Nie wiem czym jestem, ale czuję, że jestem. Rozmowa z Michałem Adamowiczem, liderem zespołu Cicho
Bartosz Sobański: Nowa płyta „Cicho” nie jest Twoim pierwszym projektem muzycznym.
Michał Adamowicz: Zgadza się. Ale z zespołem Cicho to pierwszy.
Natomiast teraz mamy do czynienia z płytą autonomiczną, projektem muzycznym, który ma wiele wspólnego z przyrodą.
Na gitarze grałem od dawna, i miałem już różne przygody z zespołami od liceum. Odkąd pamiętam słuchałem muzyki, w której ważne były też teksty, w związku z tym kiedy z kolegami tworzyłem zespoły, też chciałem pisać teksty. Były różne próby, różne podejścia. Z kolei pisanie ścieżki dźwiękowej do filmu „Kohut” to zupełnie inna historia, tam muzyka ma podkreślać obraz. Miała też pomagać budować specyficzną atmosferę w filmie, którą wspólnie z Filipem Chudzyńskim, współautorem filmu, chcieliśmy osiągnąć. Jednocześnie nagrywałem w tym samym czasie moją poprzednią płytę, jeszcze sam, bez zespołu. Płyta nosiła tytuł „n.p.m.”, czyli „nad poziomem morza”. To opowieść o tym co przydarzyło mi się w czasie badań nad cietrzewiem w Tatrach. O różnych, często bardzo pierwotnych uczuciach, związanych z obcowaniem z dzikością w wysokich górach. No i później, już z zespołem pracowałem nad tą płytą, o której będziemy dziś rozmawiać.
Moje życie jest tak bardzo mocno związane z przyrodą, że przyroda naturalnie przeniknęła do tekstów. Natomiast, szczerze powiedziawszy, miałem pewne opory przed pisaniem tekstów o przyrodzie.
Dlaczego?
Myślę, że trochę jest tak, że nie ma się na kim wzorować. Mam wrażenie, że to nigdy nie jest poważny, główny temat tekstów piosenek. To znaczy – przyroda może być tłem do jakichś wydarzeń opisywanych w utworach muzycznych, ale oprócz takich typowych piosenek dla dzieci o przyrodzie, to ja nie znałem zbyt wiele takich rzeczy i trochę zawsze mi się wydawało, że jak będę tak robił to będzie to infantylne.
Jak sobie z tym poradziłeś, jak to wytłumaczyłeś?
Zaczęło się chyba od tego, że na poprzedniej płycie znalazła się taka piosenka, która nazywa się „Na styku nocy i dnia”. Zawsze byłem ogromnym fanem ścieżki dźwiękowej do filmu „Makrokosmos”, który po angielsku nazywa się „Winged Migration”. W dzieciństwie miałem plakat z tego filmu w pokoju. W filmie jest dużo muzyki instrumentalnej, ale też kilka piosenek z tekstem. Te teksty dotyczyły przyrody i ptaków i mocno przemawiały do wyobraźni, więc pomyślałem w końcu, że skoro udało się tam, to może mi też się uda. Na kanwie tej refleksji powstała piosenka „Na styku nocy i dnia”, o cietrzewiu tokującym w mroźny świt w Tatrach, podczas gdy nikt, a przynajmniej żaden człowiek, tego nie widzi – nie ma świadków.
Często myślę o tym ile dzieje się w przyrodzie kiedy nas – obserwatorów tam nie ma. Pisałem ten tekst około roku, bo ciągle mi się coś nie podobało, uważałem, że brzmi zbyt naiwnie. W końcu jakoś udało mi się samego siebie przekonać, że tak można, że pisanie piosenek o przyrodzie jest możliwe i może nawet ma sens.
Opowiedz teraz, proszę, o nowej płycie.
Trudno będzie w jednym zdaniu powiedzieć, o czym jest ta płyta, to pomieszanie dość osobistych refleksji o szeroko pojętym życiu, ale też mocno osadzonych w tematyce natury. Ponieważ tylko ja, jak dotąd piszę w naszym zespole teksty, płyta mówi o moich przemyśleniach.
Chyba najważniejszy dla mnie utwór to „Ciszej i ciszej”. Zrodził się z mojego pewnego rodzaju nie najlepszego stanu emocjonalno-psychicznego. Mam wrażenie, że miało to początek, gdy Rosja napadła w 2022 r. na Ukrainę. Myślę, że każdy z nas przeżył to na swój sposób. W moim przypadku był to swego rodzaju kryzys – taki ogólno-egzystencjalny, w każdym razie był to mój poważny problem przez jakiś czas.
Wtedy przypomniałem sobie kilka takich momentów, które przeżyłem na Bagnach Biebrzańskich, kiedy chodziłem na obserwacje cietrzewi, badając ich tamtejszą populację. Było tam kilka takich sytuacji, które mogły się wydarzyć wyłącznie w głębokim kontakcie z przyrodą. Byłem na torfowisku – bujna roślinność, niesamowicie dużo owadów, mnóstwo dźwięków, wiele głosów ptaków wokół. Miałem wówczas takie delikatne wrażenie, że jestem tego częścią, częścią pewnego rodzaju cyklu życia. Że teraz, w tej właśnie chwili, jest nasz czas, to znaczy tych wszystkich istot, które są na tym torfowisku, a potem będzie inny czas, będzie co innego, i że to wszystko jest okej. Poczułem wówczas jakiś ogromny, głęboki spokój i to było piękne. Później było to również pomocne w pisaniu piosenek.
Pierwsza część „Ciszej i ciszej” opowiada o tym wszystkim, co jest temu przeciwne i sprzeczne, co sprawia, że nie żyjemy tu i teraz. Czyli hałas, pośpiech, miasto, uczucie ścisku, i związane z tym wszystkim uczucie samotności. Muszę też przyznać, że te doświadczenia trochę zmieniły moje życie. Zacząłem myśleć o ochronie przyrody jako o ochronie całego zespołu istnień. Fakt, że on istnieje, daje mi swego rodzaju komfort, to znaczy nadaje jakiś sens egzystencji w ogóle. Wtedy po raz pierwszy poważnie miałem takie spostrzeżenie, że łączność z naturą jest naprawdę potrzebna, dlatego, że w tej łączności człowiek po prostu może być szczęśliwy nie tylko, jeśli coś osiągnie, zdobędzie albo odniesie jakiś sukces, ale po prostu z samego bycia tu i teraz. Z przyrodą właśnie. Zerwanie więzi z naturą – rozumianą jako przyroda, albo też szerzej – również z naszą ludzką naturą – nie może być dla człowieka zdrowe na dłuższą metę. Ale tego konsekwencje trudno na pierwszy rzut oka wyłapać.
Można więc powiedzieć, że praca nad tą płytą byłą swego rodzaju autoterapią.
Zawsze. Muzyka jest zawsze dla mnie czymś takim.
Czy jest to skuteczne? Działa?
Myślę, że ludzie, którzy tworzą jakiś rodzaj sztuki, czy to jest muzyka, malarstwo, taniec, czy rzeźba potrzebują coś wyrazić, coś powiedzieć. Coś co z pewnych powodów nie ma u nich żadnego innego ujścia. Poza tym jeśli jakieś emocje, przeżycia czy spostrzeżenia są podane w formie piosenki lub innej formy sztuki to jest większa szansa, że zostaną usłyszane i zaakceptowane. Wiadomo też, że sztuka bez odbiorcy nie istnieje, nie żyje. Ja sobie taki język znalazłem w muzyce. I też w ten sposób jej słucham. Niektóre ważne dla mnie utwory są jakimś takim pojemnikiem na moje emocje, które gdzieś indziej nie mogły zostać nazwane bądź przepracowane. Sam, powoli, słuchając i ucząc się grać na instrumentach, nauczyłem się też tym językiem mówić. Gdy chcę coś powiedzieć, coś wyrazić, wtedy piszę. Z tego uczucia, czasem jakiejś frustracji, niedosytu, coś powstaje. Coś co pozwala mi z ofiary tej czy innej trudności, stać się twórcą, autorem. Kimś kto tę trudność przepracował, albo przynajmniej nazwał. Odpowiadając zatem na pytanie – działa, jak najbardziej.
Jaki obraz przyrody wyłania się z nowej płyty?
Mocno zepchniętej na margines i niesłyszalnej. Płytę otwiera utwór „Dzikość”, który zresztą wcześniej chciałem nazwać „Dzikość utracona”, ale ostatecznie wydało mi się to zbyt patetyczne i w końcu odrzuciłem ten pomysł. Ten instrumentalny kawałek ma za zadanie przenieść słuchacza z dzikości do miasta. Pomysł na taką jego rolę powstał dość przypadkowo. Graliśmy w czerwcu zeszłego roku w warszawskim klubie „Potok”. W związku z tym w ramach żartu przygotowałem dźwięk, szumu potoku – zresztą pochodzący z filmu „Kohut” – aby puścić go na początku koncertu. No i zaczęliśmy sobie do tego szumiącego potoku improwizować. Kiedy później słuchałem nagrania z tego występu, uznałem, że muzyka wyłaniająca się stopniowo z dźwięków natury to bardzo dobry pomysł na otwarcie płyty. A skoro następny utwór na płycie „Szklane Domy” opowiada o tym wszystkim co uderza nas już w mieście – o ogromie bodźców, hałasu, ekranów – pomyślałem, że tak właśnie zbudujemy tę dźwiękową opowieść. Od szumu potoku, śpiewu sosnówki i drozda śpiewaka, przez szczekanie psa, aż do dźwięku otwierania okna w mieście i ryku silników. Spodobało mi się to, bo można to interpretować jako przeniesienie się z gór do miasta, a można też jako bardzo skróconą historię naszego gatunku, od dzikości do cywilizacji. Myślę więc, że na naszej płycie przyroda jest pokazana jako stłamszona, odsunięta na daleki plan, ale czuć też tęsknotę za nią. Za ciszą, za czymś pierwotnym.
Myślisz, że właśnie tego nam brakuje? A co z rozwojem cywilizacyjnym – sztandarowym argumentem przeciwników głębokiej ekologii?
Jak jesteś naukowcem, to musisz pisać zwięźle, weryfikować hipotezy, interpretację wyników podpierać dowodami, cytować inne prace. A w sztuce można sobie trochę poromantyzować i ja tego trochę też potrzebuję. W „Szklanych Domach” jest linijka o tym, jak łuny miejskie mylą drogę migrującym ptakom. Czasem myślę sobie, że ich głosy, kiedy lecą w nocy, brzmią tak samo jak 200-300 lat temu i wcześniej. Tylko teraz nocą słychać je nad iglicami wieżowców, nad rozświetlonymi ulicami, pełnymi szumu i migających neonów. Potem w „Ciszej i ciszej” mamy taką frazę, „im wyżej, tym ciszej i ciszej – ginie gwar”. To wizja, że gdyby wznieść się ponad to miasto, to w końcu dotrzemy do punktu, w którym ten nasz cały zgiełk stanie się nieistotny. Tam bardzo wysoko, już nic nie słychać. Chyba szukam takich miejsc, gdzie nic nie słychać.
Oczywiście rozumiem jak działa cywilizacja i wiem czym są korzyści, jakie dla nas z tego wynikają, i jakie sam z niej czerpię. Liczba ludzi na Ziemi się zwiększa. Rozumiejąc to wszystko, nie jestem jednocześnie w stanie zapominać o tym, że należymy do gatunku, który zdominował tę planetę. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia z kosmosu, z których widać ślad naszej działalności. Wtedy myślę o innych formach życia, które tracą swoje miejsce. O tych ptakach, które tracą siedliska, które podczas wędrówek rozbijają się o szklane domy. Część mnie, ważna część, tęskni do takiego świata przyrody, czy może też krajobrazu, jaki malował Józef Chełmoński. Ja takiego świata widziałem tylko skrawki. Pamiętam jak raz, w marcu nad Biebrzą, słuchałem gwaru tysięcy gęsi nocą na skraju torfowiska. Wyobrażałem sobie, że tam dalej nic nie ma. Są tylko te gęsi, bagna i las, i rozgwieżdżone niebo. Podejrzewam, że nie tylko ja sobie takie rzeczy wyobrażam. Myślę, że jest nas więcej.
A płyta ostatecznie kończy się pozytywnie. Na końcu „Ciszej i ciszej” jesteśmy znowu w dzikości, na łące po burzy. „Nie wiem czym jestem, ale czuję, że jestem” – może to niezbyt składne, ale najbliższe opisowi tego, co czułem na biebrzańskich bagnach, otoczony tysiącami form życia, podczas moich cietrzewiowych wypraw – to o czym mówiliśmy wcześniej.
Innymi słowy płyta ukazuje z jednej strony zgnębienie przyrody przez człowieka, ale jednocześnie jest ona tej przyrody hołdem. Czy tak?
Myślę, że wybrzmiewa tam tęsknota za naturą. Sądzę, że wielu ludzi szuka jakoś tej natury, nawet nie wiedząc, że jej szuka. Niektórzy jeżdżą nad mazurskie jeziora i tam hałasują, piją alkohol nad wodą i puszczają głośno muzykę. Coś więc ich ciągnie do tej przyrody, jest jakaś potrzeba zbliżenia się do czegoś pierwotnego, ale cały czas pozostają w tej cywilizacyjnej bańce. Dzikość jest dla nich obca. Tak jakby tęsknili za czymś, czego nie znają. Odnoszę jednak wrażenie, że wielu osobom ta rozłąka z dzikością – często kilkupokoleniowa – doskwiera.
Tęsknota za naturą jest widoczna w wielu naszych działaniach, tylko nieuświadomiona, jakaś taka utajona. A nawet, tak myślę, bywa widoczna, ale nieuświadomiona u ludzi, którzy się tą przyrodą zajmują! Ja przez wiele lat jeździłem nad Biebrzę, głównie z uwagi na ptaki. Chciałem obserwować rzadkie gatunki, im rzadsze tym lepiej! A kiedy skończyłem robić badania nad cietrzewiem i przestałem tam jeździć tak często, to zaczęło mi brakować niekonkretnych gatunków i obserwacji, a po prostu bycia w ciszy, wśród torfowisk, turzycowisk, brzezin i szumu liści.
A co słychać nad Biebrzą? Będziesz jeszcze brał tę krainę na muzyczny warsztat?
W tym roku nad Biebrzą jest okropnie sucho. Wiosną chyba pierwszy raz nie było rozlewisk. Kiedy patrzyłem na wyschnięte bagna, przypomniałem sobie, jak kiedyś czytałem czasopismo „Ptaki Polski” i tam ktoś napisał artykuł, o ile pamiętam, o ptakach łąk pod tytułem „Cicha wiosna”. Było to zresztą nawiązaniem do książki Rachel Carson o takim tytule.
Pokazuję bagna biebrzańskie jako przewodnik, i chcę, żeby ludzie też zobaczyli to bogactwo przyrody, które kiedyś mnie tam zachwyciło. A jednocześnie pamiętam jak to miejsce wyglądało rok temu, parę lat temu i kilkanaście lat temu. Ile było wtedy wody, i ile było ptaków. Wiesz, przyjeżdżam nad Biebrzę i nie słyszę cietrzewia, przyjeżdżam do biebrzańskiego olsu o zmierzchu i nie słyszę puchacza. To były takie symbole mojego dzieciństwa. Wracamy do pytania o autoterapię. Coś potrzebowałem z tym zrobić. No i napisałem piosenkę „Cicha Wiosna”. Opracowaliśmy ją z zespołem i każdy dodał tam coś od siebie. W lipcu tego roku mieliśmy koncert z zespołem Cicho praktycznie tam – nad Biebrzą, na Karczaku. Tam zagraliśmy ten utwór. „Cicha Wiosna” będzie na pewno na naszej następnej płycie, ale już teraz wypuściliśmy ją do Internetu. Kiedy posłuchaliśmy nagrania z Karczaka, uznaliśmy, że ma unikatowy nastrój, a fakt, że zagraliśmy utwór o Biebrzy nad Biebrzą zadecydował o tym, że ta koncertowa wersja poszła w świat.
Dziękuję za rozmowę.
Michał Adamowicz – ur. w 1994, ornitolog, przewodnik biebrzański, członek Komitetu Ochrony Kuraków. Absolwent ochrony środowiska na Uniwersytecie Warszawskim, autor trzech prac dyplomowych o cietrzewiu: „Charakterystyka polskiej populacji cietrzewia” (licencjat, 2016), „Sezonowe zmiany w preferencjach siedliskowych cietrzewia w Kotlinie Biebrzańskiej” (praca magisterska, 2018), „Zagrożenia i szanse przetrwania populacji cietrzewia w dwóch typach siedlisk – górskim na przykładzie Tatr i nizinnym na przykładzie Doliny Biebrzy (rozprawa doktorska, 2025). Współautor filmów „Pustać. Ostoja cietrzewia” (2018) i „Kohut” (2022). Autor albumów muzycznych m.in. „n.p.m.” (2023) i „Cicho” (wraz z zespołem Cicho) w 2025 r.
Zespół Cicho założony został w 2022 r., koncertuje z autorskim materiałem od 2023 r. W kwietniu 2025 r. nakładem wytwórni Soliton ukazała się debiutancka płyta „Cicho”. Płyta „Cicho” i utwór „Cicha Wiosna” są dostępne do odsłuchania na spotify zespołu „Cicho” oraz na YouTubie, a także innych platformach streamingowych.
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Listopad 2025