DZIKIE ŻYCIE

Ciemne oblicze ekoterapii

Ryszard Kulik

Okruchy ekozoficzne

Od jakiegoś czasu mamy prawdziwy wysyp badań naukowych pokazujących dobroczynny wpływ kontaktu z przyrodą na nasz dobrostan psychiczny i fizyczny. Na fali tych doniesień powstają kolejne praktyki i podejścia wykorzystujące naturę do leczenia zaburzeń psychicznych, redukcji stresu, budowania odporności czy poprawy różnorodnych funkcji poznawczych. Mamy więc kąpiele leśne, ornitologię terapeutyczną, terapię poprzez uprawę ogrodu i wiele, wiele innych. Ludzie korzystają z tych dobrodziejstw coraz częściej, więc można się tylko z tego cieszyć. A jednak… mam sporo wątpliwości.

Kobieta w naturze. Fot. Pixabay
Kobieta w naturze. Fot. Pixabay

Pierwsza dotyczy stresu i towarzyszącego mu kortyzolu, który stał się negatywnym bohaterem współczesnych czasów. A warto podkreślić, że kortyzol jest ważnym hormonem, od którego zależy nasze życie. Gdy patrzymy z perspektywy całości, to widzimy, że nie ma życia bez stresu. Stres jest naturalną reakcją organizmu na czynniki środowiskowe. Walka z nim nie ma sensu. Oczywiście w obecnych czasach mamy go za dużo. Ale zamiast pomstować na niego, warto odczytać sygnały, jakie on niesie. W tym nadmiernym stresie jest zawarta ważna informacja o nas i o świecie, który stworzyliśmy. W związku z tym, to co mamy zrobić, to wnikliwie przyjrzeć się sobie i usłyszeć głos własnego ciała, głos naszych relacji, głos Ziemi. Ten głos niesie z sobą ból, cierpienie i płacz, ponieważ krzywdzimy siebie, inne pozaludzkie istoty oraz planetę. Nie chcemy tego słyszeć, dlatego upajamy się rozrywką, zakupami i wieloma innymi naszymi uzależnieniami. A przecież uczciwa konfrontacja ze stresem jest punktem wyjścia do zmiany, której potrzebujemy dla siebie i świata. Zatem, jeśli ludzie będą częściej chodzić do lasu by redukować stres, to jest w tym niebezpieczeństwo, że wykorzystają to do „stawiania się do pionu” wobec przeciążenia życiem, którego są ofiarą. Jeśli znajdziemy takie „plastry”, by nie czuć trudnych emocji i objawów przeciążenia, to ostatecznie będziemy wracać do skrajnie niezrównoważonego życia. Wielu z nas w przyrodzie „ładuje baterie” i relaksuje się, by za chwilę z większym zaangażowaniem i energią wykonywać pracę, której konsekwencje dla przyrody i dla nas bywają często zabójcze. W ten sposób zaprzepaszczamy szansę na rzeczywistą zmianę, która woła o uwagę poprzez objawy nadmiernego stresu. Innymi słowy, odczuwanie własnego bólu i bólu świata jest zdrową reakcją na niezdrowe warunki, w których funkcjonujemy. Uciekanie od tego bólu tylko pogarsza sytuację.

Jest jeszcze drugi aspekt. W tych wszystkich ekoterapeutycznych praktykach ciągle w centrum jest człowiek, co wpisuje się w toksyczny wymiar antropocentryzmu. Jeśli więc idziemy do lasu tylko po to, by „zrobić sobie dobrze” i nie widzimy, że coś temu lasowi zagraża np. masowa wycinka, susza związana ze zmianą klimatu czy inna nadmierna presja cywilizacyjna, to podtrzymujemy kolejny wymiar oddzielenia. W ekopsychologii powtarzamy, że kluczowym etapem na drodze do ponownego połączenia z przyrodą jest doświadczenie bólu świata. Bez tego kontakt z przyrodą będzie tylko kolejną formą „masowania ego”, co jest charakterystycznym przejawem współczesnej kultury hedonistycznej. Korzystając z przyrody, możemy zapominać, że ona potrzebuje naszej ochrony. Nie tylko w postaci jakiejś formy aktywizmu, ale też odpowiednich zmian w indywidualnym stylu życia, który bardzo często jest zabójczy dla środowiska. Chodzi o to, by przełamać sposób myślenia, że mogę tylko brać coś z natury nie dając nic w zamian.

Zagrożenia możemy dostrzec również w niektórych formach ekoterapii. Zachęcamy w nich np. do angażowania się w rozmaite formy aktywności ogrodniczej. Praca z ziemią i roślinami przynosi udokumentowane pozytywne skutki dla ciała i psychiki. Jeśli jednak nie mówimy przy tej okazji o możliwych niebezpieczeństwach dla lokalnych ekosystemów związanych z uprawą np. roślin inwazyjnych lub egzotycznych, to po raz kolejny ignorujemy całościowy obraz życia. Uprawa ogrodu może bowiem opierać się na naturalnych procesach i lokalnych gatunkach wzmacniając odporność ekosystemu, ale może być też intensywną antropocentrycznie zorientowaną działalnością, która ostatecznie szkodzi przyrodzie i człowiekowi. Przystrzyżone do bólu trawniki, oczka wodne zasilane filtrowaną i nasyconą chemikaliami wodą, zraszane intensywnie rabaty – nic z tego nie służy życiu. Nawet ziemia ogrodowa, którą kupujemy w sklepie może stanowić problem. Jej głównym składnikiem jest bowiem torf, który pozyskuje się na skalę przemysłową z osuszonych torfowisk. Eksploatacja torfu przyczynia się do degradacji terenów podmokłych, które są kluczowe w procesie obiegu wody oraz dwutlenku węgla w przyrodzie. Jednocześnie tereny podmokłe są ostoją różnorodności biologicznej, która dramatycznie zanika m.in. dlatego, że niszczymy mokradła. Może być więc tak, że nasz pacjent dzięki uprawie ogrodu uzyskuje poprawę swojego stanu psychofizycznego jednocześnie przyczyniając się do degradacji cennych przyrodniczo terenów, od których ostatecznie (w długiej perspektywie czasowej) zależy jego dobrostan a nawet życie.

Przyroda bez wątpienia ma na nas zbawienny wpływ i warto z tego korzystać. Jeśli jednak w tej relacji pozostajemy obojętni na jej los i nie rezygnujemy z własnych destrukcyjnych zachowań, to zaprzepaszczamy szansę na urzeczywistnienie pełnego wymiaru zdrowia, które obejmuje zarówno nas, jak i planetę.

Ryszard Kulik