Dlaczego ekolodzy powinni pójść do polityki?
Bez władzy, budżetu i prawa nawet najlepsza ekspertyza przyrodnicza zostaje tylko głosem w tle.
Przyrodnicy często mają rację. Potrafią wskazać, gdzie jeszcze trzyma się woda, gdzie gniazdują ptaki, gdzie żyje kumak, a gdzie z pozoru zwykły ugór jest ostatnim bezpiecznikiem krajobrazu. Problem polega na tym, że racja przyrodnicza sama nie uchwala planu miejscowego, nie wpisuje drzewa do rejestru pomników przyrody, nie zmienia budżetu państwa, nie zasypuje rowów melioracyjnych i nie buduje mądrego miksu energetycznego. To robi polityka. Dlatego ekolodzy i przyrodnicy nie mogą już stać wyłącznie z boku i recenzować rzeczywistości. Muszą wejść tam, gdzie zapadają decyzje.
Nie wystarczy mieć rację
Od lat obserwuję ten sam paradoks. Środowisko przyrodnicze potrafi przygotować bardzo dobre opinie, protesty, ekspertyzy i listy otwarte. Potrafi wykazać błąd w raporcie oddziaływania na środowisko, wskazać źle rozpoznane siedlisko, podważyć sens regulacji rzeki albo wyliczyć, ile wody można zatrzymać w dolinie. A potem przychodzi sesja rady gminy, komisja sejmowa, decyzja budżetowa, uzgodnienie planu miejscowego albo głosowanie nad ustawą – i okazuje się, że przy stole nie ma nikogo, kto rozumie krajobraz jako system, a nie jako zbiór działek pod inwestycje.
W artykule „Ekologia polityczna”1, który opublikowałem w „Aurze” w 2011 r., pisałem o medialnym szumie, edukacji powierzchownej i o tym, że hasła ekologiczne bywają łatwo przejmowane przez ludzi, którzy nie rozumieją ani ekologii, ani ochrony przyrody. Tamten tekst był ostrzeżeniem przed pustym językiem „zrównoważonego rozwoju”, używanym czasem jak uniwersalna przepustka do każdej inwestycji. Dziś dopisałbym do niego zdanie mocniejsze: jeżeli przyrodnicy nie wejdą w politykę, pojęcia „ekologia”, „retencja”, „odtwarzanie przyrody” i „transformacja energetyczna” będą wypełniane cudzą treścią.
W naukach społecznych istnieje pojęcie political ecology – ekologii politycznej. Nie jest to slogan partyjny, ale sposób patrzenia na to, jak władza, pieniądz, interesy gospodarcze i instytucje kształtują środowisko. Krótko mówiąc: przyroda nigdy nie jest chroniona w próżni. Zawsze ktoś ma nad nią władzę: właściciel gruntu, gmina, ministerstwo, inwestor, sąd, zarządca wód, leśnik, spółka energetyczna albo wyborca. Kto nie rozumie tej siatki władzy, ten może mieć rację, ale będzie przegrywał politycznie2.
Krzywa Gaussa, liderzy i złudzenie „apolitycznej” ekologii
W przyrodzie wiele zjawisk układa się według rozkładu przypominającego dzwon. Najwięcej jest wartości przeciętnych, skrajności są rzadsze. Można z tego żartować, można się oburzać, ale podobny mechanizm widać w życiu społecznym: większość ludzi nie czyta raportów OOŚ, nie sprawdza planów ochrony, nie odróżnia torfowiska od oczka wykopanego koparką, nie wie, czym jest korytarz ekologiczny, a o energetyce słyszy tyle, ile w danym tygodniu podsuną im media społecznościowe.
Nie jest to powód, aby gardzić ludźmi. To powód, aby zrozumieć demokrację. Rządzi nie abstrakcyjna mądrość zbiorowa, lecz konkretni liderzy, konkretne frakcje, konkretni urzędnicy i konkretne grupy interesu. Decyduje ten, kto ma mandat, organizację, pieniądze, zdolność przekonywania i cierpliwość do procedur. Przyrodnik, który mówi: „polityka mnie brzydzi”, oddaje pole komuś, kto może nie mieć żadnych skrupułów, aby używać przyrody jako dekoracji do kampanii albo przeszkody do usunięcia.
Ekolodzy często zachowują się tak, jakby wystarczyło powiedzieć prawdę. Nie wystarczy. Prawda bez organizacji jest szeptem. Ekspertyza bez większości w radzie gminy jest załącznikiem do akt. Protest bez projektu uchwały, bez pieniędzy i bez ludzi w komisjach jest najwyżej chwilowym hałasem. Potrzebujemy mniej moralnej bezradności, a więcej sprawczości.
Protest jest potrzebny, ale nie może zastąpić strategii
Nie mam zamiaru kpić z ludzi, którzy bronią drzew, rzek i mokradeł. Sam wielokrotnie widziałem, że bez presji społecznej wiele spraw zostałoby zamiecionych pod dywan. Protest bywa potrzebny, bo zatrzymuje złą decyzję, nagłaśnia problem i zmusza urząd do wyjaśnień. Ale protest nie może być jedyną strategią. Jeżeli cały ruch ekologiczny sprowadzi się do blokowania, przykuwania, pisania petycji i recenzowania cudzych dokumentów, to zawsze będzie spóźniony o jeden etap.
Najważniejsze decyzje zapadają wcześniej: przy konstruowaniu budżetu, przy projektowaniu programów dotacyjnych, przy zmianach ustaw, przy wyznaczaniu terenów w planach miejscowych, przy ustanawianiu form ochrony przyrody, przy negocjowaniu warunków inwestycji. Tam trzeba być. Nie po to, aby rezygnować z ideałów, lecz po to, aby ideały miały instrumenty wykonawcze.
Tu warto użyć prostego porównania. Same apele moralne rzadko zmieniają rzeczywistość, jeżeli nie stoją za nimi instytucje. Można jeździć po świecie, przekonywać, tłumaczyć, prosić, ale decyzję podejmie ten, kto ma władzę. W ochronie przyrody jest podobnie. Jeżeli chcemy, aby rzeka żyła, aby nie osuszano łąk, aby nie betonowano dolin, aby transformacja energetyczna była sensowna, musimy wejść do miejsc, w których rozdziela się władzę nad krajobrazem.
Energetyka: ekologizm musi znać fizykę systemu
Najbardziej widać to w dyskusji o energetyce. Łatwo powiedzieć: „nie dla węgla, nie dla gazu, nie dla atomu, nie dla wiatraków, nie dla sieci przesyłowych”. Tylko że tak nie buduje się państwa. Państwo musi mieć prąd w każdej godzinie roku, dla szpitala, kolei, domu, chłodni, oczyszczalni ścieków i fabryki. Jeżeli ekolodzy chcą być poważnym uczestnikiem debaty, muszą rozumieć nie tylko emisje, ale też stabilność systemu, bilansowanie, sieci, magazyny energii, import paliw, bezpieczeństwo i koszty społeczne.
Jakub Wiech w swoich rozmowach o energetyce mocno podkreśla, że Polska potrzebuje jednocześnie bezemisyjnych źródeł, elastycznego systemu oraz technologii magazynowania i przesuwania zużycia energii. W rozmowie z kwietnia 2025 r. wskazywał, że Polska nadal ma bardzo wysoki udział węgla w miksie energetycznym, ale równocześnie dysponuje infrastrukturą gazową poprawiającą bezpieczeństwo dostaw. W innym wywiadzie mówił, że energetyka jądrowa daje energię bezemisyjną, stabilną i kontrolowalną – dostępną niezależnie od pogody i pory dnia3.
Nie oznacza to, że gaz jest paliwem docelowym albo że każda inwestycja gazowa jest automatycznie dobra. Oznacza natomiast, że poważna ekologia musi odróżniać etap przejściowy od celu końcowego. Polska polityka energetyczna do 2040 r. traktuje gaz ziemny jako paliwo przejściowe, które może pomóc transformować elektroenergetykę i ciepłownictwo w stronę systemu zeroemisyjnego. Ten sam dokument wskazuje, że jednostki gazowe są elastyczne, mogą bilansować OZE i mają niższą emisyjność niż jednostki węglowe4.
Dlatego ostrożnie podchodziłbym do ekologii, która bez zrozumienia całego systemu blokuje wszystko, co nie jest od razu ideałem. Jeżeli ktoś sprzeciwia się węglowi, gazowi, atomowi, wiatrakom, fotowoltaice, biogazowniom, liniom przesyłowym i magazynom energii, to nie proponuje transformacji, tylko bezradność. Ekologia nie może być katalogiem zakazów oderwanych od fizyki i geopolityki.
Jest tu jeszcze jeden element: biogaz i biometan. Polska ma olbrzymie zasoby substratów rolniczych i odpadowych. Według komunikatu Banku Gospodarstwa Krajowego, w Polsce przygotowywanych jest około 30 nowych instalacji biometanowych, a optymistyczne szacunki mówią o możliwości osiągnięcia około 5 mld m3 produkcji rocznej do 2035 r.5 To nie rozwiąże wszystkich problemów, ale może być ważnym elementem krajowej odporności energetycznej, zwłaszcza tam, gdzie mamy odpady z hodowli, przetwórstwa rolno-spożywczego i gospodarki komunalnej. Warunek jest jeden: trzeba ludziom wyjaśniać, czym różni się nowoczesna, szczelna biogazownia od stereotypu „śmierdzącej inwestycji za płotem”. Bez edukacji i bez lokalnej polityki każda dobra technologia może zostać pogrzebana przez strach.
Nauka przyrodnicza: potrzebujemy mniej prestiżowej próżności, więcej danych podstawowych
Nie piszę tego przeciwko nauce. Sam jestem człowiekiem nauk przyrodniczych. Piszę przeciwko takiemu systemowi nagradzania nauki, który premiuje drobne, modne, czasem bardzo niszowe tematy, a nie finansuje żmudnych danych podstawowych, bez których ochrona przyrody jest ślepa. Potrafimy spierać się o model statystyczny i kolejne współczynniki, ale wciąż nie mamy pełnego, aktualnego i praktycznie użytecznego rozpoznania rozmieszczenia wielu gatunków w skali kraju i regionów.
Nie chodzi o to, aby wyśmiewać badania nietypowe. Nagrody Ig Nobla pokazują, że pozornie śmieszne pytania – czy krowy pomalowane jak zebry są mniej kąsane przez muchy, jakie pizze jedzą jaszczurki albo jak alkohol wpływa na lot nietoperzy – mogą być naukowo inspirujące, a czasem praktyczne6. Problem zaczyna się wtedy, gdy system nauki chętniej finansuje efektowne mikrotematy niż wieloletnie monitoringi populacji, atlasy rozmieszczenia, mapy siedlisk, ocenę trendów i bazowe dane potrzebne w decyzjach administracyjnych.
Jak można rzetelnie oceniać wpływ inwestycji na populację kumaka nizinnego, skoro często nie znamy ani realnej wielkości populacji regionalnej, ani trendu, ani funkcjonalnych powiązań między stanowiskami? Jak mamy ocenić wpływ drogi, gazociągu, farmy fotowoltaicznej albo osiedla na przyrodę, jeżeli do dyspozycji mamy rozproszone obserwacje, stare inwentaryzacje i spisy gatunków bez porządnej warstwy przestrzennej? Przyroda przegrywa nie tylko dlatego, że inwestorzy naciskają. Przegrywa także dlatego, że państwo nie zbudowało porządnego systemu wiedzy o własnej przyrodzie.
To również jest zadanie polityczne. Atlasów, monitoringów, baz danych, standardów inwentaryzacji i publicznie dostępnych warstw GIS nie zrobią same uczelnie, jeżeli nie będzie na to pieniędzy i wymogu administracyjnego. To trzeba wpisać w budżety, programy badań, zamówienia publiczne i decyzje instytucji państwowych. Znowu: bez polityki nie ma skutecznej ekologii.
Smog pokazał, że temat wygrywa dopiero wtedy, gdy staje się polityką
W Polsce dobrym przykładem jest smog. Przez lata wiadomo było, że brudne powietrze zabija. Ale dopiero gdy temat stał się społecznie nośny, medialny i polityczny, ruszyły programy wymiany źródeł ciepła, uchwały antysmogowe, kontrole i środki publiczne. Według raportów przywoływanych w 2025 r. skala przedwczesnych zgonów związanych z zanieczyszczeniem powietrza w Polsce szacowana jest na około 40 tys. rocznie7. Nie sama wiedza spowodowała zmianę, tylko wiedza połączona z presją społeczną, pieniędzmi i decyzjami władz.
Z wodą jest gorzej. O suszy mówi się dużo, ale w praktyce wciąż zbyt często finansujemy działania modne, łatwe do sfotografowania i politycznie wygodne. Programy przydomowej mikroretencji mogą być pożyteczne. NFOŚiGW zapowiadał w 2026 r. dotacje do 8 tys. zł na przydomowe systemy gromadzenia i wykorzystania deszczówki8. Nie twierdzę, że to złe. Twierdzę, że to za mało, jeżeli równocześnie krajobraz nadal działa jak system szybkiego odprowadzania wody do rowu, kanału i rzeki.
Prawdziwa retencja zaczyna się w krajobrazie: na torfowiskach, mokradłach, zalewowych łąkach, w dolinach rzecznych, w lasach, na ugorach, w miejscach, gdzie można spowolnić odpływ i podnieść poziom wód gruntowych. Mokradła są naturalną infrastrukturą państwa. Rządowy serwis edukacji ekologicznej przypomina, że oczyszczają wodę, chronią klimat, przeciwdziałają powodziom i suszom, a 1 hektar mokradła może zmagazynować nawet około 9 milionów litrów wody9.
A my wciąż bywamy zafascynowani małymi zbiornikami, kopanymi dołkami, „kaczymi oczkami” i rozwiązaniami, które ładnie wyglądają na tablicy informacyjnej, ale nie zastępują torfowiska. Jeżeli chcemy naprawdę zatrzymać wodę, trzeba odwrócić logikę melioracji: tam, gdzie grunty nie są użytkowane rolniczo, gdzie łąki zarastają i gdzie nie ma konfliktu z produkcją żywności, należy rozważać blokowanie rowów, odtwarzanie mokradeł, renaturyzację cieków i wykup terenów dla retencji przyrodniczej. To nie jest romantyzm. To racjonalna polityka bezpieczeństwa wodnego.
Przyroda przegrywa, gdy jest tylko „opinią organizacji społecznej”
Europejska Agencja Środowiska w 2025 r. oceniła, że stan europejskiej różnorodności biologicznej jest zły i w ostatnich dekadach się pogarsza; 81% siedlisk o znaczeniu wspólnotowym jest w stanie złym lub niezadowalającym, podobnie 39% ptaków i 62% innych gatunków objętych zainteresowaniem Wspólnoty10. Z kolei IPBES już w 2019 r. alarmował, że około miliona gatunków może być zagrożonych wymarciem11. To są dane, które powinny wywoływać zmianę polityki. Tymczasem w Polsce ochrona przyrody bywa wciąż traktowana jak ornament, przeszkoda albo sprawa dla garstki hobbystów.
Dlatego przyrodnik nie może ograniczyć się do roli kogoś, kto przychodzi na końcu i mówi: „tu jest gatunek chroniony”. To oczywiście ważne, ale zbyt późne. Przyrodnik powinien być przy projektowaniu planu przestrzennego, programu retencji, strategii energetycznej gminy, regulaminu dotacji, programu edukacyjnego, procedury inwentaryzacyjnej, budżetu obywatelskiego i inwestycji drogowej. Przyrodnik powinien siedzieć w komisji, pisać projekt uchwały, pilnować uzasadnienia, rozmawiać z rolnikami, negocjować z inwestorem, rozumieć prawo i pilnować pieniędzy.
Inaczej będzie tak jak zawsze: ktoś inny nazwie betonowy zbiornik „retencją”, usunięcie zadrzewień „pielęgnacją”, eksploatację piasku „zrównoważonym rozwojem”, a osuszenie łąki „porządkowaniem terenu”. Język jest pierwszym polem bitwy. Kto definiuje pojęcia, ten często wygrywa decyzję.
Moje doświadczenie: do samorządu wszedłem jako przyrodnik
Nie piszę tego z pozycji teoretyka. Kilkadziesiąt lat temu zrobiłem krok, którego wielu przyrodników nie chce zrobić: wszedłem do samorządu. Nie dlatego, że marzyłem o partyjnej karierze. Nie należałem do partii. Wszedłem, bo zrozumiałem, że w gminie można realnie chronić przyrodę tylko wtedy, gdy ma się wpływ na uchwały, wnioski, budżet i decyzje przestrzenne.
Jako burmistrz mogłem uruchomić działania, których nie dałoby się przeprowadzić samym listem protestacyjnym. Na wniosek rady gminy powołano zespół przyrodniczo-krajobrazowy zabezpieczający dolinę małej, zatorfionej rzeczki. Zgłaszaliśmy drzewa do objęcia ochroną pomnikową. Kiedy w 2004 r. dolina Pilicy wypadła z listy obszarów Natura 2000, samorządy mogły wspólnie zareagować i doprowadzić do przywrócenia jej znaczenia w systemie ochrony. To są przykłady pokazujące, że można. Ale warunkiem było wejście przyrodnika do struktur, w których podejmowano decyzje.
Dziś powiedziałbym to jeszcze prościej: jeżeli w gminie nie ma przyrodnika, który rozumie prawo i procedury, to przyroda zależy od dobrej woli ludzi, którzy często nie wiedzą, co mają przed sobą. A dobra wola bez wiedzy jest za słaba. Czasem wystarczy jeden aktywny radny, jeden kompetentny burmistrz, jeden dobrze przygotowany pracownik urzędu, aby ocalić dolinę, aleję, starorzecze albo mokradło. Tych ludzi trzeba wychować i wprowadzić do instytucji.
Ekolodzy nie muszą stać się partyjnymi żołnierzami
Kiedy mówię: „ekolodzy, idźcie do polityki”, nie mam na myśli ślepego zapisywania się do partii i powtarzania przekazów dnia. Można działać w samorządzie, komitetach lokalnych, radach gmin, powiatów i sejmików. Można kandydować jako niezależny ekspert. Można pracować w komisjach, radach społecznych, zespołach doradczych, organizacjach branżowych i ciałach konsultacyjnych. Można pisać projekty uchwał, opiniować plany miejscowe, budować lokalne koalicje, prowadzić edukację i pilnować wykonania decyzji.
Najgorsze, co może zrobić środowisko przyrodnicze, to zamknąć się w komfortowej pozycji wiecznego recenzenta. Łatwo jest po latach powiedzieć: „politycy znowu nic nie zrobili”. Trudniej jest wejść na komisję, przekonać radnych, przygotować wariant finansowy, znaleźć działkę do wykupu, zaproponować zapis w planie miejscowym, dopilnować przetargu i bronić decyzji przed lokalnym hejtem. Ale właśnie to jest skuteczna ekologia.
Potrzebujemy przyrodników, którzy potrafią mówić językiem ludzi, a nie wyłącznie językiem łacińskich nazw i wskaźników. Rolnikowi trzeba wyjaśnić, że mokradło to nie „nieużytek”, lecz rezerwa wody. Mieszkańcowi trzeba pokazać, że stare drzewo to cień, retencja, ptaki i wartość krajobrazowa, a nie tylko liście do sprzątania. Burmistrzowi trzeba dać gotowy projekt uchwały, a nie tylko moralną reprymendę. Posłowi trzeba pokazać polityczny koszt złej ustawy i polityczny zysk dobrej decyzji. To jest praca, której nie zastąpi najlepszy post na Facebooku.
Kostaryka: przykład, że przyroda może być osią państwa
Czasem słyszę, że państwo przyjazne przyrodzie to utopia. Nieprawda. Można wskazać kraje, które uczyniły z przyrody element tożsamości i polityki rozwojowej. Kostaryka jest najczęściej przywoływanym przykładem. Jej konstytucja w art. 50 przyznaje każdej osobie prawo do zdrowego i ekologicznie zrównoważonego środowiska oraz prawo dochodzenia naprawienia szkód12. To nie rozwiązuje automatycznie wszystkich problemów, ale pokazuje poziom cywilizacyjnej ambicji: przyroda nie jest dodatkiem po gospodarce, tylko częścią umowy społecznej.
Polska nie musi kopiować Kostaryki. Mamy inny klimat, historię, strukturę własności, rolnictwo, energetykę i presję inwestycyjną. Ale możemy wyciągnąć jedną lekcję: ochrona przyrody działa wtedy, gdy jest wpisana w instytucje państwa, a nie tylko w hasła organizacji społecznych. Jeżeli przyroda ma być realną wartością publiczną, musi mieć swoich ludzi w samorządzie, parlamencie, administracji, sądach, mediach i edukacji.
Program minimum: co powinni robić ekolodzy w polityce
Po pierwsze, trzeba wejść do rad gmin i powiatów. To tam zaczyna się planowanie przestrzenne, lokalna retencja, ochrona zadrzewień, gospodarka odpadami, decyzje o drogach, szkołach i terenach inwestycyjnych.
Po drugie, trzeba przygotowywać gotowe projekty uchwał: o pomnikach przyrody, użytkach ekologicznych, zespołach przyrodniczo-krajobrazowych, standardach zieleni, ochronie alei, wykupie gruntów pod retencję i lokalnych programach adaptacji do zmian klimatu.
Po trzecie, trzeba pilnować planów miejscowych i decyzji o warunkach zabudowy. Przyroda najczęściej przegrywa nie w wielkich deklaracjach, ale w małych kreskach na mapie.
Po czwarte, trzeba tworzyć lokalne banki danych przyrodniczych. Każda gmina powinna wiedzieć, gdzie ma mokradła, starorzecza, aleje, stanowiska gatunków chronionych, korytarze ekologiczne i obszary wymagające renaturyzacji.
Po piąte, trzeba rozmawiać o energetyce bez ideologicznych uproszczeń. OZE, atom, magazyny energii, biogaz, sieci i okresowe źródła przejściowe należy oceniać systemowo, a nie odruchowo.
Po szóste, trzeba przenieść spór o wodę z poziomu gadżetów na poziom krajobrazu. Przydomowy zbiornik jest dobry, ale torfowisko, dolina rzeczna i zatrzymany odpływ są wielokrotnie ważniejsze.
Po siódme, trzeba odbudować powagę ekspertyzy. Nie każda opinia z pieczątką jest dobra, nie każdy raport OOŚ jest rzetelny, nie każda inwentaryzacja rozpoznaje funkcję ekosystemu. Ale krytyka musi być profesjonalna, a nie wyłącznie emocjonalna.
Po ósme, trzeba uczyć ludzi prostego języka przyrody. Bez społecznej zgody nawet najlepszy projekt ochronny stanie się paliwem dla populistów.
Po dziewiąte, trzeba przestać oddawać słowo „rozwój” przeciwnikom ochrony przyrody. Rozwój, który niszczy wodę, glebę, cień, krajobraz i bioróżnorodność, jest w istocie rozwojem krótkowzrocznym.
Po dziesiąte, trzeba mieć odwagę brać odpowiedzialność. Nie tylko pisać, że ktoś źle rządzi, ale spróbować rządzić lepiej.
Ekolodzy – po władzę
Nie ma ochrony przyrody bez wiedzy, ale sama wiedza nie wystarczy. Nie ma ochrony przyrody bez organizacji społecznych, ale same organizacje nie wystarczą. Nie ma ochrony przyrody bez emocji i wrażliwości, ale sama wrażliwość nie zatrzyma koparki, nie zmieni planu miejscowego i nie przesunie pieniędzy w budżecie.
Ochrona przyrody musi stać się kompetencją władzy. Nie ozdobnikiem kampanii, nie zielonym zdjęciem w folderze, nie dodatkiem do inwestycji, lecz jednym z kryteriów mądrego rządzenia. Kto rozumie wodę, glebę, drzewa, ptaki, mokradła i energetykę, ten powinien przestać stać wyłącznie pod drzwiami gabinetu. Powinien wejść do środka.
Dlatego moja konkluzja jest prosta: ekolodzy, przyrodnicy, ludzie od rzek, mokradeł, ptaków, lasów, gleby i krajobrazu – po władzę. Nie po władzę dla samej władzy. Po władzę jako narzędzie ochrony tego, czego bez polityki nie da się ochronić.
Sławomir Chmielewski
Dr inż. Sławomir Chmielewski – przyrodnik, burmistrz Gminy i Miasta Mogielnica w latach 1998-2024.
Przypisy:
1. Sławomir Chmielewski, Ekologia polityczna, „Aura”, 2011, nr 9, s. 24-25.
2. Jason Roberts, Political ecology. Open Encyclopedia of Anthropology, 2020, anthroencyclopedia.com/entry/political-ecology.
3. Między węglem a atomem – dokąd zmierza polska energetyka? Wywiad z Jakubem Wiechem, pstryk.pl, 10.04.2025, pstryk.pl/blog/miedzy-weglem-a-atomem-dokad-zmierza-polska-energetyka-wywiad-z-jakubem-wiechem; Agnieszka Pietrzak, Jakub Wiech: Potrzebujemy atomu, by bezpiecznie odejść od węgla, rmf24.pl, 22.09.2023, rmf24.pl/fakty/polska/news-jakub-wiech-potrzebujemy-atomu-by-bezpiecznie-odejsc-od-wegl,nId,7043412.
4. Polityka energetyczna Polski do 2040 r. PEP2040, Ministerstwo Klimatu i Środowiska, 2021, bip.mos.gov.pl/fileadmin/user_upload/bip/strategie_plany_programy/Polityka_energetyczna_Polski/PEP2040_2021-02-02.pdf.
5. Raport BGK: potencjał produkcji biometanu Polski i Ukrainy, Bank Gospodarstwa Krajowego Biuro prasowe, 10.07.2025, media.bgk.pl/komunikat-prasowy/raport-bgk-potencjal-produkcji-biometanu-polski-i-ukrainy/.
6. Michael Casey, Does painting cows with stripes prevent fly bites? Researchers who studied this win Ig Nobel prize, AP News, 19.09.2025, apnews.com/article/ig-nobels-prize-comical-science-achievementq-49783af4bac4f0619d0901dd71f45f9b.
7. Mira Suchodolska, Raport: rocznie ok. 40 tys. przedwczesnych zgonów w Polsce z powodu smogu, Nauka w Polsce, 15.09.2025, naukawpolsce.pl/aktualnosci/news,109543,raport-rocznie-40-tys-przedwczesnych-zgonow-w-polsce-z-powodu-smogu.html.
8. Mikroretencja w domach i ogrodach – wkrótce nabory dla grantobiorców, NFOŚiGW, 13.03.2026, gov.pl/web/nfosigw/mikroretencja-w-domach-i-ogrodach--wkrotce-nabory-dla-grantobiorcow.
9. Mokradła: ukryte skarby natury, Serwis Rzeczypospolitej Polskiej gov.pl, 02.02.2026, gov.pl/web/edukacja-ekologiczna/mokradla-ukryte-skarby-natury.
10. Europe's environment 2025, 1.1 State of Europe’s biodiversity, European Environment Agency, 25.09.2025, eea.europa.eu/en/europe-environment-2025/thematic-briefings/biodiversity-and-ecosystems/state-of-europes-biodiversity.
11. 2019 IPBES Biodiversity and Ecosystem Services report. Summary brief for business, files.ipbes.net/ipbes-web-prod-public-files/webform/impact_tracking_database/46408/2019%20IPBES%20Biodiversity%20and%20Ecosystem%20Services%20report%20Final.pdf.
12. Constitution of Costa Rica, Article 50. Prawo do zdrowego i ekologicznie zrównoważonego środowiska, constituteproject.org/constitution/Costa_Rica_2011.
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Czerwiec 2026