Wspomnienia rówieśniczki TPN
Babciu masz tyle lat co Tatrzański Park Narodowy – usłyszałam od 6-letniego wnusia z okazji urodzin. W dzieciństwie z parkiem kojarzyła mi się wielka brama za Głodówką nad szosą w kierunku Łysej Polany. Rósł za nią taki sam świerkowy las, po co więc ona była? Przecież nie było alejek, ławek a przede wszystkim huśtawek dla dzieci. Góry, które z daleka przypominały bardziej chmury, okazały się z kamienia dopiero nad Morskim Okiem. Najbardziej z pierwszej wycieczki do Morskiego Oka zapamiętałam łódkę, która służyła do przeprawy przez jezioro i Bariego, psa państwa Łapińskich kierujących schroniskiem. Trudno się dziwić, miałam cztery lata. A z kolejnych wakacji pamiętam byka z deską między rogami na Rusinowej Polanie, pędził wprost na nas, nastoletnia Ewa błyskawicznie zrzuciła czerwoną pelerynę, ale tak naprawdę od niebezpiecznego spotkania uratował nas właściciel bydlaka.
Na pewno górskie polany, a tym bardziej hale, nie były miejscem odpowiednim dla tak licznego wypasu. Na Polanie Kominiarskiej zauważyłam przy szałasie nawet kilka kur z kogutem. Dorośli bardzo ostro dyskutowali na temat zakazu wypasu, obserwowałam łzy w oczach góralek i zdenerwowanie górali, którzy zawsze sięgali wtedy po papierosa.
Polityka wobec gór i ludzi w ich obszarze była zdominowana przez ideologię. Zanim powstał Tatrzański Park Narodowy zniknęło Polskie Towarzystwo Tatrzańskie a z nim jego rozsądna koncepcja parku. Przedwojenni działacze i członkowie tej organizacji uważali, że Tatry były już wystarczająco udostępnione w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze realizowało hasło: „Z hal fabrycznych na hale górskie”. Stawiając stanowczo na masowość, na ilość kosztem jakości kontaktu z unikalną przyroda. Imprezy typu zloty, złazy z osławionym rajdem im. Lenina były wręcz gloryfikowane. Pracujący w Tatrach dzielili sezon na okres przed nim i po, gdyż ilość śmieci oraz zniszczenia były największe w roku. Czerwona gwiazda na niebieskim szlaku przez Boczań i Halę Gąsienicową na Zawrat stanowiła niezbity dowód gorliwości.
Fantastycznie było usadowić się na skałkach Wielkiego Kopieńca pod triangułem i patrzeć z góry na pracujących pasterzy. Podzwaniały dzwoneczki owiec, zwierzęta z odległości wydawały się czystsze niż były. Nie widać było brudu, bałaganu, błota, wychudzenia psów, zwłaszcza tych przy szopach na łańcuchu, nie czuło się ostrego zapachu stada zmieszanego z wonią odchodów. Wszystko to zniknęło jakby zapadło się pod ziemię, kiedy zaprzestano pasterstwa. Cisza aż dzwoniła w uszach.
Wiatrołom z maja 1968 r., ale też zapewne stacjonowanie wojsk, które ruszyły w sierpniu na Czechosłowację zmieniły regiel dolny i górny. Miałam 12 lat, to było w Anny – imieniny mamusi (26 VII), mimo marnej pogody wybraliśmy się na Gąsienicową na Karczmisku była bardzo gęsta mgła, słyszeliśmy głosy, ale nie widzieliśmy ludzi. Przy Murowańcu czekała straszna niespodzianka, stały wojskowe namioty, dookoła kręcili się żołnierze, wycinali nawet kosówkę. Rodzice próbowali ukryć przerażenie... Po szybkiej herbacie w schronisku, było naprawdę zimno, postanowili wracać Suchą Wodą, aby na Psiej Trawce skręcić na Cyrhlę. Polanki jednak nie było, zastawiono ją wojskowymi ciężarówkami maskowanymi świerczyną, żołnierze palili ogień i grzali się. Pamiętam, że zapytałam rodziców, dlaczego palą ognisko skoro na tablicy TPN jest napisane, że nie wolno. Ojciec odpowiedział – wojsku wszystko wolno i popchnął mnie w kierunku kładki. Dwaj żołnierze zagrodzili nam drogę prosząc o papierosy, mamusi, gdy je dawała, trzęsły się ręce... Na szlaku dogonił nas pan z plecakiem powiedział tylko: oni są wszędzie. Po powrocie do gospodarzy spakowaliśmy się aby natychmiast wrócić do domu.
W następnych latach szybko odrastała roślinność na upłazach i polanach, kwitło mnóstwo kwiatków, zwłaszcza alpejskich, czyli tych, których nigdzie indziej nie można było zobaczyć. Wolno następowała sukcesja drzew na polanach i obszarach dotkniętych wiatrołomem. Z roku na rok łatwiej było o spotkanie z przedstawicielami fauny zwłaszcza pięknymi jeleniami i łaniami, kozicami, świstakami czy żmijami (do tych ostatnich wszędzie mam szczególne szczęście).
Na każdym jednak kroku widać było, że Tatry nie miały jednego gospodarza, wiele działań zarówno z czasów PRL-u, jak i po transformacji było niespójnych. Ambicje władz, oczekiwania górali, taterników, turystów a zwłaszcza narciarzy i to tych kolejkowych rozmijały się z sobą.
Pewne decyzje dziwiły. Bufet na Hali Pisanej zatrzymywał większość odwiedzających, którzy nie mieli ambicji turystycznych, dlatego wysadzenie go dla potrzeb filmu „Trójkąt Bermudzki” w lecie 1987 r. zostało bardzo źle przyjęte. Schroniska z roku na rok coraz bardziej nastawiały się na komercję, serwując piwo, alkohole i dania restauracyjne, wyraźnie uprzywilejowane były w nich grupy zorganizowane. Pawilon gastronomiczny na Włosienicy wręcz straszył swoją kubaturą, nie odciążył bynajmniej schroniska, korzystano w nim z zimnych napojów i toalet. Z działaczy turystycznych Edward Moskała (znany jako inicjator budowy bacówek w innych pasmach górskich) upominał się o turystę indywidualnego (kwalifikowanego jak to nazwano) i z myślą o jego wszechstronnej edukacji tworzył liczne informatory i panoramy. Nie ustawali w działaniach edukacyjnych, a przede wszystkim ochroniarskich, państwo Zofia i Witold Henryk Paryscy.
W dzieciństwie na obszarze reglowym od Nosala po Suchą Wodę znałam każdą ścieżynkę. Przepisy TPN z roku na rok się zaostrzały, nieużywane przez pasących ekonomiczne dróżki i perci po prostu zarastały. Doskonale atmosferę, która towarzyszyła wielu znawcom gór oddaje wiersz taterniczki Marii Kaloty-Szymańskiej „Zakaz wstępu”1:
Wszystkie moje świątynie
górskiej samotności
zamknięte teraz
tablicami
z surowym zakazem
wstępu
Rodzice, a także starszy kuzyn taty Władysław Midowicz2, akceptowali ochronę przyrody, ale złościło ich wpychanie w góry na siłę wycieczek zakładowych, których uczestnicy nie wykazywali najmniejszego zainteresowania oraz bardzo utrudniony dostęp do czechosłowackiej strony Tatr.
Trudno było mi się pogodzić z niemożliwością oglądania Toporowego Stawu, do którego drogę odkryłam jako dziesięciolatka.
Z wnuczkami gospodarzy wybrałam się na jagody. Starsze ode mnie dziewczynki tak gorliwie zajęły się zbiorem, że nie zauważyły mojej nieobecności, a mnie bardzo wyraźna dróżka idąca wąwozem do góry, wyprowadziła najpierw do paśnika, a po chwili nad brzeg stawu. Nie miałam wątpliwości, że jest to Staw Toporowy, rozpłakałam się ze szczęścia. Czułam się odkrywcą, zdobywcą, a w dodatku wszystko dookoła wydawało mi się baśniowe. Widziałam góry, które nie tylko były ponad lasem, ale także odbijały się dokładnie w tafli jeziora. Góry potężne, jedna nawet przypomina basztę zamku. Wiatr delikatnie trącał sitowie, jak minihelikoptery latały ważki. Woda stawu miała tajemniczy zapach. Nie było tłoku, żadnego gwaru, pisków, nie było w ogóle ludzi. Toporowy wydawał mi się ciekawszy niż Smreczyński, który już poznałam, ale tam nie byłam sama...
A potem na fali Sierpnia 1980 roku przystąpiłam do odradzania Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Na przełomie tysiącleci z racji bycia członkiem Zarządu Głównego miałam stały kontakt z TPN najpierw za dyrekcji dr. Wojciecha Gąsienicy-Byrcyna, a potem dr. Pawła Skawińskiego. Obu uważam za silne osobowości, oddane przyrodzie, choć bardzo, bardzo inne i w naszej organizacji, a zwłaszcza najliczniejszych i najprężniejszych oddziałach, dominowało podejście turystyczne. W oddziale krakowskim znalazła się grupka ludzi nastawionych ochroniarsko, a także zwracających dużą uwagę na inspirującą dla kultury polskiej rolę Tatr, do których należałam. W pewnym okresie byłam nawet rzecznikiem prasowym PTT. Starałam się pogodzić kompetencje zawodowe z tym co mi „w duszy grało”, uczestniczyłam czynnie w licznych naradach oraz konferencjach interdyscyplinarnych. Publikowałam artykuły od naukowych, edukacyjnych po publicystyczne, nawet przewodniczek dla dzieci, zainspirowałam kolegę przewodnika tatrzańskiego dr. Dariusza Dyląga do wydania w Rewaszu „Orlej Perci”. Pamiętam niekończące się dyskusje na temat jej udostępniania i bezpieczeństwa.
Antonina Sebesta
Przypisy:
1. Maria Kalota-Szymańska, Sezon w Tatrach i po sezonie, Gdańsk 1981.
2. Władysław Midowicz (1907-1993) – meteorolog, klimatolog, taternik, narciarz wysokogórski, działacz PTT i PTTK, autor licznych prac, artykułów, przewodników, znawca Babiej Góry, prowadził obserwatorium na Pop Iwanie w Czarnohorze (1938-1939). W czasie II wojny światowej wojskowy meteorolog lotniczy w Anglii, następnie meteorolog w Singapurze i wykładowca geografii w Australii, po otrzymaniu emerytury wrócił do kraju i był z ramienia PTTK społecznym opiekunem szlaków tatrzańskich w latach 1967-1973. Na łamach „Dzikiego Życie” poświęciłam (razem z córką Aliną Wilkins) mu artykuł „Ochrona przyrody – od Babiej Góry po Czarnohorę” (nr 12-1/2012-2013).
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Kwiecień 2026