Antarktyda
Infracienkie
„Ale nie wszystkich to interesuje”. „Mniejszość powinna się dostosować do większości”. Zdarzało mi się zderzać z takimi zdaniami w sytuacji mówienia o tzw. potrzebach specjalnych w zakresie komunikacji, neuroróżnorodności, dostępności. Takie zderzenie zostawia człowieka z siniakiem. Ból zmienia się w zdziwienie, rozczarowanie, a na końcu przyjęcie faktu, którego jednak nie nazwałabym akceptacją. Niezgoda oznacza śmiałość, czy może wewnętrzną konieczność kontynuacji mimo ryzyka kuksańców. Wstajesz, idziesz, robisz swoje. I nawet jeśli niewielu to interesuje, zostajesz po stronie tych, którzy powinni być zauważeni, a nie oddelegowani na metaforyczny już Madagaskar.
I tak zatrzymałam się przy rysunku „Antarktydy” wklejonym do mojego wypracowania z piątej klasy podstawówki. Zachowało się przypadkiem w starym atlasie geograficznym. Z pożółkłymi kartkami, przepisywane „na czysto” z wersji brudnopisowej na papierze kancelaryjnym. Przypadkiem odkryty skrawek edukacyjnej ścieżki sprzed lat stał się w jakiś sposób symboliczny. Przypomina mi o tym, jak było i jak jest, gdy mój syn jest dokładnie w tym wieku, kiedy ja przerysowywałam z Encyklopedii Powszechnej PWN kształt Antarktydy.
Trafiam na nią w Światowym Dniu Dostępności, przypadkiem albo w koincydencji z czytanym chwilę później postem Marka Kamińskiego. Do jego cytatu dodaję w nawiasie słowo „niepełnosprawny”.
„Łatwiej przeżyć będąc bezdomnym (niepełnosprawnym) na bezludnej wyspie niż w mieście pełnym możliwości”.
Stworzyliśmy cywilizację wzajemnych zależności, system napędzany wymianą dóbr, hierarchii, pozornych kompetencji opartych na poświadczeniach i pieniądzach, gdzie rytm życia przypomina dryf w dobrze urządzonym akwarium. W tym „superprojekcie”, w centrach metropolii, przebiegamy bez kontaktu z innymi, a często i bez poczucia samych siebie. „Ale nie wszystkich to interesuje” to antypedagogiczny kuksaniec, który długo u mnie zmieniał kolory, ale jestem za niego wdzięczna, bo uświadomił mi, gdzie tak naprawdę jesteśmy. Być może dostępność zaczyna się od zatrzymania, uciszenia na chwilę, tupnięcia w trawnik, i przyjrzenia się, czy wychodzą na wierzch dżdżownice (tak twierdzi mój syn), a potem wyjścia ze strefy komfortu i zobaczenia człowieka obok. Bez oceniania, bez hierarchii. Powiedzenia: „Nie rozumiem, ale mnie to interesuje”.
Dagmara Stanosz
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Czerwiec 2026