Oskalpowana pamięć, zabliźnione ziemie. Rozmowa z Martą Tomczok
Prof. Piotr Skubała: W książce „Blizny. Krajobrazy po przemyśle” niezwykle poruszające jest to, że wysiedleni mieszkańcy opowiadają nie tylko o utracie domu, ale także o utracie konkretnych drzew, pól, zapachów czy krajobrazów dzieciństwa. Czy można powiedzieć, że przemysł niszczył nie tylko przestrzeń fizyczną, ale również relacje między ludźmi a światem więcej-niż-ludzkim?
Prof. Marta Tomczyk: Jak najbardziej! Jeden z pisarzy, który przyglądał się wysiedleniom pod Koninem, Jerzy Mańkowski, postawił tezę, że wraz z degradacją środowiska dochodzi do degradacji więzi człowieka z ziemią, a zatem bardzo znacząco rozszerzył rozumienie tego, co wydaje się nam dzisiaj ekologią, i pokazał, że więzi ludzko-nieludzkie potrafią być bardzo biologiczne i mocne. Literatura, w której zostało wiele śladów wysiedleń, pokazuje je bardzo obrazowo – ludzie opłakują zniszczone przez kopalnię koryto rzeki, nie pozwalają przewracać koparkom drzew w sadach czy niszczyć domów, na których gniazda mają bociany. Wysiedlany ekosystem jest wyrazisty właśnie dlatego, że dotyczy wsi, gdzie symbiotyczne więzi między gatunkami wydają się silniejsze niż w mieście.
Jednym z najmocniejszych obrazów w książce jest „oskalpowana ziemia” – zdjęcie całej warstwy życia przed rozpoczęciem wydobycia. Czy uważasz, że język industrializacji – język „postępu”, „rozwoju”, „inwestycji” – celowo zacierał skalę przemocy wobec przyrody? Jaką rolę może dziś odegrać literatura w odzyskiwaniu języka zdolnego opisać tę stratę?
Wiesz, język przemysłu jest niestety bardzo często językiem propagandy, zaciera, przesuwa i przeinacza. Często spotykałam się z określeniem, że przemysł nie niszczy przyrody, ale ją poprawia. Co to znaczy „poprawiać przyrodę”? Jak wyjątkowo traktuje się przemysł, na jak wiele sobie pozwala, stawiając się w roli Pana Boga? To typowe działania kolonizatora, czyli tego, który przychodzi, rządzi i zmienia według siebie. Wskutek tego nie tylko te całe ekosystemy wiejskie zostały spisane na straty jako rejony uprzemysławiane, zostały skazane także na zapomnienie.
Literatura ma niezwykle silną pamięć środowiskową. Znalazłam w niej wiele opisów gęstych lasów, które ścięto, piasku nad rzekami, które uregulowano, potorfii, które wyschły pod wpływem leja depresyjnego. Filip Springer postawił „Bliznom” zarzut, że zbyt mocno kontrastują rajską przeszłość i teraźniejszość, i nie ma w nich przyszłości. Ale to właśnie górnictwo odkrywkowe tworzy taki kontrast i to ludzie oraz literatura zapamiętują tę zmianę tak drastycznie. Domaganie się, by ją umniejszać i jeszcze widzieć w tym, co zrobił przemysł, coś przyszłościowego, wydaje mi się bez sensu.
W książce pojawia się bardzo interesujący wątek rekultywacji terenów pogórniczych, szczególnie na Łużycach. Z jednej strony obserwujemy imponujące projekty renaturyzacyjne, z drugiej – pozostaje pytanie, czy można odbudować krajobraz po tak głębokiej ingerencji. Czy podczas podróży po tych miejscach miałaś poczucie, że mamy do czynienia raczej z „symulacją przyrody” niż z jej rzeczywistym odtworzeniem?
Bardzo trafnie ująłeś te nowe, zrekultywowane krajobrazy. To faktycznie są raczej symulakra niż dzikie refugia, choć Niemcy bardzo starają się wytworzyć u turystów wrażenie renaturyzacji i wkładają wiele wysiłku, chociażby na terenach Zagłębia Ruhry, w to, by przyroda wróciła na swoje dawne miejsce: by rzeki odzyskały rozlewiska czy wróciły tam ptaki. Osobiście, nie wierzę w renaturyzację, chociaż rozumiem, że czasem warto ją stosować. O wiele skuteczniejsza wydaje się regeneracja krajobrazu, czyli uznanie autonomii przyrody, która na terenach poprzemysłowych tworzy pozbawione ingerencji człowieka interakcje. Niestety, przykładów takiej regeneracji na Łużycach za wiele nie znajdziemy. Mam wrażenie, że głównie dlatego, iż renaturyzacja jest łakomym kąskiem dla turystyki, a turystyka to przede wszystkim pieniądze.
W książce niezwykle ważna jest pamięć – przywracanie głosu ludziom i miejscom, które miały zostać zapomniane. Czy uważasz, że pamięć o zniszczonych krajobrazach może stać się formą ekologicznego oporu? Innymi słowy: czy opowiadanie historii dawnych „rajów”, które zamieniono w „pustynie biologiczne”, może wpływać na sposób, w jaki myślimy dziś o relacji człowieka z przyrodą?
Pamięć potrafi być bardzo skutecznym narzędziem oporu, dlatego wierzę, że wzmacnianie społeczności lokalnych w procesie wspominania i pamiętania ma szanse przynieść wymierne efekty. Szczególnie po 1989 r. staliśmy się krajem, w którym krajobrazy poprzemysłowe gwałtownie znikają pod nowymi inwestycjami, co nie jest dobre ani dla ziemi, ani dla ludzkiej pamięci, i ma wymiar wyłącznie ekonomiczny. Tymczasem pamięć to także sojuszniczka regeneracji przyrody. Mam wrażenie, że dzięki opowieściom o przeszłości relacji ludzko-nie-ludzkich kwestie symbiotyczne – by nawiązać do symbiocenu Glenna Albrechta – stają się dla ludzi o wiele bardziej oczywiste, a ich zakłócanie i degradowanie przez przemysł zasługuje na zadośćuczynienie.
W „Bliznach” bardzo wyraźnie obecna jest praktyka terenowa – podróżowanie, chodzenie po dawnych wsiach, obserwowanie hałd, wyrobisk i zarośniętych przestrzeni. Czy podczas pracy nad książką miałaś moment, w którym konkretne miejsce „przemówiło” do Ciebie mocniej niż archiwa czy dokumenty? Jak wyglądało to doświadczenie spotkania z krajobrazem po przemysłowej katastrofie?
Miejsca są znacznie bardziej sugestywne niż archiwa urzędów czy zakładów przemysłowych. Krajobraz, zwłaszcza pogórniczy, to w ogóle żywe archiwum bardzo pobudzające wyobraźnię. Widok Worka Żytawskiego wokół kopalni Turów czy uroczysk w dolinie Widawki był dla mnie chyba najbardziej poruszający – gęstość lasów poddanych działaniu energetyki opartej na węglu brunatnym robi niesamowite wrażenie. Po pierwsze dlatego, że w sposób przedziwny łączy się tu to, co nienaturalne, z naturalnym, po drugie jednak trudno mi zrozumieć, jak w pobliżu miejsc, gdzie mamy chociażby parki krajobrazowe czy Naturę 2000 może działać tak szkodliwy środowiskowo przemysł.
Twoja książka operuje niezwykle sugestywnym językiem obrazów: „blizny”, „oskalpowane raje”, „pustynie biologiczne”, „czarne raje”. Jak rodził się ten język? Czy szukałaś metafor zdolnych oddać skalę przemian krajobrazu, czy raczej same miejsca narzucały sposób opowiadania o sobie?
Właściwie wszystko są to metafory zapożyczone od pisarzy i pisarek, którzy zetknąwszy się z katastrofą klimatyczną chcieli podkreślić różnicę między zniszczoną przyrodą i krajobrazem wyczarowanym przez inżynierię środowiskową. Wiem, że czasem trudno w to uwierzyć, ale miejsca wybierane po wojnie na kombinaty, elektrownie czy kopalnie odkrywkowe były przyrodniczo niezwykle cenne i bioróżnorodne. Należały do nich rozlewiska rzek, tereny podmokłe, a nawet puszcze. Jeśli nazywanie ich dzisiaj rajami budzi w kimś opór czy wydaje się przesadnie idealistyczne, to tylko dlatego, że pamięć tamtego piękna została totalnie zapomniana i wyparta przez retorykę władzy. Raje to określenia dawnych mieszkańców, ludzi.
Nazwy mają także szokować, uruchamiać pamięć i wyobraźnię. Ale też z powrotem zaistnieć w naszej świadomości – dokładnie tak samo jak nazwy zagrożonych gatunków zwierząt i roślin. W „Bliznach” do takich nazw należą z jednej strony nazwy nieistniejących wsi, a z drugiej torfowisk czy uroczysk jak Święte Ługi. Ale też nazwy lokalne, takie jak Machów, nazwa wsi, którą przejęła później kopalnia siarki, która tę wieś zniszczyła. Pamięć jest w tym wypadku, jak to świetnie ująłeś, formą oporu, ale i jedynym sposobem na obronę tych miejsc przed zupełnym zniknięciem.
Prof. dr hab. Marta Tomczok – historyczka środowiskowa literatury, autorka książek o Leo Lipskim i Irit Amiel oraz literaturze Zagłady. Kieruje projektami poświęconymi kulturze, węglowi i przemysłowi ciężkiemu. Działa ze społecznością lokalną Szczygłowic na rzecz upamiętnienia Czerwonego Osiedla zasypanego przez hałdy. Pracuje na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Śląskiego i w Wydawnictwie UŚ.
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Czerwiec 2026