Ostatni naturalista (pierwszy z nowej generacji?)
Widziane z morza
Biolodzy morscy, od początku istnienia tej dyscypliny wiedzy (około 150 lat), mieli pod górkę w porównaniu z ich lądowymi kolegami. Entomolog czy badacz małych zwierząt w końcu XIX w. mógł po prostu przechadzać się z siatką na owady lub lornetką i przy odpowiedniej dozie uważności oraz czasu dokonywał znaczących odkryć przyrodniczych. Fenomen komunikacji pszczół został rozwiązany przez cierpliwą obserwację wracających do ula robotnic, a większość ważnych zjawisk przyrodniczych bezpośrednio zaobserwowano w terenie. Ten rodzaj badań, rozwinięty w zamożnych i wykształconych kręgach Zachodniej Europy, uprawiany przez gentlemanów przechadzających się po własnych majątkach lub podróżujących do dzikich krajów zaowocował tak fundamentalnymi osiągnięciami jak teoria ewolucji. Uprawiających naukę w ten sposób nazywano naturalistami, i tak określał siebie jeden z najwybitniejszych przyrodników XX w. Edward O. Wilson.
Przyrodnicy, którzy ruszyli na statkach odkrywać naturę morza, widzieli to, co dzieje się na brzegu lub na powierzchni, ale obserwacja życia w głębinach, polegała tylko na zarzucaniu na oślep różnego rodzaju sieci czy czerpaków wyrywających kawały dna, a następnie na żmudnym przesiewaniu urobku na pokładzie w poszukiwaniu organizmów. Narzędzia do takich prac wymyślono w większości w czasie wypraw Challanger (1872-1876) i Fram (1893-1896) oraz tuż po nich, i w ogromnej większości są one używane po dziś dzień. Praca biologa morskiego na oceanie polega na losowym próbkowaniu trójwymiarowej przestrzeni i zbieraniu tak dużej liczby próbek, że ich analiza daje jakiś wzór występowania badanych organizmów. Przełom nastąpił w momencie wprowadzenia zaawansowanej fotografii i filmowania podwodnego oraz podwodnych pojazdów (ROV – remotedly operated vehicle) – mniej więcej od lat 70. XX w. Na płytkich wodach przybrzeżnych rozwój swobodnego nurkowania i bogactwo nowego wyposażenia pozwoliło na masowy postęp w rozumieniu tego, co naprawdę dzieje się w toni morskiej.
To wszystko powodowało, że morscy biolodzy pracujący w terenie byli zawsze gadżeciarzami. Udoskonalanie narzędzi do próbkowania morza i ich wymyślanie, od prostych konstrukcji po skomputeryzowane systemy zajmuje ogromną część czasu i pieniędzy badacza. Rozwój techniki i potrzeba specjalizacji powoduje, że do obsługi zaawansowanego pojazdu podwodnego, który filmuje dno morskie trzeba zwykle od 4 do 8 wykwalifikowanych inżynierów, elektroników, specjalistów IT. Nawet tradycyjnie prosty połów planktonu nie odbywa się dziś za pomocą zwykłej stożkowatej sieci z gęstego materiału opuszczanej i podnoszonej na daną głębokość, ale ze statku opuszcza się kombajn automatycznie otwieranych i zamykanych na różnych głębokościach siatek, z jednoczesnym pomiarem przepływu wody, temperatury, zasolenia, ciśnienia czy chlorofilu.
Ponieważ rozwój technologii w morskich badaniach przyrodniczych pędzi wciąż naprzód, tym większe zaskoczenie budzi sukces zupełnie innego podejścia. Oto młody norweski biolog morza (na co dzień pracuje przy analizach wielkich zbiorów danych) przez ponad rok odwiedzał nadbrzeżne płycizny na wyspie, na której mieszkał. Za cały sprzęt miał telefon komórkowy i szklany słoik. Na każdym miejscu cierpliwie brodził w kaloszach tam i z powrotem przez godzinę poszukując nagoskrzelnych ślimaków (Nudibranchia). To zwykle niewielkie (od około 1 do kilku cm) pięknie ubarwione zwierzęta, pozbawione muszelki, powoli pełzające po glonach czy skałach. Zwykle nie są liczne (jeden osobnik na kilka m2) – co powoduje, że klasyczne próbkowanie dna (czerpak o powierzchni 20 x 20 cm) daje niewielkie szanse na znalezienie tego zwierzęcia. Każdy ślimak nagoskrzelny, kiedy jest żywy prezentuje cechy gatunku do którego należy (m.in. kształt i kolory skrzeli i płaszcza), ale po wyciągnięciu z wody zamienia się w grudkę śluzu. W Norwegii znano dotąd tylko kilka gatunków znalezionych w płytkich wodach – dzięki cierpliwemu obserwatorowi z komórką i słoikiem okazało się, że jest ich ponad 50. W dodatku są one bardzo zmienne sezonowo – pewne gatunki można zaobserwować tylko jesienią, inne latem.
Gdyby ktoś zechciał zaplanować standardowy monitoring – badanie bioróżnorodności ślimaków nagoskrzelnych jako wskaźnika stanu ekosystemu – to przy pomocy standardowych metod, opierających się na znormalizowanych urządzeniach do próbkowania, losowości i poszanowaniu prawa pracy nigdy w życiu nie uzyskałoby się takiego efektu jak uważny gość ze słoikiem, który w niedzielę chodził na spacer nad morze.
Prof. Jan Marcin Węsławski
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Kwiecień 2026