiązująca do wcześniejszej ekspozycji i ożywiająca ją, rodzina pszczela w odkrytym, połączonym ze światem zewnętrznym, uliku. Na górnym piętrze można też spojrzeć w górę i obejrzeć odsłoniętą teraz, oryginalną drewnianą konstrukcję zabytkowego dachu. Całość całkiem dobrze wpisuje się w hasło „dla każdego coś miłego” i o to chyba w takich placówkach powinno chodzić.

W niewielu muzeach przyrodniczych, jak w Kazimierzu Dolnym, udaje się z sukcesem spleść tradycyjną ekspozycję z odrobiną nowoczesności. Fot. Andrzej Jermaczek
W niewielu muzeach przyrodniczych, jak w Kazimierzu Dolnym, udaje się z sukcesem spleść tradycyjną ekspozycję z odrobiną nowoczesności. Fot. Andrzej Jermaczek

Drugie z muzeów do którego trafiłem to Muzeum Borów Tucholskich w Tucholi. Zrąb ekspozycji stanowi tu interesująca, przynajmniej dla mnie, wystawa historyczno-etnograficzna, prezentująca dalszą i bliższą przeszłość miasta i regionu, z bogatą kolekcją przedmiotów, których przeznaczenia, szczególnie osoby młodsze, bez opisu nie byłyby w stanie ustalić. Część jednej sali zajmuje jednak także ekspozycja przyrodnicza złożona z kilku grup okazów dermoplastycznych, I tu niestety… tragedia. Nawet jeśli w założeniu miało to kiedyś mieć walory dydaktyczne, dziś głównie straszy powykręcanymi w jakimś danse macabre, wypłowiałymi i nadjedzonymi przez mole eksponatami.

Jest to, znów niestety, stan i los wielu podobnych, niewielkich placówek regionalnych, w których z przyczyn organizacyjnych, a przede wszystkim finansowych, nie ma nie tylko działu, ale nawet osoby odpowiedzialnej za część przyrodniczą, odpowiednio przygotowanej i zainteresowanej jej rozwojem. Niewiele lepiej prezentuje się dziś ekspozycja przyrodnicza w bliskim mi Muzeum w Świebodzinie, której zrąb tworzyłem przed 40 laty. Nie wnikając już nawet w stan eksponatów, powszechny wówczas sposób prezentacji i przekazu dziś jest anachroniczny i trudno go zaakceptować w kategoriach współczesnej edukacji. I to nie jest tylko specyfika małych, dogorywających na prowincji placówek. Wśród poważnych muzeów przyrodniczych, działających także przy placówkach naukowych, gromadzących unikatowe kolekcje i cieszących się zasłużoną renomą, także są takie, które w zakresie ekspozycji zatrzymały się na etapie połowy ubiegłego wieku, a czasem wcześniej. Muzea w muzeach, realizujące co najwyżej przekaz w rodzaju „patrzcie dzieci, tak w dawnych, słusznie minionych czasach, wyglądały muzea przyrodnicze”.

Warszawa jest jedną z niewielu europejskich stolic, która, mimo, że przymiotnik „narodowy” odmienia się u nas przez wszystkie przypadki, nie ma narodowego muzeum przyrodniczego. Jego koncepcja rodziła się już na początku XIX wieku, ale zabory nie sprzyjały takim inicjatywom i zanim się urodziła zdążyła umrzeć. Po uzyskaniu niepodległości, już w roku 1919 powstało Narodowe Muzeum Przyrodnicze, jednak w roku 1935 znaczną część zbiorów strawił pożar, a potem dzieła dokończyli Niemcy. Po wojnie muzeum przeszło pod zarząd Polskiej Akademii Nauk, ale nikt już nie miał wystarczającej siły przebicia, żeby reaktywować jego działalność, zbiory wylądowały w magazynie, a koncepcja co jakiś czas odżywała, jednak bez skutku. Także dziś idea muzeum przyrodniczego nie jest w stanie skutecznie konkurować z narodową manią posiadania niezliczonej liczby placówek historyczno-martyrologicznych.

Trudno się dziwić, że współczesne muzealnictwo przyrodnicze przeżywa kryzys. To co przed laty, w ówczesnej estetyce i przy ówczesnych możliwościach technicznych przyciągało uwagę, dziś, w najlepszym razie, budzi niesmak. Udrapowanej w pokracznej pozycji sarence z wyłupiastymi szklanymi oczyma, coraz trudnej konkurować z setkami zapierających dech w piersiach filmów przyrodniczych, dostępnych na kliknięcie w każdym smartfonie i z milionem innych, napierających zewsząd atrakcji.

Bardzo trudno, szczególnie dysponując mizernym budżetem, znaleźć dziś środki przekazu atrakcyjne dla współczesnego odbiorcy, szczególnie młodszego, a jednocześnie wpisujące się w kilkuwiekową tradycję muzealnictwa przyrodniczego. Choć opisany przykład Muzeum w Kazimierzu, a także przykłady ekspozycji w niektórych parkach narodowych, pokazują, że nie jest to niemożliwe. Ambicje bycia nowoczesnymi placówkami z profesjonalną ekspozycją ma także kilka innych krajowych muzeów przyrodniczych. Wiodącym wydaje się Muzeum Przyrodnicze Instytutu Systematyki i Ewolucji Zwierząt PAN w Krakowie. Można je także zwiedzić nie wychodząc z domu, wirtualnie. No i zawsze można się wybrać, także nie ruszając się z fotela, do Muzeum Historii Naturalnej w Londynie: Tylko czy tam dowiemy się czegoś o przyrodzie Borów Tucholskich?

Darz bór!

Niekwestionowanym liderem w dziedzinie pozaszkolnej edukacji są Lasy Państwowe. W każdym nadleśnictwie jest co najmniej jedna, a najczęściej kilka edukacyjnych ścieżek „przyrodniczo-leśnych”. Jednak edukacja „przyrodniczo-leśna” w wydaniu LP nie zawsze oznacza, że w lesie uczymy o przyrodzie. Znacznie częściej sprowadza się do przybliżenia edukowanym, w tych pięknych okolicznościach przyrody, wiedzy o zawiłościach gospodarki leśnej i utrwalenia w umysłach prostego przekazu, że bez leśnika las umrze. Widziałem już kilkadziesiąt różnych „przyrodniczo-leśnych” ścieżek, ostatnio udało mi się poznać trzy kolejne – w Nadleśnictwach Świeradów, Tuchola i Woziwoda.

Najbardziej zbliżona do tego, co ja chciałbym widzieć na edukacyjnych ścieżkach w lesie była bez wątpienia ścieżka na wzgórzu „Zajęcznik” w pobliżu Świeradowa-Zdroju. To ścieżka interaktywna choć prosta w „obsłudze”, wykonana w 2012 r. i o dziwo jeszcze zupełnie nie zdewastowana. Składa się z tablic, a raczej ruchomych „zabawek”, wymagających zaangażowania turysty, rozmieszczonych wzdłuż około 2 km trasy. Większość z nich dotyczy rozpoznawania i kwalifikowania do różnych grup ekologicznych gatunków roślin i zwierząt zamieszkujących region Gór i Pogórza Izerskiego, ale są też np. „leśne cymbały” ilustrujące właściwości foniczne różnych gatunków drewna. Pod względem merytorycznym ścieżka została dobrze przemyślana i przygotowała – jest estetyczna, zachęca do myślenia i dobrze oddaje specyfikę przyrody regionu, choć wydaje się, że, prawdopodobnie na etapie wykonania, pomylono lub niewłaściwie zamontowano kilka podpisów i ilustracji.

Na wielu leśnych ścieżkach przyrodniczych króluje wizja, w której, bez dobrego wujka – krzyżówki leśniczego z myśliwym, oraz ich piły, strzelby i paśnika – las i wszystko co w nim żyje sczezną z kretesem. Fot. Andrzej Jermaczek
Na wielu leśnych ścieżkach przyrodniczych króluje wizja, w której, bez dobrego wujka – krzyżówki leśniczego z myśliwym, oraz ich piły, strzelby i paśnika – las i wszystko co w nim żyje sczezną z kretesem. Fot. Andrzej Jermaczek

Drugi z „zaliczonych” obiektów to „ścieżka przyrodniczo-dydaktyczna Jelenia Wyspa” w Nadleśnictwie Tuchola, w miejscowości Gołąbek, w sąsiedztwie siedziby nadleśnictwa. Zgodnie z tym co znalazłem w internecie ścieżka „prezentuje charakterystyczne zbiorowiska roślinne występujące na terenie Borów Tucholskich, a także podstawowe zagadnienia z zakresu ochrony przyrody i prowadzenia gospodarki leśnej”. Biegnie wzdłuż urokliwej rzeki Stążki, obrzeżami dobrze zachowanych torfowisk, przecinając fragmenty borów sosnowych. Długość trasy to około 3,5 km, rozmieszczono na niej 10 przystanków, w tym dobrze wkomponowaną w krajobraz wieżę widokową na skraju największego w regionie torfowiska niskiego. Położenie i niekwestionowana atrakcyjność przyrodniczo-krajobrazowa ścieżki powodują, że na zaplanowanym na kilkanaście samochodów parkingu w sezonie wakacyjnym trudno znaleźć wolne miejsce. Kilka tablic, rzeczowo i profesjonalnie przygotowanych, prezentuje walory przyrodnicze obszaru – rzeki, torfowisk i lasów. Nie udało mi się jednak nigdzie znaleźć informacji, że… jesteśmy w rezerwacie przyrody i co z tego wynika. A jesteśmy, bo ścieżka biegnie przez rezerwat „Bagna nad Strążką”. Zamiast tego mamy przystanki „Ptasia remiza”, tak jakby cały ten obszar nie był jedną wielką „remizą”, „Paśniki dla zwierzyny leśnej”, jakby w rezerwacie potrzebowała ona dokarmiania i wreszcie „Ochrona lasu przed owadami”. No i nawet z tablic z pozoru neutralnych, dowiadujemy się, że przyrody nie można zostawić samej sobie, bo w żadnym razie nie poradzi sobie bez pomocy leśnika. Więc „Naturalne odnowienie lasu” [patrz zdjęcie] niech sobie będzie naturalne, ale trzeba mu pomóc przez „rozrzedzania górnej warstwy drzewostanu”, „wzruszanie gleby”, „ograniczanie rozwoju roślinności zielnej”, a w końcu „uzupełnienie miejsc pustych innymi gatunkami”. Jeśli przekaz taki wieszamy w rezerwacie przyrody to mówi on jasno, że bez ciężkiej pracy leśnika nie ma i nie będzie żadnego, nawet chronionego w rezerwacie lasu. Co należało udowodnić.

Trzecia ścieżka, przy Nadleśnictwie Woziwoda, przebiega przez inny rezerwat przyrody – „Dolinę Rzeki Brdy”. Tu również, zgodnie z tym co uczciwie napisano w internecie „możemy zapoznać się z pracą leśnika i zasadami gospodarki prowadzonej w lesie”. Trasa zaczyna się od punktu widokowego z widokiem na Brdę, jednak później, mimo, że ścieżka biegnie wzdłuż jej doliny, próżno by szukać nawiązania do rzeki, jej przyrody i ochrony, a także tego, że jesteśmy w rezerwacie i tu „praca leśnika” powinna może wyglądać nieco inaczej. Zamiast tego króluje leśny standard – remiza – leśniczówka – wyłączony drzewostan nasienny – odnowienie lasu – drzewostan żywicowany – plantacja choinkowa – drzewostan pochodny – zalesienie porolne – karmowisko. Wygląda też na to, że nakładają się tu na siebie dwie ścieżki, trochę różniące się przebiegiem, i na tej drugiej jest trochę przystanków mniej „standardowych”, choć w tej mieszance trudno się połapać „co jest czym czego”, a po co np. w środku lasu nad Brdą tablica „Państwa roślinne świata” nie udało mi się dojść.

Opisane ścieżki zakwalifikować można do górnej ćwiartki tych lepszych i ambitniejszych. Najczęściej spotykany standard to rozstawiona w rzędzie na leśnej polanie lub wzdłuż drogi „droga krzyżowa” z kilkunastu tablic, z niekwestionowanym hitem prawie wszystkich takich obiektów – powieloną już chyba w kilku tysiącach egzemplarzy tablicą „Ptasi budzik”. Więc jadąc po edukację do lasu trzeba się przygotować na mieszkankę rzetelnej wiedzy i współczesnego postrzegania świata z zabetonowaną w grupowej świadomości części leśników (chcę wierzyć, że mniejszej), wizją lasu z przełomu XIX i XX wieku, w której, bez czuwającego nad nim dobrego wujka – krzyżówki leśniczego z myśliwym, oraz ich piły, strzelby i paśnika, las i wszystko co w nim żyje sczeźnie z kretesem. Jeśli więc przypadkiem, zamiast tej wizji, błędnie uznawanej za godną pielęgnacji tradycję, na „przyrodniczo-leśnej” ścieżce znajdziecie coś innego – rzetelną wiedzę o tym, czym jest i jak naprawdę funkcjonuje las – będziecie mile zaskoczeni.

Zdążyć przed końcem

W trzecim dniu powodzi jaka wiosną 2024 r. dotknęła Dolny Śląsk zapukali do mnie Świadkowie Jehowy, a ściślej mówiąc Świadkinie, z pytaniem, czy wiem co się dzieje i czy zastanawiam się co Bóg chce nam powiedzieć zalewając Lądek i Kłodzko. Po krótkiej wymianie zdań okazało się, że, poza nieistotnymi dla sprawy kwestiami nomenklaturowymi, jesteśmy zgodni, że kierowany do nas przez Jahwe lub Przyrodę przekaz brzmi – źle się dzieci bawicie! I, że trzeba to koniecznie ludziom uświadomić, bo koniec tej beztroskiej zabawy może być już bliski.

To, co najbardziej poruszyło mnie w tej krótkiej choć owocnej wizycie był podziw dla sprawności, z jaką te zwykłe przecież kobiety, potrafiły wykorzystać nadarzającą się okazję, wplatając ją w swoją narrację. I od razu pojawiła się refleksja – dlaczego w taki sposób nie działa liczna przecież grupa osób i instytucji profesjonalnie zajmująca się edukacją przyrodniczą? Przypomniały mi się niedawne wakacyjne wędrówki po Borach Tucholskich, które zaprowadziły mnie między innymi nad lobeliowe jezioro Wielkie Gacno w Parku Narodowym. Nad jeziorem zaplanowano miejsce odpoczynku i, jak to w takich miejscach bywa, edukację. Jest więc tablica, z opisem roślinności, a także kilkudziesięciometrowy system kładek wchodzących w litoral jeziora. Tyle, że tablica prezentuje raczej rośliny wodne i bagienne, a kładki stoją… na suchym piasku, wśród rachitycznych trzcinek. Tafla wody zaczyna się kilkanaście metrów dalej. Bezskutecznie szukam więc pod kładką anonsowanych na tablicy roślin, no bo skąd miałyby tu być. Po chwili domyślam się tego co tu zaszło, ale inni turyści przechadzający się po kładce, wydają się lekko zdezorientowani. Punkt ukierunkowany na edukację ktoś zaplanował i wykonał, profesjonalnie i z sensem, tyle, że kilkanaście lat temu. Od tego czasu zaszły tu naprawdę znaczące przekształcenia – pod wpływem zmieniającego się klimatu drastycznie zmniejszyła się ilość opadów i poziom wody w jeziorze obniżył się co najmniej o 0,5 m. Zmiany te, aż się proszą o krótki choćby komentarz, wymianę nieaktualnej już tablicy lub dodatkową tablicę z komentarzem na kładce. Miejsce jest idealne do zwrócenia uwagi na to co się dzieje w przyrodzie wokół nas, na zmieniający się klimat, tego przyczyny i konsekwencje. Ale żadnego komentarza na ten temat nie ma. Przez kilkanaście lat kiedy stopniowo obniżał się poziom wody w jeziorze nikomu z pracowników instytucji profesjonalnie przecież zajmującej się dydaktyką nie zaświtał w głowie pomysł uaktualnienia przekazu i skomentowania tego zjawiska.

To symboliczny obrazek ilustrujący refleksję, że edukacja przyrodnicza, nie tylko szkolna, ale i pozaszkolna, zupełnie nie nadąża za zmieniającą się coraz szybciej rzeczywistością. Do licznej rzeszy edukatorów wydaje się nie docierać co we współczesnej dydaktyce stało się najistotniejsze. Świadkowie Jehowy, obserwując świat wokół siebie, potrafili niemal natychmiast dostosować do tego co się dzieje swój przekaz, wykorzystać tragedię na południu Polski do wyartykułowania tego co w ich narracji najistotniejsze. Profesjonalni edukatorzy w parku narodowym na wykorzystanie nadarzającej się okazji przez kilkanaście lat nie wpadli.

Czy w jakimkolwiek innym miejscu gdzie się ludzi edukuje, może poza internetem, ktoś oprócz Świadków Jehowy wykorzystał wszechogarniającą nas od lat suszę lub katastrofalną powódź w celach dydaktycznych? Czy w licznych rozsianych po kraju ośrodkach edukacji ekologicznej przygotowano na ten temat prezentacje, a w szkołach, np. co kilka lat „walczącego” z powodzią Wrocławia, odbyły się, odbywają lub odbędą lekcje o przyczynach powodzi? Czy księża z ambon poruszeni powodzią powiedzieli wiernym – źle się dzieci bawicie? Naprawdę mocno w to wszystko wątpię. Czytałem ostatnio, że, już „wkrótce” Ministerstwo Edukacji zamierza wprowadzić w szkołach przedmiot prezentujący młodzieży „podstawy ekologii”. Mało tego, do podstawy programowej różnych przedmiotów, ma zostać „przemycona” wiedza o klimacie i jego zmianach. Ale czy uda się to wdrożyć przed następnymi wyborami? Czy znów, jako lewackiego wymysłu, nie oprotestują tego i nie zaskarżą do jakiegoś trybunału biskupi? Bo tak naprawdę podstawy ekologii i wiedzy o klimacie można było już dawno realizować w programach nauczania różnych przedmiotów. Także w nauczania „religii” – czyż pycha i chciwość wobec środowiska i przyrody, a także lenistwo w przyswajaniu podstawowych prawd naukowych, to grzechy nie tak samo ważne jak cudzołóstwo?

I tu dochodzimy do odpowiedzi na pytanie dlaczego Świadkowie Jehowy, błyskawicznie potrafią wykorzystać w celach „dydaktycznych” taką okazję jak powódź, a tysięczne rzesze profesjonalnych edukatorów niezmiennie uczą nasze dzieci i wnuki o mejozie, na tablicach i ścieżkach edukacyjnych pokazują nam paśniki, szkodniki i rośliny, których w tych miejscach już dawno nie ma, a w muzeach straszą makabrycznie wypchanym zającem? Powiecie, że to kwestia pieniędzy jakich ciągle szczędzimy na edukację. I jest w tym sporo racji. Ale jest chyba jeszcze coś, co wydaje mi się ważniejsze od pieniędzy, czego pod dostatkiem mają Świadkowie Jehowy, a czego zbywa „edukatorom” w szkołach, na uczelniach, w parkach narodowych, nadleśnictwach, kuratoriach i ministerstwach, organizacjach społecznych i kościołach. Tym czymś są misja i wizja – misja naprawiania świata i rozwiązywania jego realnych, a nie wydumanych problemów oraz spójna wizja tego jak to robić. Bez nich mamy coraz mniejsze szanse, żeby z najpilniejszym dziś przecież przekazem… zdążyć przed końcem. Szczególnie jeśli tych, którzy dziś mieliby edukować, nikt wcześniej nie wyedukował i wierzą, że to wszystko co nas dziś spotyka i coraz dobitniej objawia się wokół, to przecież nie nasza wina, naszej pychy i zachłanności, lecz wina plam na Słońcu, Tuska, Unii, szczepionek, tęczowej zarazy i bobrów.

Andrzej Jermaczek