Śladami maszyny do znikania światów
Ginące społeczności i wymierające kultury – utarły się te określenia. Utarły na tyle, że przestała nam przeszkadzać wybiórczość informacji, jakie nam oferują. Dlaczego nie wspominają o sprawcy tragedii? Przecież owo „ginięcie” i „wymieranie” to często zaplanowane procesy, prowadzone z korzyścią dla konkretnych interesów i realizowane za pomocą powtarzalnych metod i narzędzi.
Odkrywkowe kopalnie, przemysłowe plantacje, pastwiska produkujące na akord i na eksport.
Nazywam je zbiorczo maszyną do znikania światów. I ruszam śladami, które maszyna zostawia w samym sercu Ameryki Południowej.
0. Odrobina niczego
- Zakładamy nowe miasteczko, możemy je zorganizować, jak zechcemy! – podsumował z zaraźliwym entuzjazmem.
Jest luty, ten jedyny miesiąc w roku, gdy w prowincji La Rioja od czasu do czasu pada deszcz, a kamienistym korytem spływają w dół poszarpane strumienie żółtej wody. Na skromnym terenie wciśniętym między wysoką skałę a rzekę Los Sarmientos leniwie upływa rytuał chayi: wszyscy mamy już twarze utytłane mąką, w powietrzu czuć zapach bazylii i wina. Mężczyzna w kapeluszu gra na bębnie i śpiewa, grupka młodszych i starszych biesiadników tańczy przed miniaturową sceną.
Samozwańczy założyciel miasteczka nazywa się Sergio Vignato. Do paska ma przytroczony pustawy woreczek z mąką, w ręku trzyma aluminiowy kubek z lodem i winem, którego już nieco skosztował.
- Na dziś mamy stu dwudziestu mieszkańców – kontynuuje wywód. – Przyjmując, że każdy ma swój ogródek, niewielki sad i że poi kilka zwierząt, z analizy przepływu strumienia wynika, że mieszkańców mogłoby być jeszcze dwa razy więcej.
Czyli dwustu czterdziestu. To ostatnie zdanie najbardziej zapadło mi w pamięć. Uwarunkowania klimatyczne El Cardón nie polegają na sporadycznych suszach: na tym, że wody czasami jest niezbyt wiele i że podlewać trzeba nieco więcej niż to było dawniej. Nie, tu fizycznie nie byłoby czym podlewać.
Sytuacja jest postawiona na ostrzu noża: w półpustynnym stepie rozciągającym się po zachodniej stronie gór Famatiny przeżyje – jak wyliczył Sergio – dwieście czterdzieści osób. I ani jednej więcej, dodaję sobie w głowie. Ze sceny słuchać tradycyjną strofę:
Jestem z prowincji La Rioja, ojczyzny karnawału
Tu nie brakuje nam zmartwień
A chleb miewa gorzki smak.
Tu odrobiną mąki zakrywamy w sobie wstyd
By w ten sposób zapomnieć, kim jesteśmy:
Zaledwie odrobiną niczego.
1. Świat u zbocza gór
Do El Cardón pojechaliśmy półtora roku później i z tamtejszymi hodowcami kóz i drobnymi sadownikami przeprowadziliśmy filmowe warsztaty dokumentalne. Opowiedzieli swoją historię: o tym, jak zaledwie rok wcześniej odłączyli się od przepastnego latyfundium pamiętającego czasy kolonii, i jak demokratycznie dzielą się i dbają o wodę z jedynego strumienia w okolicy. W rzeczywistości miasteczko wcale nie jest nowe: rodziny mieszkają tu od pokoleń, ale dopiero teraz ta garstka domów wrzucona pod czerwone zbocza gór trafiła na mapę i uzyskała status miejscowości. Cardoneros są teraz spokojniejsi: każdy ma akt własności na niewielką działkę, na której stoi dom i tych kilka orzechowców nawożonych kozim łajnem.
Ale do całkowitego spokoju brakuje jeszcze jednego. Zwierzęta wypasa się przecież na wolnych przestrzeniach, drewna na opał szuka poza wioską, zioła zbiera na zboczach góry. Z legalnego punktu widzenia: na ziemiach należących do skarbu państwa, które w każdym momencie mogą zostać sprzedane lub zakoncesjonowane. Ciężki oddech maszyny do znikania światów czuć już na plecach. Po drugiej stronie przełęczy megaplantacje oliwek i brzoskwiń rozprzestrzeniają się po stepie, korzystając z możliwości nowoczesnych studni głębinowych, zasysających wody podziemne szybciej niż te są uzupełniane. Turboturystyczny park Talampaya – narodowy, ale na prywatnej koncesji – to tykająca bomba spekulacji nieruchomościowej w okolicy. W górach na północ od sąsiedniego Guandacol ekstrakcja litu osusza wysokogórskie mokradła. Nie ustają również wysiłki, by dobrać się do złota ukrytego wśród lodowców Famatiny, kluczowego źródła wilgotności dla suchego regionu. Jutro koncerny mogą znaleźć kolejne złoża złota lub czegokolwiek innego w bliskiej okolicy El Cardón i cały ten świat kóz, orzechów i leczniczych ziół z dnia na dzień przestanie istnieć.
2. Którędy biegną ślady
W Famatinie mieszkaliśmy przez pół roku. To społeczność-ewenement. W ciągu ostatnich 20 lat zwykli mieszkańcy tego niewielkiego miasteczka – nauczyciele, sklepikarka, szewc, ksiądz, łupacze orzechów – ściągnęli w góry cztery międzynarodowe koncerny wydobywcze. Wśród nich znalazła się kanadyjska spółka Barrick Gold, drugi największy producent złota na świecie, który w 2006 r. usiłował rozpocząć odkrywkową ekstrakcję kruszcu przy pomocy wybuchów i z użyciem toksycznych związków chemicznych.
W 2025 r. cykliczny zjazd lokalnych rad obrony terytoriów – asambleas – odbywał się po w sąsiedniej prowincji Catamarca. Poznaliśmy tam społeczności, które nie miały takiego szczęścia, jak mieszkańcy Famatiny. Nieustępliwość tych ostatnich to jedno, ale nie byliby zdolni obronić się przed koncernami, gdyby nie ostrzeżenia dochodzące z nieodległego Andalgalá (o tym za chwilę). Gdy kilka miesięcy później wybieraliśmy się w dalszą podróż po kontynencie, odwiedziny u asambleas jawiły się jako jedyny słuszny kierunek.
A dalej? Maszyna do znikania światów brnie dziś w wysokie góry, w niewykarczowane lasy, w słabo zaludnione terytoria, takie jak płaskowyż Argentyny i Boliwii, jak boliwijska i brazylijska Amazonia1.
Kupiliśmy dwa używane rowery po sto dolarów każdy i ruszyliśmy na północ.
3. Kłamstwo
- Wiesz, dlaczego asambleas przegrywają? – pyta Ezequiel, 40-latek z bujną czupryną i szerokimi pasmami siwych włosów. – Bo zawsze jesteśmy o krok za późno. A oni zawsze są szybsi.
Mówi cicho. Wszyscy tu tak mówią. Wydaje się, że nieustanny huk wiatru nauczył mieszkańców, że głosu podnosić nie warto. Zamiast wchodzić w konkurencję mocy płuc z potęgą huraganów, lepiej nauczyć się wietrznego języka i szeptać sobie ciepłe słowa w zimne andyjskie wieczory.
- Zanim się dowiedzieliśmy, o co w ogóle chodzi z tym całym wydobyciem litu, oni stawiali już zakład przetwórstwa – wspomina.
Mieszkańców nie poinformowano. Raczej wprowadzono w błąd: władze gminy oświadczyły, że na 400 ha państwowej ziemi powstanie park produkcyjny, który miał przynieść miasteczku miejsca pracy, rozwój, dobrobyt i świetlaną przyszłość. Mówiło się o chlewniach i fabrykach, ale ziemie przeznaczono w całości na dzisiejsze zakłady chińskiego koncernu Liex, a pracę dostali przybysze z Państwa Środka.
Fiambalá znaczy tyle, co „miejsce wiatrów”, chociaż mogłoby równie dobrze oznaczać miejsce piasków.
Krajobraz bije po oczach bielą, w suchej dolinie rosną jedynie pojedyncze karłowate krzewy. To ubóstwo natury ośmiela polityków do głoszenia teorii o zonas de sacrificio, strefach poświęcalnych, a więc takich, które można zniszczyć w imię szybkiego zysku z eksploatacji surowców.
Wydobycie litu polega na odparowywaniu wody z wysokogórskich solanek, a więc z jedynych rezerwuarów wilgoci w wysokich Andach. Litowy koncentrat płucze się potem dużymi ilościami słodkiej wody. Tę wodę wydobywa się pompami głębinowymi na terenie zakładu przetwórstwa.
Czy odessanie życiodajnego płynu spod powierzchni ziemi nie doprowadzi do biologicznej śmierci Fiambalá z jej sadami i winnicami znanymi ze świetnego wina? Poziomu wód podziemnych nigdy nie sprawdzono. A jeśli sprawdzono, nie opublikowano wyników badań. Tak na wszelki wypadek. Dziś Fiambalá żyje chwilowym ożywieniem gospodarczym: Chińczycy robią zakupy w miejscowym supermarkecie, alkohol schodzi w hurtowych ilościach, niektórym mieszkańcom oferuje się pracę. Czy długo to jeszcze potrwa? Dokładnie nie wiadomo. Ale z grubsza da się to oszacować.
4. Przemoc
Wracamy z Fiambalá do Tinogasty, by brnąć dalej na wschód brzegiem tak zwanego Bolsón de Pipanaco, niżej położonego sektora pustyń i solnisk, gdzie międzynarodowe koncerny górnicze również zgłaszają się po koncesje na wydobycie litu. Z koncesjonariuszami o słonawą wodę bić się będą musieli mieszkańcy Andalgalá, gdy szwajcarski koncern Glencore pozbawi miasto wód spływających z łańcucha Aconquijy, tutejszej analogii owego jedynego strumienia w okolicy, dzięki któremu w El Cardón może mieszkać maksymalnie 240 osób. Tu, w Andalgalá, jest ich 20 tysięcy.
W latach 90. rusza pierwsza w Argentynie i jedna z pierwszych na kontynencie odkrywkowa eksploatacja metali. To przypadek paradygmatyczny. W ramach projektu Bajo Alumbrera mieszkańcy Andalgalá dostają cały katalog obietnic: od wysokopłatnego zatrudnienia po ulice wybrukowane sztabkami złota.
- Powiedzieli nawet, że miasto stanie się odpowiednikiem Denver dla Ameryki Łacińskiej – wspomina Sergio Martinez, jeden z sąsiadów, którzy od przeszło 20 lat opiera się samowoli koncernów górniczych w regionie.
Miejsca pracy pojawiły się w pierwszych dwóch latach działalności firmy. Zatrudniono lokalną, tanią siłę roboczą do budowy bazy wydobywczej wysoko w górach. A potem ogromną większość zwolniono. Dziś Andalgalá dalej nie przypomina Denver, obiecany powrót kolei trwał jeden dzień – pociąg pojawił się na ceremonii otwarcia i nigdy więcej – a mieszkańcy żyją z tego, z czego żyli do tej pory: z pigwowych sadów i rolnictwa. Tyle że teraz z zanieczyszczoną wodą. I z perspektywą, że niedługo, gdy pełną parą ruszy sąsiedni projekt Agua Rica, wody zabraknie w ogóle, a miasto Andalgalá podzieli los wioski Vis Vis, dziś nieistniejącej. A były już takie plany.
- W 2005 roku wyszedł na jaw długo ukrywany projekt Pilciao-16 – opowiada Melina Zocchi, była pracowniczka instytutu rolnictwa rodzinnego, zlikwidowanego na samym początku neoliberalnych rządów Javiera Mileia. – To projekt wydobywczy, który miał się rozwijać dokładnie tutaj. Chcieli robić kopalnię odkrywkową na rynku w Andalgalá.
W odpowiednim rozporządzeniu przewidywano przymusowe przesiedlenia mieszkańców, a to zagrożenie znacznie bardziej namacalne niż niewidoczne zanieczyszczenie wody toksycznymi cyjankami i metalami ciężkimi odkładającymi się w szpiku kostnym i powodującymi na dłuższą metę nieodwracalne choroby.
Niedługo później andalgalczycy po raz pierwszy masowo zablokowali koncernom drogę w góry.
- Sąsiedzi nigdy nie sądzili, że dojdzie do czegoś takiego. Zawsze powtarzali: przecież nie będą do nas strzelać, są z nami małe dzieci – wspomina Ana Radusky.
Ale strzelali. Ciągali ludzi po ziemi. Bili, torturowali, przetrzymywali nielegalnie w aresztach, wszystko to w ramach demokracji i w imię rozwoju, który nigdy nie nadszedł. Później stało się to regułą: odkrywkowe kopalnie metali w Ameryce Łacińskiej nadchodzą na rękach uzbrojonych policjantów.
5. Obrońcy
O poranku ptaszki o żółtych brzuszkach siadają na rozłożystych koronach drobnolistnych krzewów. Ich chude nóżki chwytają bezpiecznych przestrzeni między twardymi kolcami, a krągłe ciała doskonale utrzymują równowagę na cienkich gałązkach. Śpiewają cichutko, jakby nie chcąc zagłuszyć subtelnej ciszy Puny, andyjskiego płaskowyżu.
W oddali z biało-żółtej połaci równiny wyrastają ciemne garby gór. Nie unoszą ziem wokół siebie.
Pojawiają się na doskonałej płaszczyźnie niejako znikąd, by kilka kilometrów dalej zatonąć pod jej powierzchnią, nie zostawiając po sobie śladów.
Piękno bezdyskusyjne. A jednak w położonym na blisko 4000 m n.p.m. muzeum w miejscowości San Antonio de los Cobres zamieszczono fragment relacji europejskiego podróżnika z przełomu XIX i XX wieku, który notuje, że Puna to smutek i beznadzieja, że „Indianie” są dzicy, a ich życie – prymitywne. W jakim celu eksponuje się tego typu opinie? Czy ma to być dodatkowe usprawiedliwienie dla anihilacji tutejszych wspólnot i tutejszych pejzaży, do tworzenia kolejnych zonas de sacrificio? Dalej salę geologii w instytucji z San Antonio opanowały w sposób totalny koncerny górnicze. Logotypy, nazwy firm i plansze propagandowe bez żenady zapełniają ściany od podłogi aż po sufit. Mówią, że wydobycie litu jest wspaniałe. Że to przyszłość i rozwój. I że nie szkodzi.
Nieodległy Salar Olaroz wygląda dziś jak wielki plac budowy. Rzeka Trapiche w okolicach Salar del Hombre Muerto przestała istnieć. Co stanie się ze społecznościami z nabrzeża solniska Salinas Grandes, gdy i tam ruszy eksploatacja litu? Suchy region Puny, gdzie opady rzadko przekraczają 100 mm rocznie, to niezwykle wrażliwe zlewisko bezodpływowe, uzupełniające się bardzo powoli. Salary czy solniska, a więc słone jeziora pokryte białą taflą skrystalizowanej soli, są jak gąbka magazynująca wilgoć i utrzymująca rozsądny poziom wód podziemnych w okolicy. Intuicja podpowiada, że masowe osuszanie solnisk może nie być najlepszym pomysłem na rozwój regionu. Naukowcy to potwierdzają2. Władze nie uważają za istotne. Mówią: jeśli nie lit, to co?
- Rządzący nie dostrzegają nas zza swoich biurek – protestuje Nestor.
Mężczyzna mieszka w Pozo Colorado. Całe życie żył z solniska: ręcznie wykrawa solne bloki, które sprzedaje się na targowiskach jako naturalne lizawki dla bydła. Ludzie tacy jak Nestor opowiadają o solnisku jak o żywym organizmie, które ma swój rytm, swoje roczne przyrosty. Solnisko nie tyle się eksploatuje, co hoduje. Jak zwierzę. A zwierząt również tu nie brakuje: chowa się głównie lamy, chociaż na wilgotnych wybrzeżach solnisk pasą się także nieliczne krowy. Nie za bardzo natomiast jest jak je sprzedać. Kamienista droga numer 79 prowadząca do najbliższego miasta od lat pozostaje w fatalnym stanie. Tylko na jej 90 kilometrach trafiliśmy na dwa uszkodzone auta.
- Nie wiedzą o naszym istnieniu. Nie przyjadą, żeby zobaczyć. Rozdają licencje górnicze z mieszkańcami w środku.
Bo mimo wszystko na tym pustkowiu mieszkają ludzie. Nocami na zboczach monumentalnych gór błyszczą wianuszki świateł. To miasteczka na 20, 30 domów, ukryte w dolinach suchych strumieni, szeleszczących wodą w krótkiej porze deszczowej australnego lata. Niektóre zielenieją kępami topól pośród suchej połaci wysokogórskiego stepu. Wszystkie noszą w sobie historię wysiłków, mądrości i nadziei nielicznych, ale nie przez to mniej istotnych mieszkańców.
Jeśli zaczniemy dzielić ludzi na ważnych i mniej ważnych, nigdy nie wiemy na pewno, do którego worka trafimy my sami.
6. Koniec świata
„Dla nas koniec świata już się wydarzył, bo naszym światem było jezioro, ryby i polowania” – od tych słów rozpoczyna prezentację Carol Rocha Grimoldi. Siedzimy na niedużej salce konferencyjnej w centrum Oruro, boliwijskiego miasta znanego z karnawału, ze swej górniczej historii i nie mniej górniczej współczesności. Na XIV Kongres Liderów Środowiskowych zjechali przede wszystkim naukowcy i lokalni aktywiści z andyjskich regionów Boliwii i Peru. Ich stanowisko sporo różni się od ich koleżanek i kolegów z Argentyny, którzy sprzeciwiają się wydobyciu w sposób totalny. Tu, wobec masowej akceptacji górnictwa w boliwijskim społeczeństwie, mówi się: wydobycie tak, ale z poszanowaniem przyrody.
Boliwia jest najbardziej górniczym krajem regionu. I jednocześnie najbiedniejszym z nich.
Cytat przytoczony przez Grimoldi to słowa jednej z mieszkanek społeczności rdzennej Uru Muratos znad jeziora Poopó. Długie na kilkadziesiąt kilometrów, ale płytkie i zalane górniczymi odpadami, jezioro to praktycznie przestało istnieć. Przyzwyczajeni do życia na falach, a przy tym nie posiadający własnych ziem Uru Muratos zostali bez niczego: bez wody, bez pól i bez pastwisk. Państwowe definicje terytoriów wspólnotowych nie przewidywały, że terytoria składać się mogą wyłącznie z wody. Pozostawieni bez alternatyw pracują dla majętniejszych sąsiadów, usiłują sprzedawać trzcinowe rękodzieło na rynku w Oruro albo zatrudniają się w kopalniach. Tych samych, które zniszczyły ich naturalne środowisko. Tych samych, które zatruły ich krew ołowiem. Z istniejących jeszcze niedawno ośmiu wspólnot Uru Muratos, do dziś przetrwały tylko trzy.
- To, co wydarzyło się społecznościom Uru, jest dla nas ostrzeżeniem – zamknęła swoje wystąpienie Rocha. – Jeśli nie zmienimy kierunku, czeka nas ten sam koniec.
7. Czy wystarczy sił
Runęliśmy w dół. Za przełęczą wynoszącą się na przeszło 4700 m n.p.m. zaciskamy hamulce i zdejmujemy kolejne warstwy ubrań. Trudno uwierzyć, że suche pustkowia płaskowyżu i gęsta selwa okolic Alto Beni to jeden i ten sam kraj.
- Jeśli ktoś podaruje ci złoty łańcuszek, co zrobisz? Ucieszysz się, dlaczego nie, pewnie włożysz go zaraz na szyję. A przecież nie wiesz, czy za tym łańcuszkiem nie stoi dziecko z wadami wrodzonymi, bo matka podczas ciąży piła wodę zanieczyszczoną rtęcią – mówi radna Nancy Chambi3.
Siedziba gminy Alto Beni to piętrowy, ceglany budynek stojący przy obszernym rynku młodego miasteczka. Wszystkie okna są otwarte, delikatny wiatr łagodzi upał tropikalnego południa. Nicolas Mollo, kolejny z radnych gminy, jest producentem organicznego kakao. Lokalna spółdzielnia sprzedaje cenny produkt na rynkach w kraju i za granicą.
- Jeśli teraz wejdą Chińczycy i zaczną wydobywać złoto, nasze certyfikaty stracą ważność. Kto będzie chciał kupić kakao z zanieczyszczonego regionu? – pyta mężczyzna.
W Amazonii złoto produkuje się z użyciem platform pływających na rzekach. Maszyny wydobywają materiał z dna i przetwarzają go z użyciem rtęci. Ta ostatnia ląduje w wodzie, tam gromadzi się najpierw w mięsie ryb, a potem w organizmach ich konsumentów: ciałach mieszkańców obu brzegów błotnistej Beni. Długotrwała ekspozycja organizmu na rtęć prowadzi do odkładania się pierwiastka w organizmie, co z kolei powoduje m.in. trwałe uszkodzenia układu nerwowego. W badaniach na obecność rtęci u ludności zamieszkującej nabrzeża rzeki Beni wyniki raz po raz pokazują podwyższoną koncentrację metalu. Najczęściej są to społeczności rdzenne, jak etnia Mosetén, która żyje z połowu ryb.
- W ich wioskach zobaczysz mnóstwo dzieciaków z opóźnieniami w rozwoju. I z całą serią problemów zdrowotnych – opowiada Nancy.
Rozmawiam z radnymi, bo w odróżnieniu od większości znanych mi konfliktów środowiskowych w boliwijskim Alto Beni to lokalne władze postanowiły walczyć o ochronę środowiska i zdrowia mieszkańców. W 2021 r. w rozporządzeniu numer 97 zabroniono aktywności wydobywczej na terenie gminy. Decyzja nie spodobała się władzom krajowym. Ówczesny wiceprezydent Boliwii, David Choquehuanca, wysłał rozporządzenie do Trybunału Konstytucyjnego. Oskarżył przy tym radnych o przekroczenie uprawnień i uwikłał ich osobiście w kilkuletnią batalię prawną. A to nie koniec, bo nowo wybrany rząd w La Paz również dąży do zniesienia wszelkich ograniczeń dla ekstraktywizmu.
- Rodrigo Paz proponuje tzw. „fast track”, szybką ścieżkę dla projektów górniczych – mówi Nicolas – a to dla nas kolejne zmartwienie.
Przedstawiciele małej gminy zastanawiają się, na jak długo wystarczy im sił.
8. Pocztówka z raju
Ręcznie wybierają wodę ze studni, robią pranie w strumieniach. Tak, ale w największym mieście w regionie, Riberalta, kupuje się wodę w 20-litrowych baniakach i też trzeba ją jakoś przewieźć do domu.
Mają schodzone ubrania? Mają, ale mają też zawsze co jeść. W dowolnym momencie mogą wziąć strzelbę i zapolować, na polu rośnie maniok, platany i ryż, w rzece pływa cała obfitość ryb. A można łowić i można uprawiać, bo nie ma już (a jeszcze niedawno był!) właściciela ziemskiego, który rościłby sobie prawa do całej okolicy. Gdy opuszczamy ów skraweczek departamentu Pando wciśnięty między rzeki Beni i Madre de Dios, już marzymy, żeby tam wrócić.
Myślę o problemie romantyzacji ubóstwa: idyllicznym przedstawianiu rzeczywistości, które być może wcale nie są aż tak pełne szczęścia. Na drugim biegunie stoi tzw. pornoubóstwo (hiszp. pornomiseria), tendencja do epatowania cierpieniem w materiałach dokumentalnych, zgrabnie skrytykowana w krótkometrażowym filmie „Agarrando pueblo” jeszcze z 1978 r., ale dziś aktualnym jak nigdy. Wydaje mi się, że między tymi dwiema skrajnościami biegnie też wąska ścieżka – konkretne docenienie tego, co jest.
Gdy z monetarnym ubóstwem współistnieje dostęp do naturalnej obfitości, to może nie jest aż tak źle? Zamiast podłogi w domu mają klepisko? Mają. Ale swoje. Może ktoś z czytelników im pozazdrości, gdy przyjdzie płacić kolejną ratę kredytu na dwupokojowe mieszkanie. Mają również wolność do tego, by iść do lasu na zbiórkę orzechów brazylijskich (ciężka robota). Albo nie iść, bo strasznie się zachmurzyło i na pampie będzie pewnie wody po pas, więc po co się katować.
Wspólnotowe Ziemie Rdzenne (TCOs, Tierras Comunitarias de Origen) pojawiły się w boliwijskim prawodawstwie w latach 90. XX wieku w wyniku zorganizowanej presji rdzennych społeczności. To terytoria o pewnym stopniu autonomii, gdzie ziemie nie należą do prywatnych właścicieli, a do wspólnoty. Chodzi o obszerne ziemie, nieraz obejmujące dziesiątki tysięcy hektarów, z których mieszkańcy mogą dowolnie korzystać: zbierać owoce, wypasać zwierzęta, uprawiać, zbierać chrust.
To model wymarzony dla mieszkańców miejscowości El Cardón z argentyńskiej prowincji La Rioja.
Podczas kilkumiesięcznej podróży, którą opisuję, w Argentynie zrobiło się głośno o filmie „Nasza ziemia” (oryg. „Nuestra tierra”, reż. Lucracia Martel, 2025). Dokument przedstawia sytuację społeczności rdzennej Chuschagasta, gdzie osoby z zewnątrz podające się za właścicieli terytoriów zamieszkiwanych przez wspólnotę od pokoleń zjawiły się w regionie z zamiarem rozpoczęcia eksploatacji górniczej. Od wystrzału z pistoletu zginął lider społeczności, Javier Chocobar.
Wymiar sprawiedliwości ukarał co prawda sprawców, ale do dziś mieszkańcy tak Chuschagasty, jak El Cardón i wielu innych argentyńskich społeczności nie mają w ręku dokumentów zapewniających im prawo do użytkowania ich własnej ziemi. Ziemi, która jest podstawą życia dla każdego z lokalnych światów.
- Problem polega na tym, że istnieje własność prywatna i prawo mówi, że te ziemie powinny być prywatne – mówi inżynier Sergio Vignato. – A jeśli coś jest prywatne, to znaczy, że do kogoś należy. Jeśli do kogoś należy, ten ktoś może ową własność sprzedać. I tutaj kończy się główne pragnienie całej społeczności, żeby tych ziem nie sprzedawać, bo to ziemie, które pełnią kluczową funkcję społeczną i powinny ją pełnić na zawsze.
9. Co dalej?
Brazylijska Rondonia w niczym nie przypominała boliwijskiej idylli Pando. Wzdłuż drogi kilometrami ciągnęły się monokultury i pastwiska. Wiosek nie było. Lasu zostało niewiele. Platformy wydobywające złoto na rzekach rozmiarem biły na głowę drewniane łupiny, które oglądaliśmy do tej pory. Co zobaczymy dalej?
Wspomniane w tym tekście historie publikujemy w pełnej wersji w ramach hiszpańskojęzycznego podcastu „Radio Escuchante”. W tłumaczeniu na język polski można je odnaleźć w „Podcaście Latynoamerykańskim”, w ramach cyklu „Maszyna do znikania światów”. Rowery, na których przemierzyliśmy wyżej opisaną trasę czekają na nas w Brazylii. Niedługo ruszymy dalej, by kontynuować opowieści o światach i społecznościach poszukujących sposobu na przetrwanie. Być może to tam, a nie w energochłonnych technologiach XXI wieku, odnajdziemy alternatywę dla wspólnej przyszłości?
Wojciech Ganczarek
Wojciech Ganczarek – urodzony w 1988 r., w latach 2013-2023 w rowerowej trasie po Ameryce Łacińskiej. Autor relacji, reportaży, esejów prasowych, książek i filmów dokumentalnych o tematyce społecznej i środowiskowej (np. „Ziemia dla niewielu”, 105’, 2025). Nagrywa Podcast Latynoamerykański i prowadzi cykl „Tierras Raras” w Radiu 357.
Przypisy:
1. Do tej kategorii zalicza się również nieodległy Paragwaj, zwłaszcza Chaco, ale tam maszyna zadomowiła się już na dobre, co opisałem w książce „Sprzedani. Reportaże z peryferii” (2021).
2. Przegląd publikacji i obserwacji znajdziemy np. w Mignaqui, V. (2019). Puna, litio y agua: estimaciones preliminares para reflexionar sobre el impacto en el recurso hídrico. Revista de Ciencias Sociales, 10(36), 37-55.
3. Historię z Alto Beni szerzej opisałem w tekście „Złoto albo życie” w magazynie „Misyjne Drogi”, numer 2:236, 2026.
Twój 1,5% dla dzikiej przyrody
Wrzesień 2026