Miesięcznik Dzikie Życie

4/214 2012 Kwiecień 2012

O autorze opowiadania „W górach”

Krzysztof Wojciechowski

Mychajło Hruszewski, późniejszy wybitny historyk ukraiński, polityk i Przewodniczący Rady Centralnej Ukraińskiej Republiki Ludowej, urodził się w 1886 r. w… Chełmie, jako syn nauczyciela. Dziś na kamienicy, w której przyszedł na świat (naprzeciw cerkwi prawosławnej św. Jana Teologa), wisi pamiątkowa tablica, pod którą prawie zawsze można zobaczyć kwiaty z błękitno-żółtymi wstęgami.

Ukończył gimnazjum w Tbilisi (gdzie został przeniesiony jego ojciec), następnie historię w Kijowie. Jako zaledwie 28-latek objął kierownictwo Katedry Historii Wschodu na Uniwersytecie Lwowskim. We Lwowie rozwinął szeroką działalność naukową i społeczną. Uważa się go za założyciela lwowskiej szkoły historyków Ukrainy. Angażował się też w działalność polityczną i to ona zaprowadziła go i na zesłanie, i do Centralnej Rady. Po zwycięstwie Rosji Sowieckiej przebywał przez jakiś czas w Pradze i Wiedniu, a następnie zachęcony przez bolszewickie władze wrócił do Kijowa, gdzie starał się rozwijać działalność naukową i umacniać świadomość Ukraińców. Posądzany był o „odchylenia nacjonalistyczne”. Zmarł podczas nieudanej operacji w 1934 r.

Fot. Krzysztof Wojciechowski

Pomnik M. Hruszewskiego we Lwowie. Fot. Krzysztof Wojciechowski

Ukraińcy uczcili swego wielkiego rodaka licznymi pomnikami, nazwami ulic, jego podobizna zdobi banknot 50-hrywnowy. Erudyta (władał biegle kilkoma językami) i bardzo płodny pisarz, pozostawił po sobie imponujący dorobek pisarski (ok. 2000 prac naukowych), z dziełem życia – 10-tomową „Historią Ukrainy-Rusi”. Szczery patriota swego narodu, nie pałał jednak miłością do Polski i Polaków. Stał na bezkompromisowym stanowisku, iż w skład terytorium odradzającej się Ukrainy powinny wejść wszystkie ziemie zamieszkiwane przez żywioł ruski, czyli m.in. Łemkowszczyzna, Nadsanie, Chełmszczyzna, a nawet Podlasie, że o Galicji Wschodniej, z „semper fidelis” Lwowem, nie wspomnę. Było to oczywiście nie do przyjęcia choćby w zdominowanych przez Polaków Lwowie. Uważał za zdradę wszelkie rozmowy i umowy S. Petlury z Polakami. W swej bezkompromisowości dochodził nieraz niemal do absurdu, popierając bolszewików w wojnie z Polską (w 1920 r.), nie widząc, że z tych dwóch krajów gwarantem niepodległości Ukrainy w jakimkolwiek kształcie może być tylko Polska.

Jednak nie poglądy polityczne Hruszewskiego i jego stosunek do naszego narodu są głównym przedmiotem tej notki (jeśli kogoś temat interesuje, polecam wydaną w ubiegłym roku monografię Łukasza Adamskiego pt. „Nacjonalista postępowy. Mychajło Hruszewski i jego poglądy na Polskę i Polaków”). Tutaj chciałbym podkreślić wszechstronność zainteresowań humanisty i wrażliwość na zniszczenia środowiska przyrodniczego Karpat, której przejawem jest prezentowane opowiadanie „W górach”. Powstało ono w pierwszej dekadzie XX wieku, gdy Hruszewski pracował we Lwowie i podróżował po Galicji. Drukiem ukazało się w 1918 r. w zbiorku opowiadań pt. „Sub divo”.

Serhij Biłokiń, redaktor późniejszych wydań prac Hruszewskiego, tak pisał o tym zbiorku i opowiadaniu „W górach”: Autor określa stan człowieka, który nagle zapomina o swoich codziennych kłopotach, o jakichś przyziemnych interesach i sprawach i rozmyśla nad życiem, nad wiecznymi tajemnicami świata. Takie uczucia i nastroje budzi w człowieku otwarte niebo, szczególnie nocne, kiedy wyjątkowo mocno odczuwa się związek z bezkresnym kosmosem, a człowiek jakby wchodził w wieczność. A oto w opowiadaniu „W górach” z tego zbioru przepowiada on tragedię ekologiczną naszej ziemi. Ileż plastycznej energii skupionej jest w tym maleńkim klejnociku-rozmyślaniu, które mogłoby bez problemu stać się wstępem do najbardziej profesjonalnej Czerwonej Księgi Przyrody…

 Fot. Krzysztof Wojciechowski

Wielką wewnętrzną siłą, ale i głęboką rezygnacją bije od tych ostatnich potomków dawnych wielkich lasów. Fot. Krzysztof Wojciechowski

Warto doprecyzować, że opisywany w opowiadaniu Bukowiec to grzbiet górski położony na Huculszczyźnie, nad Czarnym Czeremoszem i słynną Krzyworównią. To miejsce wyjątkowe nie tylko przyrodniczo, ale i słynące tym, że splatały się tutaj losy słynnych Polaków i Ukraińców. Sama wieś należała do rodziny Przybyłowskich, z której wywodziła się matka Stanisława Vincenza, opisującego owe tereny w swojej słynnej „Na wysokiej połoninie”. Zawiera tam zresztą opisy zniszczeń, jakich dokonała gospodarka człowieka w górskich lasach, bardzo podobne do tych, o których pisze Hruszewski. W Krzyworówni wypoczywał też najpłodniejszy ukraiński pisarz i poeta, Iwan Franko. On również opiewał piękno Huculszczyzny. Do niego też przyjeżdżał Hruszewski i to najprawdopodobniej podczas jednego z takich pobytów historyk ze Lwowa, patrząc na pokryty szczątkami lasu grzbiet Bukowca, napisał opowiadanie, które prezentujemy.

Sam Hruszewski we wstępie do zbiorku „Sub divo” pisał tak: Ani trochę nie mamię się nadzieją, że treści tutaj zawarte mogą znaleźć szeroki odzew. Ale myślę, że przynajmniej w niektórych ludziach mogą one trącić współbrzmiące struny i obudzić podobne wspomnienia z własnego życia. A koniec końców wszystko, do czego w ogóle może przydać się słowo pisane (czy drukowane), to podanie sobie dłoni ponad przestrzenią miejsca, czasu i wszystkimi życiowymi przeszkodami, przed obliczem tej wieczności, która przemawia do nas z milczącej bezdni gwiaździstego nieba.

Dziś po niemal stu latach od napisania opowiadania „W górach”, w ukraińskich Karpatach nadal brutalnie rąbane są lasy, a na dodatek górskie potoki i rzeki (w tym i Czarny Czeremosz) planuje się wtłoczyć w olbrzymie rury elektrowni wodnych. Głos wielkiego Ukraińca zginął gdzieś w otchłani ludzkiej chciwości. A tak chciałoby się, aby był słyszany…

Krzysztof Wojciechowski