DZIKIE ŻYCIE

„Światłożercy” – między szkiełkiem i okiem a Wielką Tajemnicą

Monika Stasiak

Nie jest łatwo popularyzować nauki biologiczne bez narażania się na zarzut antropomorfizacji. Niełatwo także tworzyć naukę, która spotyka się z tym zarzutem ze strony kolegów po fachu, a jednocześnie przeciera nowe szlaki, zbaczając z innej utartej ścieżki – antropocentryzmu. „Światłożercy” Zoë Schlanger to książka o roślinach, a także o ludziach, którzy je badają i opisują. To próba pokazania, jak trudne zadanie mają przed sobą ci, którzy zmieniają naukowe paradygmaty, poszerzając nasz sposób myślenia o wspólnocie biotycznej. To również zrobienie kroku wstecz i dostrzeżenie, że zanim pojawią się badania, hipotezy, eksperymenty, potrzebny jest zachwyt, przebłysk, poczucie jedności. Tych rzeczy nie widać później w raportach, artykułach, wystąpieniach konferencyjnych. Pokazując proces zmiany dyskursu, Schlanger sięga jednak nie tylko do publikacji w czasopismach, ale także do osobistego, niemal intymnego świata badaczek i badaczy, opisanego przez nich w dziennikach, prywatnych notatkach, listach z podróży.

Zakończenie „Światłożerców” jest zaproszeniem do rozmowy zainicjowanej przez rośliny. Fot. Monika Stasiak
Zakończenie „Światłożerców” jest zaproszeniem do rozmowy zainicjowanej przez rośliny. Fot. Monika Stasiak

„… wysoka kukurydza, ostre słońce i starzec stają się jednością. To jeden z tych momentów nie do opisania, kiedy odczuwamy rzeczywistość tak intensywnie, jakby było w niej coś nadprzyrodzonego – a potem schodzimy ścieżką do bramy i wsiadamy z powrotem do autobusu. I pozostajemy w pewnego rodzaju transie lub oszołomieniu, jakbyśmy niespodziewanie przeżyli jakieś święte objawienie, a teraz mieli wrócić do świeckiego, codziennego świata” – pisze przytaczany przez dziennikarkę Oliver Sacks w „Dzienniku z Oaxaki” – zapiskach z wyprawy pterydologicznej (paprociowej) do Meksyku.

Takich historii jest w „Światłożercach” więcej. Schlanger z jednej strony pokazuje żmudną i wymagającą metodologię badawczą, godziny spędzane w terenie lub laboratorium, porównywanie setek danych i dyskusję naukową. Z drugiej jednak – świadomie, nieco prowokacyjnie używa w odniesieniu do tego, czego doświadcza wiele naukowczyń i naukowców, pojęcia epifanii. Rozumie przez nią nie tylko opisywane przez Sacksa „święte objawienie”, ale także pewien moment geniuszu, wzmożonej uważności, połączenia ze światem, które pozwala na odsunięcie podpowiadanych przez umysł klisz i spojrzenie na rzeczywistość ze zupełnie innej perspektywy.

Proste oddzielenia międzygatunkowe okazują się być niewystarczające do opisu świata, w którym wszystko jest połączone. Fot. Monika Stasiak
Proste oddzielenia międzygatunkowe okazują się być niewystarczające do opisu świata, w którym wszystko jest połączone. Fot. Monika Stasiak

Co może być owocem takiego spojrzenia z oddali (a jednocześnie z bardzo bliska)? To już „samo gęste” w opowieści Schlanger, która przez kilka lat zaczytywała się w artykułach naukowych i polemikach do nich oraz spotykała się z naukowcami, żeby zrozumieć, jak zachowują się rośliny. Czytelnik udaje się więc razem z autorką w tę podróż w głąb tajemniczego ogrodu i podobnie jak ona nie może powstrzymać zachwytu.

Czytamy więc o szałwii, która gdy zagrożenie ze strony roślinożerców jest małe, wysyła jedynie subtelne, wychwytywane przez swoich genetycznych krewnych sygnały chemiczne. Kiedy jednak niebezpieczeństwo wzrasta i staje się masowe, szałwia „przełącza się na kanał publiczny”, by poinformować jak najwięcej organizmów, że coś złego się dzieje i dać całej grupie szansę na wytworzenie odporności na zjadanie. Jak taka odporność może wyglądać, widzimy z kolei na przykładzie pomidorów, które w odpowiedzi na atak gąsienic wytwarzają substancje sprawiające, że te zaczynają pożerać siebie nawzajem.

Podążając za autorką dalej, dowiadujemy się, jak rośliny przewodzą impulsy elektryczne pod wpływem dotyku i jak to, co z naszej perspektywy jest zwykłym muśnięciem, dla nich stanowi sygnał do uruchomienia wzmożonej czynności albo mobilizacji sił życiowych w odpowiedzi na atak. Z szeroko otwartymi oczami poznajemy także owadożerne muchołówki, które zamykają się, gdy to, co na nich przysiądzie podrażni dwa włoski czuciowe, ale zaczynają procesy trawienne dopiero, kiedy ofiara zaczyna się szamotać i podrażnieniu ulega minimum pięć włosków. Jeśli ten drugi etap nie następuje, otwierają się i czekają dalej. Nie ma sensu wydatkować energii na próbę strawienia czegoś, co nie będzie pożywne.

Zanim pojawią się badania i hipotezy, eksperymenty, potrzebny jest zachwyt, przebłysk, poczucie jedności. Fot. Monika Stasiak
Zanim pojawią się badania i hipotezy, eksperymenty, potrzebny jest zachwyt, przebłysk, poczucie jedności. Fot. Monika Stasiak

Opisywane przez Schlanger interakcje między roślinami a zwierzętami to jednak nie tylko brutalny ewolucyjny wyścig zbrojeń, ale także znacznie bardziej subtelne relacje. Na przykład „zaloty” storczyków do samców os, kiedy kwiaty zapraszają je do kopulacji z wizualną i zapachową imitacją osy-samicy, która pozwoli roślinie na rozprzestrzenienie się pyłku. To dostrajanie się peruwiańskiej Nasa poissoniana do częstotliwości odwiedzania jej kwiatów przez zapylacze (włącznie z modyfikacją czasu uniesienia pylników, gdy ta częstotliwość ulegała zmianie). To także przyspieszenie kwitnienia kapusty po tym, jak jej liście były sygnalizacyjnie nagryzane przez głodne trzmiele.

Przykładów jest znacznie więcej. Kiedy przyglądamy się im razem z autorką książki, zdumiewa nie tylko oszałamiająca złożoność interakcji roślin ze światem, ale także konserwatywne trwanie nauki na stanowisku, że „komunikować” mogą się zwierzęta, podczas gdy roślinom zostają „zależności” czy „reakcje na bodźce”. Liczba kontrowersji i krytycznych głosów rośnie, gdy odważniejsi spośród badaczek i badaczy ośmielają się mówić, że rośliny mogą widzieć, słyszeć, być inteligentne, pamiętać, mieć świadomość. Nawet jednak część rozmówców Schlanger – pionierów badań nad fitoakustyką czy roślinną neurobiologią używają tych określeń niechętnie, między wierszami, przyciszonym głosem. Zbyt dobrze się przekonali, że zbudowany na ludzko-nieludzkim oddzieleniu gmach nowoczesnej nauki potrafi zamknąć swe podwoje przed wszystkimi, którzy próbują pokazać, że granice są płynne, a kategorie poznawcze można i należy zmieniać. To, co jest siłą nauki w konfrontacji z teoriami spiskowymi i niepopartym badaniami „chłoporozumizmem”, jest zarazem jej słabością w redefiniowaniu samej siebie i swojego przedmiotu badań.

A jednocześnie im bardziej zagłębiamy się w „Światłożerców”, tym mocniej widzimy, jak te proste oddzielenia międzygatunkowe okazują się niewystarczające do opisu świata, w którym wszystko jest połączone. Czy pnącze boquila dostosowujące kształt liści do roślin, na które się wspina, widzi jak wyglądają czy może raczej wchłania ich mikroorganizmy i aplikuje do swojego kodu genetycznego? Ta druga możliwość prowokuje kolejne pytania: jeśli to bakterie kształtują zachowanie roślin, to czym jest sama roślina? Czy w ogóle możemy myśleć o niej w kategoriach odrębnego organizmu ze swymi partykularnymi interesami, czy też wielość jest nieuchronnie wpisana w naturę jednostki? Te same rozważania wykraczają oczywiście poza świat roślinny, bo także zwierzęta zbudowane są w ogromnej mierze z bakterii, grzybów, wirusów i archeonów. Antropocentryczne przeświadczenie, że jesteśmy inni (lepsi) niż reszta przyrody, rozbija się o pytanie, co właściwie jest nami, a co nimi – tymi upartymi kolonizatorami, mieszkańcami i współtwórcami naszego wnętrza. Nauka uprawiana z perspektywy nieoddzielenia jest trudna, bo nie daje się tak łatwo przyciąć na potrzeby prostych klasyfikacji i odseparowanych od siebie przedmiotów badań. A jednocześnie zbliża się do metafizyki, rozmywając pojęcie jaźni i pokazując, że życie jest w istocie tym, czym jest – Wielką Tajemnicą.

Może zamiast antropomorfizować język, moglibyśmy go zwegetalizować? Fot. Monika Stasiak
Może zamiast antropomorfizować język, moglibyśmy go zwegetalizować? Fot. Monika Stasiak

Schlanger, której droga do pisania o roślinach zaczęła się od wypalenia dziennikarstwem klimatycznym, nie poprzestaje jednak ani na zachwycie nad tą tajemnicą. Przytacza badania pokazujące, że w świecie zaburzonym przez człowieka rośliny przestają ze sobą rozmawiać. W zanieczyszczonym powietrzu sygnały chemiczne, jakie sobie wysyłają, rozchodzą się o wiele gorzej. Rolnicze monokultury podlewane pestycydami to w istocie „milczące pola” – ich mieszkańcy nie porozumiewają się, bo nie mają po co. Kiedy ze społeczności zostajemy zredukowani do zbioru jednostek, komunikacja ustaje.

Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy szukania połączeń tam, gdzie dotąd widzieliśmy jasno oddzielone zbiory oraz języka, który nie będzie dłużej więził nas w pułapce przekonania o własnej wyjątkowości na tle innych organizmów. Zoë Schlanger zdaje sobie sprawę z pułapki nadmiernych uproszczeń towarzyszących zaprzęganiu w służbę tym poszukiwaniom antropomorfizacji. Może więc – pyta – zamiast antropomorfizować język, moglibyśmy go zwegetalizować? Przydać mu nową jakość, która pokaże niewiarygodną złożoność życia i rządzących nim procesów bez popadania w banał. A zarazem przytacza badaczki i filozofów, którzy pokazują, że to, co w nauce dopiero szuka swego miejsca, w praktyce rdzennych społeczności jest dostępne od dawna. Nauka w czasach wszechkryzysu powinna być otwarta także na to, co wiele i wielu praktykowało przed nią.

Tak jak w Praktyce Ponownego Połączenia Joanny Macy, zakończenie „Światłożerców” jest w istocie kolejnym otwarciem, zakrętem na spiralnej drodze ku lepszemu, bardziej czułemu i mądremu byciu w świecie, zaproszeniem do rozmowy zainicjowanej przez rośliny. Przyjmuję to zaproszenie i odkładam książkę Schlanger na półkę obok „Pieśni Ziemi”, „Zapisków z Piaszczystej Krainy” i kilku innych, po które sięgam regularnie w swoich próbach rozumienia i opowiadania świata.

Monika Stasiak

Zoë Schlanger, Światłożercy, przekład Ewelina Zarembska, Helion S.A., Gliwice 2026, tytuł oryginału The Light Eaters: How the Unseen Wold of Plant Intelligence. Przedmowę do polskiego wydania napisali: znany czytelnikom „Dzikiego Życia” prof. Piotr Skubała oraz dr Magdalena Ochwat.