Miesięcznik Dzikie Życie

4/286 2018 Kwiecień 2018

Lasy są dla wszystkich. Rozmowa z Igorem Traczem

Wywiad Alana Weissa

Nie jest łatwo spotkać się z Igorem Traczem. Pomiędzy treningami z psami a treningiem wspinaczkowym, który prowadzi dla młodzieży, znalazł jednak godzinę na rozmowę. Ostatnio był chory, więc pozwolił sobie na jeden dzień bez trenowania, choć poprowadził zajęcia jako trener.

Wielokrotny mistrz świata i Europy w sportach zaprzęgowych, stał się nagle znany, ale nie dzięki swoim osiągnięciom, lecz myśliwym. W połowie stycznia trenował z dziećmi i psami w lesie koło Trójmiasta, kiedy podeszła do nich grupa kilkunastu uzbrojonych myśliwych i nie przebierając w słowach kazała grupie sportowców opuścić las. Powoływali się na prawo, które wówczas jeszcze nie obowiązywało, a po przegłosowanych poprawkach, obowiązywać nie będzie. Jeden z myśliwych przy dzieciach powiedział Igorowi, że jeśli będzie jeździł po lesie, to może dostać kulkę: „Mam nadzieję i chciałbym w to wierzyć, że to nie była groźba. Podobna wypowiedź skierowana była wcześniej do ojca jednego z naszych zawodników” – pisał Tracz na Facebooku. Od rzeczniczki PZŁ otrzymał wprawdzie przeprosiny, ale wcześniej w niektórych mediach pojawiały się insynuacje, że to grupa Igora była agresywna.

Rozmawiamy kilka godzin przed tym, jak senat przegłosował nowelizację wraz z kolejnymi prospołecznymi poprawkami. Igor wszedł dziarskim krokiem i oznajmił, że przed chwilą wysłał pismo do Polskiego Związku Łowieckiego, które napisał z prawniczką.

Czy sprawa toczy się dalej? Nie próbowali tego wyciszyć, załagodzić?

Igor Tracz: Nie. Wezwali mnie na rozmowę czy przesłuchanie do PZŁ, żeby wyjaśniać sprawę, w której to ja byłem osobą poszkodowaną. Dzwonili do mnie z wezwaniem, kiedy byłem na zawodach w Alpach, ale jak jestem na zawodach za granicą nie odbieram telefonów z numerów, których nie znam. Pisali więc maile z prywatnych kont, dlaczego nie odbieram. Mistrzowie! Ja nie mam obowiązku odbierać telefonu. Nie jestem pracownikiem społecznym czy państwowym, żeby mieć obowiązek odbierać telefon w godzinach swojej pracy. To mój prywatny telefon mogę go sobie odebrać albo nie odebrać.

Ale z drugiej strony stałeś się sławny dzięki myśliwym.

Obrazek

Igor Tracz, zawody Zuberec, Słowacja, 2013 r. Fot. Anna Kawala-Konik

Tak, zainteresowanie mediów było bardzo duże, choć sam do żadnych mediów nie wysyłałem wiadomości o tym zdarzeniu. Na swoim prywatnym profilu facebookowym, nawet nie na fanpage’u czy na stronie klubowej, napisałem wieczorem jeszcze pod wpływem emocji o tym, jak nas potraktowali. W życiu nie pomyślałbym, że jakiekolwiek media się tym zainteresują albo żeby komuś to wysyłać. A po trzech dniach ruszyła lawina. Rano budzi mnie telefon, potem kolejne, mail z mailem wpada. Jakiś z dziennikarzy pewnie przeczytał, puścił w którymś serwisie, wysłał komuś i poszło domino. Ludzie zaczęli to sobie przesyłać i tak to się nakręciło.

Rzeczywiście, zupełnie przypadkiem, bez myślenia o tym, zrobiłem sobie świetny PR. Bo teraz, inaczej niż jeszcze kilka miesięcy temu, wiele osób dowiedziało się, co to jest sport zaprzęgowy. I że Tracz jest mistrzem w wyścigach psich zaprzęgów. Dla mnie rewelacja pod tym względem.

Czym jest więc ten sport zaprzęgowy?

To, co my nazywamy sportem zaprzęgowym to taka zbiorcza nazwa. Sport zaprzęgowy to tak naprawdę kilka dyscyplin. Mogą to być wyścigi psich zaprzęgów klasyczne, kiedy mamy śnieg i sanie oraz od kilku do kilkunastu psów, ale to także jest bikejoring – kolarz terenowy i pies. Wszystkie te sporty wywodzą się ze Skandynawii.

Geneza bikejoringu jest taka, że ludzie nie traktowali tego jako sportu, ale jako rodzaj treningu dla psów zaprzęgowych w okresie, kiedy nie ma śniegu. A że w Europie sport ten robi się coraz bardziej popularny, a śniegu jest coraz mniej, to przygotowywano psy przez cały rok, wykorzystując sprzęt kołowy, m.in. rowery górskie. W pewnym momencie, na początku lat 90., stworzono z tego oddzielną dyscyplinę. Teraz jest już tak, że bardzo wielu zawodników ma tylko jednego psa i rower. Śnieg i sanie w ogóle ich nie interesują. Zaletą tego sportu jest też to, że możesz go uprawiać zawsze i wszędzie, bez względu na to, gdzie mieszkasz, czy jest ciepło, czy zimno. Na ostatnich mistrzostwach Europy w październiku ub.r. było 600 zawodników. I to jest standard, nic nadzwyczajnego. Oprócz bikejoringu, mamy jeszcze canicross, czyli bieganie z psem, skijoring, czyli narciarz biegowy plus pies oraz klasyczny wyścig psów zaprzęgowych z saniami.

Czy są jakieś wymogi co do rasy psów?

W formule open, najbardziej prestiżowej, w której startuję, nie ma obostrzeń, co do rasy psa. Musi być zdrowy, musi mieć zrobione szczegółowe badania, paszport, chip, minimalnie 12 kg masy ciała ze względów bezpieczeństwa. Mniejsze psy mogłyby nie dać rady i odbiłoby to się na ich zdrowiu.

Obrazek

Igor Tracz. Fot. Ada Subocz

Ale są też zawody, w których jest podział na rasy. Są trzy kategorie: 0, 1, 2. Zero to jest formuła open, jeden to są psy husky, a dwa to malamuty, samojedy i psy grenlandzkie. Taki podział robiony jest ze względu na tradycję, ale też dlatego, żeby te psy północne miały szansę, bo wbrew pozorom psy, które zwykle kojarzą nam się z zaprzęgami, są psami dużo wolniejszymi. Mają nieco gorszą budowę do startów w sprintach. Są za to bardziej wytrzymałe na długich, czasem wielodniowych dystansach, kiedy muszą spać w śniegu, są też odporne na niską kaloryczność diety. Ich metabolizm predysponuje je do tego. Wiele lat temu te psy potrafiły przetrwać w skrajnie trudnych warunkach, jedząc bardzo rzadko i niewiele, a idąc, bo to raczej nie był bieg, 100-200 km dziennie. Moje psy i te z kategorii open to z reguły psy wyhodowane na bazie psów myśliwskich, które mają szybszy metabolizm, są szybsze, bardziej umięśnione, przez to mają mniej tkanki tłuszczowej, a jak mniej tkanki tłuszczowej, to muszą przyjmować więcej kalorii i nie mogą spać w śniegu.

Powstała więc jakaś konkretna rasa psów?

Tak, Greyster. Ale nie jest to typowa rasa o sztywnych wytycznych. Najczęściej to mieszanka wyżła niemieckiego i chartów greyhoundów. Większość psów z mojego zaprzęgu ma również domieszkę Alaskan Husky. Z tym że Alaskan Husky tradycyjnie pojmowany, to też nie jest rasa, a raczej typ psa z Ameryki Północnej, który pracuje w zaprzęgu. To były psy hodowane bardziej na północy, miały więcej pokrywy włosowej, były mniejsze, bo mniejsze ciało biega lepiej na długich dystansach. Te z kolei, które pracowały na południu, gdzie było cieplej i były krótsze dystanse, były mieszane z innymi psami. Alaskan Husky nie był więc kiedyś rasą, a typem psa, wywodzącym się z Alaski.

Moje psy to mix wszystkiego, totalnie wszystkiego, co akurat było zdrowe i biegające. Bo w tym wypadku nikt nie myśli o wyglądzie. To jest bardzo prosta metoda selekcjonowania psów pod względem ich zdrowia. Bo żaden zawodnik nie krzyżowałby dwóch psów chorych tylko dlatego, że ładnie wyglądają. Skrzyżuje psy pod względem jego predyspozycji do pracy. Taki pies musi chcieć pracować, nie może być agresywny, no i musi być zdrowy. To czy ma takie czy inne ucho albo brązową plamę jest najmniej istotne. A na wystawach masz już ramy, zdrowotność jest bardzo często na takich wystawach drugorzędna albo wręcz w ogóle nie jest brana pod uwagę. Kiedyś psy były hodowane dla jakiejś konkretnej funkcji, na przykład stróżującej czy właśnie do ciągnięcia zaprzęgów, a potem zaczęła się liczyć niestety tylko estetyka. Stąd te obecnie hodowane psy husky, malamute czy samojed są często nieprzydatne do pracy, bo nie są selekcjonowane pod względem chęci do pracy, a wyglądu. Zresztą podejrzewam, że kiedyś te konkretne typy wcale nie były tak czyste jak teraz. Kiedyś to był typ psa husky, typ psa malamute, więc nie spełniałyby w najmniejszym stopniu wymogów wystawowych.

A jakie są dystanse sportów zaprzęgowych?

Z reguły są to dystanse między 4 a 8 km. To jeśli chodzi o bikejoring. Są to najczęściej 2-3 biegi na takich dystansach i sumuje się z nich czasy, z tym że zwykle realizuje się te etapy dzień po dniu. Zdarza się rzadko, żeby były dwa etapy jednego dnia. A jeśli już, to jeden rano, a drugi wieczorem. Bywają też wyścigi składające się z 10 etapów, ale to tak jak w kolarstwie, że jeden dzień – jeden etap. Suma czasów z wszystkich etapów decyduje o wyniku finalnym.

Kiedy ścigamy się na saniach, na śniegu, zwykle te dystanse są dwukrotnie dłuższe. W niższych temperaturach pies się nie przegrzewa tak szybko, dlatego możemy biegać dłużej.

Myśliwi po spotkaniu z Tobą nawoływali organizacje animalistyczne, żeby zajęły się Tobą, bo rzekomo męczysz psy. Jakie są właściwie obciążenia psa podczas takich startów?

Siła wkładana przez psa zależy od trasy i twojej dyspozycji, bo czym trudniejsza trasa, tym więcej twojej własnej siły wkładanej i pies nie wszędzie jest w stanie ci pomóc. Zakładamy, że mamy psa dobrze wytrenowanego, na trasie mamy mnóstwo zakrętów, górek, błota, trudnych elementów, gdzie prędkość jest niższa, to pies jest ci w stanie pomóc więcej, ale im więcej prostych odcinków, gdzie rozpędzasz się do około 50 km/h, to pies ci mniej pomoże, bo na takiej prędkości pies nie pobiegnie dłużej niż kilka sekund. Z reguły prędkością, na której może biec znacznie dłużej, to około 40 km/h. A jak jest długi zjazd, to w pewnym momencie jest się szybszym od psa, więc jak zaczynasz go doganiać, to on już ci nie pomaga. Uśredniając różne trasy można powiedzieć, że około 30% to jest wkład fizyczny psa. Bo na przeciętnej trasie bez psa pojadę około 30% wolniej niż z psem.

Ale w czasie biegu popędzasz psy w jakiś sposób? Korzystasz z lejców na przykład?

W bikejorigu nie wolno używać siły fizycznej, żeby motywować psa do pracy. Można używać tylko głosu. Nie można absolutnie mieć żadnych sprzętów takich jak kolczatka, lejce czy bat. Nie możesz też chwycić psa za szelki i ciągnąć. To jest taki sport, że jak pies nie chce biec, to nic nie możesz zrobić. Pies musi chcieć.

Ale uczysz psy jakichś komend?

Czym mniej, tym lepiej. Ja mam 4 komendy: lewo, prawo, stop, naprzód. Niektóre moje psy rozróżniają jeszcze komendę „bliżej lewej” i „bliżej prawej”. Czasem widzę, że lepsza trajektoria dla moich opon w rowerze czy sań będzie po lewej stronie, a dla psów może być to obojętne. Ale doświadczone psy potrafią wyczuwać podłoże pod łapami. Wówczas wolą biec gruntem, który jest wygodniejszy dla ich łap, a przy okazji dla moich kół czy płóz będzie też lepszy. Z reguły same wybierają stronę. Widzą lepiej ode mnie, gdzie jest lepsza droga i więcej miejsca, na przykład do wyprzedzania. Ja panuję nad saniami, żeby nie wpadły w za duży poślizg, kontroluję uślizg, żeby lepiej ściąć zakręt itd.

A za przesadne motywowanie psa może grozić dyskwalifikacja?

Jeśli wyprzedzisz psa, to mogą cię zdyskwalifikować. Bywały takie sytuacje, że ktoś był świetnym kolarzem, ale słabo przygotował swojego psa. Masz wielkie ambicje, jedziesz 5 km super, a na ostatnim kilometrze pies jest tak zajechany, że nie jest w stanie ci pomagać, mało tego, nie jest w stanie utrzymywać twojego tempa. Więc go zaczynasz wyprzedzać i się drzesz na niego: dawaj, szybciej… Jeśli to któryś sędzia zobaczy na trasie, to masz dyskwalifikację od razu. Ty musisz powstrzymać swoje ambicje.

Obrazek

Igor Tracz, Zdunowice, 2010 r. Fot. Archiwum Igora Tracza

Pies musi być zawsze przed Tobą. Bo jak jesteś przed psem, to możesz go motywować ponad jego możliwości, bo widząc swojego opiekuna z przodu, będzie chciał jeszcze wykrzesać z siebie jakieś siły, a to może się kończyć dla niego tragicznie. A jak biegną przed tobą, to choć czasem, stymulowane adrenaliną, przekroczą nieco swoje możliwości, to nie przegną w tym, bo ty go już bardziej nie motywujesz, jadąc za nim. Więc może jesteś świetnym kolarzem, ale kiepsko przygotowałeś swojego psa do danego dystansu. Może zamiast 8 km, powinieneś z nim biec 4.

Czy podczas startu lub wyprzedzania nie dochodzi do jakichś starć z psami z innego zaprzęgu? Albo między psami z tego samego zaprzęgu?

Coś ty. Psy to więksi profesjonaliści niż ludzi. Biegną i wyprzedzają płynnie. To kwestia przygotowań, obycia się. Nie jest to jakieś specjalne szkolenie. Trenujesz często, uczysz wyprzedzania. Jedziemy z jakimś zawodnikiem z klubu na rowerach i mamy po jednym psie. No i się wyprzedzamy nawzajem. Raz on, raz ja. A jak na przykład jeden pies zaczyna gryźć drugiego psa lub chce się bawić czy rozgląda się, no to stop, zatrzymujemy się. I to jest jedyna kara. Karą jest dla niego brak biegania. Po chwili znowu ruszamy, a jak pies znów zaczyna się zachowywać nieodpowiednio, to znowu stop. To bardzo proste. Pies uwielbia biegać. To go kręci. Więc jak się zatrzymujesz, to dla niego jak kara. I to jest najlepszy sposób. Żadne tam wrzaski, o biciu nawet nie mówiąc.

To ta sama metoda, którą stosuje się przy przyzwyczajaniu psa do chodzenia na smyczy. Jak ciągnie, to się zatrzymujesz. W końcu załapuje. Bez szarpania, krzyku czy innego, choćby pozytywnego bodźcowania.

Moje psy ciągną na smyczy jak cholera! I dobrze, bo takie mają przyzwyczajenia z naszych treningów. Ale jak czasem muszę z nimi gdzieś pójść na smyczy, to lecę! Ręce mi wyrywają, bo są przyzwyczajone do ciągnięcia. Jak poczują smycz, to chcą gnać, a ja ledwo jestem w stanie je utrzymać.

Zanim zacząłeś uprawiać sport zaprzęgowy trenowałeś kolarstwo terenowe?

Nie, moim pierwszym sportem była wspinaczka. Jeździłem w skały i jaskinie w Europie. Potem założyłem firmę zajmującą się pracami wysokościowymi i szkoleniami dla pracowników wysokościowych. Prowadziłem też zajęcia w ramach projektu „Przeciwdziałanie Patologiom dla miasta Sopot” dla młodzieży. Ale dwa lata temu oddałem swoją firmę bratu. Obecnie tylko góra dwa razy w tygodniu prowadzę zajęcia wspinaczkowe dla dorosłych i dzieciaków. Takie oderwanie się od mojej codziennej, psiej rzeczywistości.

To w jaki sposób zainteresowałeś się tym sportem?

Zaczęło się od huskiego, który był psem z przypadku. Ale poczytałem, że husky to taki pies zaprzęgowy, więc pomyślałem: „a co ma tak siedzieć w domu?”. Wziąłem rower i zacząłem z nim jeździć – czasem 15, czasem 20 km, nie mając pojęcia o bikejoringu.

Potem poznałem ludzi, którzy w trójmieście uprawiali sport zaprzęgowy w lasach. Chodziłem do nich na treningi. Zadawałem 1500 pytań. Startowałem w pierwszych zawodach, jeździłem też jako pomocnik na zawody. Zawsze miałem duszę sportowca, a oni dusze traperów. To znaczy ich trening wyglądał tak, że najpierw były kiełbaski i browar przy ognisku, potem część coś tam potrenowała z psami, a potem znów kiełbaski, browar, ognisko. Dla mnie to było bez sensu. Jadę na trening, trenuję i wracam do domu. A oni, wiesz, opowieści o wilkach na dalekiej północy, co drugi pies miał na imię Pędząca Strzała… To nie była moja bajka.

A ile masz psów teraz.

Czternaście.

Były jakieś donosy, że męczysz psy? Ktoś Cię nachodził, dopytywał? Jakieś interwencje z organizacji zajmujących się ochroną praw zwierząt?

Jasne, że miałem. Czasem przychodzą i pytają, co ja np. robię z psami, które już nie mogą biegać? A co miałbym robić? Przemielić na karmę? Biegają sobie razem z innymi po podwórku. Mają budy i 1000 m2 dla siebie.

Ostatnio przedzieliłem teren na pół, żeby tym starszym już, spokojniejszym zapewnić komfort, bo te młodsze mają mnóstwo energii. Z kolei jeden dwunastolatek i trzynastolatka śpią w domu przy kominku. Mają problemy z kręgosłupem.

Kontuzja sportowa?

Nie, jakieś osobnicze cechy. Dyski im wypadają. Oba będą miały operację na stabilizację tych dysków. Może im je podszlifują albo usuną któryś, bo uciskają na rdzeń kręgowy? To jest cholernie bolesne, widać to po ich chodzie. Ale mam jeszcze starsze psy, które wciąż biegają w zawodach i mają się świetnie. Zresztą z tych dwóch chorych, jeden to kundelek Pit, który nigdy nie biegał w zaprzęgu. Próbowałem go dwa czy trzy razy uczyć, jak był młody, ale nie przejawiał najmniejszego zainteresowania. Więc odpuściłem. Ale na treningi jeździ ze wszystkimi. Puszczam go luzem, to się szwenda.

Słyszałem, że angażujesz się też w akcje pomocy psom z gminy…

Nie, nie angażuję się. Czasem coś tam pomogę albo, jak wczoraj, zawiozę karmę do schroniska w Tczewie, ale rzadko. Zdarzało mi się też parę razy zbierać z ulicy psa potrąconego.

Miałem okazję poznać Sabę, którą wyciągnąłeś ze strasznej biedy.

Eee… to tak przypadkiem. Zresztą sam niewiele pomogłem. Jest w domu tymczasowym w Gdańsku. Przeszła operację i wkrótce będziemy jej szukać nowego domu.

To rzeczywiście się nie angażujesz… Wróćmy jednak do sportów zaprzęgowych. Jesteście zrzeszeni w jakimś związku?

Tak, Polski Sportowy Związek Psich Zaprzęgów. To taki sam związek jak Polski Związek Lekkiej Atletyki. Z tym że jesteśmy inaczej postrzegani przez państwo. W zeszłym roku dostaliśmy dziewięćdziesiąt tysięcy złotych na cały związek, czyli na sześciuset zawodników, kilka klubów, sędziów... Z tego mają mi wypłacać jeszcze stypendium za wybitne osiągnięcia sportowe – 500 złotych. A dziewięćdziesiąt tysięcy to pewnie tyle, ile przeciętnie zarabia piłkarz drugiej ligi.

Na świecie podlegamy pod International Federation of Sleddog Sport (Międzynarodową Federację Sportów Psów Zaprzęgowych), założoną w 1992 r., ale tradycja sportów zaprzęgowych sięga już 100 lat. Pierwsze zawody rozegrane zostały na początku XX wieku. Jak kiedyś byłem u znajomych na zawodach w Norwegii, dostałem od nich broszurę o ich klubie, którą wydali na stulecie ich klubu! Tam są tradycje. Ale tam to nic nadzwyczajnego, że biegasz z psami.

Więc Skandynawowie to czołówka?

Tak, z tym że Kanadyjczycy i Alaskańczycy królują na długich dystansach – około 200 km, czasem i dłuższe. Mają do tego odpowiednie przestrzenie.

Jednak te długie dystanse mają mało wspólnego ze sportem. Nie dba się tam o szczegóły, zasady. Zawodnik ma 100 psów w kenelu oraz ludzi, którzy ci te psy trenują. Potem z setki wybierają 20 najlepszych i z nimi jedziesz na zawody. Tam liczy się dobra selekcja psów i przetrwanie w trudnych warunkach. Mistrzostwa świata czy Europy, na które jeżdżę z psami, to są krótkie dystanse. Maksymalnie kilkudziesięciokilometrowe, góra do 100 km. Największa frekwencja jest jednak na sprincie. Na dystansach około pięcio-, dziesięcio- i piętnastokilometrowych startują setki ludzi. Zdecydowanie łatwiej przygotować psa na krótszy dystans, ale konkurencja też jest znacznie większa. Tu ważniejsza jest twoja wydolność fizyczna, psy biegają na dużych prędkościach i liczą się czasem setne sekundy. W zeszłym roku w listopadzie na mistrzostwach świata na drugim etapie miałem sekundę przewagi nad 4 miejscem, do drugiego miejsca zabrakło mi jednej tysięcznej sekundy, a do pierwszego jednej setnej.

Teraz wróciłem z zawodów w Alpach, w których zupełnie mi nie poszło. Ludzie, którzy pomagają przy starcie, moi znajomi z Polski, nie przytrzymali mi dobrze psów i się splątały tuż przed startem. Psy się rwały do biegu, a oni nie przytrzymali odpowiednio, lina się wkręciła w łapy i pozamiatane. Ruszyłem minutę za wszystkimi. Na starcie było już pusto. Byłem wnerwiony jak nigdy. Ostatecznie mój czas przejazdu netto był najlepszy, ale tu formuła była – kto pierwszy na kresce, ten zwycięża. A ja wjechałem jako dziesiąty.

Jak to? To nie liczy się czas przejazdu?

Formuła jazdy na czas czy to w bikejoring, czy saniach wygląda tak, że startujemy co pół minuty albo co minutę i wtedy liczy się rzeczywisty czas przejazdu. Ale jest jeszcze formuła startu masowego, czyli 20-30 najszybszych zawodników zaczyna z reguły z dwóch, trzech linii startowych. Zależy jak pozwala teren. I jak w wyścigu kolarskim – kto pierwszy na mecie, ten wygrywa. Bez względu na czas przejazdu. Oczywiście bardziej wiarygodne i określające poziom zawodnika są jazdy na czas. Tam nie oszukasz, niczego nie wykombinujesz. A w starcie masowym są te dodatkowe kwestie i zdarzenia, że w kogoś wjedziesz albo ktoś w ciebie, komuś drogę zajadą, ktoś zostanie zepchany w głęboki śnieg. Natomiast jazda na czas pokazuje jak rzeczywiście jesteś wytrenowany.

A jak wygląda logistyka wyjazdów na zawody poza Europę. Latałeś przecież kilka razy do Kanady?

To jest dosyć skomplikowane. Trzeba zabrać mnóstwo sprzętu, 6-8 psów. Na psy trzeba dostać specjalne pozwolenie od danej linii lotniczej, każdy musi być w oddzielnej klatce. To nie jest tak, że przyjeżdżasz i mówisz: „Dzień dobry, poproszę bilet do Kanady dla mnie i ośmiu psów…”, w ten sposób się nie da. Dwa-trzy miesiące wcześniej musisz sobie to wszystko ogarnąć. Bo lot to jedno, ale potem musisz zorganizować sobie jakąś mniejszą ciężarówkę, ewentualnie większego busa, który podjedzie na lotnisko. Trzeba wrzucić klatki, jedzenie, sanie, sprzęt i wszystko, czego potrzebujesz na 3 tygodnie.

Więc to strasznie drogie zajęcie?

Cholernie dużo kasy. Żeby polecieć na pierwsze zawody do Kanady, które zresztą przegrałem, to myśmy z moją dziewczyną sprzedali kawalerkę... Całe szczęście kasy starczyło jeszcze na sprzęt i na kolejne zawody po roku, które już wygrałem. Poleciałem mądrzejszy o pewne doświadczenia i właśnie w tym 2009 r. w Kanadzie zgarnąłem już 2 złote medale w mistrzostwach świata.

A za zwycięstwo są jakieś konkretne gratyfikacje finansowe?

Nie, żadnych. Wróciłem do kraju i dostałem 2 tysiące złotych nagrody.

To starczyło chociaż na przelot jednego psa?

Prawie. Jedna klatka w dwie strony przelotu kosztowała 600 euro, więc jeszcze trochę zabrakło. No, ale w 2015 r. od Ministerstwa Sportu dostałem 960 zł brutto minus podatek plus dyplom za wybitne osiągnięcia sportowe…

To w jaki sposób zarabiasz na wyjazdy i utrzymanie siebie z psami?

Miałem firmę wspinaczkową, o której już mówiłem. Potem zaś nauczyłem się zarabiać na tym, co jest wokół sportu zaprzęgowego. Kontrakty sponsorskie nie dają mi zarobku, ale utrzymują mój zaprzęg – weterynaria, sprzęt, leki, żarcie. Czyli psy są w stanie na siebie zarobić. Zrobiłem też uprawnienia trenerskie w tym sporcie i trenuję zawodników i psy w Polsce i za granicą. Teraz właściwie to tylko za granicą.

Na początku kwietnia lecę z jednym psem i rowerem na Teneryfę, trenować w górach tamtejszych zawodników. Do tego mam swoją firmę, w której produkujemy sprzęt do wyścigów i zaprzęgów. Mam też linię suplementów dla psów sportowych plus linię weterynaryjną. Nie jest to wielka kasa, ale biznes z roku na rok coraz bardziej się rozwija. To, że robię wyniki powoduje, że ludzie chcą ode mnie kupować sprzęt. Dzięki temu też jestem zapraszany jako trener. Bez wyników nie byłbym autorytetem, jeśli chodzi o sprzęt czy trening. Kiedy ludzie widzą, że na tym sprzęcie wygrywam, to chcą go kupić ode mnie. Na tym właśnie się zarabia w sporcie zaprzęgowym.

Czy na żadnych zawodach, mistrzostwach nie ma nagrody pieniężnej?

Raz w życiu dostałem kasę za zawody, w 2014 r. w Rosji! Oczywiście jak to w Rosji – wszystko jest inaczej. Zająłem pierwsze miejsce i dostałem 3 tysięcy euro.

Na żadnej innej imprezie czy to mistrzostwach Europy lub świata, nie ma nagrody finansowej. Jedziesz po oficjalny tytuł i to jest twoja nagroda. No i nie zapominajmy, wracasz do kraju i dostajesz 960 zł minus podatek, jeśli jesteś Polakiem.

W Norwegii dostaje się 4 tysiące euro miesięcznie przez dwa lata. I taka jest różnica. Ale z kolei jak jesteś Francuzem, wrócisz z medalem do kraju, gdzie sport ten jest dosyć mocno rozwinięty, nic nie dostaniesz. Czasem to się różni nawet w zależności od części kraju, w którym mieszkasz – w Kanadzie zawodnik ze stanu Ontario nie dostanie złamanego grosza za swoje osiągnięcia, a zawodnik ze stanu Quebec, gdzie ten sport jest bardziej rozpoznawalny dostanie gratyfikacje finansowe, bo tam ten sport jest bardziej popularny, więc uznawany i doceniany. W Czechach zawodnicy nie dostaną żadnej korony, choć reprezentują znacznie wyższy poziom niż w Polsce. W krajach wiodących w zaprzęgach – w Norwegii i Szwecji państwo daje sporo pieniędzy, ale już w Finlandii, która jest na równym poziomie ze Szwecją i Norwegią, nie dostają pieniędzy żadnych. A w Rosji, wiadomo, indywidualni zawodnicy, czy całe kluby dostają od państwa wielkie wsparcie finansowe, a inni nie dostają nic. Zależy, jakie kto ma układy.

A jest jakaś generalna klasyfikacja zawodników w poszczególnych dyscyplinach sportów zaprzęgowych?

Jest puchar świata, ale żeby liczyć się w tym rankingu, to trzeba mieć naprawdę dużą kasę na wszystkie wyjazdy. Ja biorę udział w 2-3 takich zawodach z pucharu świata w ciągu roku, więc nawet jak je wygrywam, to nie mam szans na lidera, bo inni uzbierają punkty z 10 innych zawodów, na których mnie nie ma. Dlatego nastawiam się zawsze na mistrzostwa Europy i świata. To są najbardziej prestiżowe zawody.

Jak często organizowane są mistrzostwa świata i Europy?

Obrazek

Igor Tracz. Fot. Dariusz Gdaniec

Mistrzostwa świata są co dwa lata, czyli w jednym roku mistrzostwa świata na śniegu i bez śniegu, potem rok przerwy i znów śnieg i bezśnieg. Mistrzostwa Europy są co roku też w obu formułach. Bikejoring oczywiście jest tylko w bezśnieżnych warunkach. Czasem mistrzostwa poszczególnych dyscyplin są oddzielne. Na przykład w tym roku, w drugiej połowie października, będą mistrzostwa świata bikejoringu w Lubieszowie koło Kędzierzyna-Koźla. Przyjedzie masa ludzi z całego świata, którzy ścigają się tylko na rowerach z psami. W innych krajach też często są to mało znane miejsca. Szkoda, że nie organizuje się takich mistrzostw np. na hipodromie w Sopocie, gdzie mogłoby przyjść kilka albo nawet kilkanaście tysięcy ludzi. A to się dobrze ogląda. Jedyne transmisje jaką widziałem, robił Eurosport z wyścigów w Skandynawii. Na żywo! No, ale może będzie lepiej, bo jedna z dyscyplin sportów zaprzęgowych, skijoring (narciarz biegowy plus pies) wchodzi za 4 lata na olimpiadę!

Będziesz startował?

Nie, ja nie biorę udziału w zawodach skijoringu. Przygotowuję tylko zawodników i ich psy jako trener. Znajomi wprawdzie namawiali mnie, żebym się przygotował do olimpiady i wystartował, że przecież w 4 lata mogę dobrze nauczyć się jeździć na nartach biegowych. Jasne, mogę się nauczyć, ale nie na tym poziomie, żeby rywalizować ze Skandynawami. Oni mają doskonałe kadry, w których ścigają się byli olimpijczycy z biegów narciarskich, trenujący od 7 roku życia. Więc z czym do ludzi? Może zaangażuję się jako trener zawodników lub psów, ale na pewno nie będę startował. Wolę pojechać jako trener niż zawodnik, który będzie pod koniec stawki. Ale za 8 lat pojadę na olimpiadę w zaprzęgach, bo drugim krokiem będzie wprowadzenie na olimpiadę zaprzęgów.

Słyszałeś, żeby zawodnicy z innych krajów też mieli takie przygody z bracią łowiecką?

Tak, kilka osób, głównie z Francji i Szwecji.

A sami myśliwi do Ciebie dzwonili? Miałeś po zdarzeniu z myśliwymi jakieś nieprzyjemne telefony, maile?

Nie, ani jednego. Tylko komentarze w necie. Ale nikt nie wziął telefonu i nie zwyzywał mnie przez słuchawkę. Miałem za to pozytywne telefony. I to od myśliwych, którzy mówili, że trzeba wreszcie zrobić porządek w ich szeregach, bo to jest masakra, jak wielu ich kolegów z PZŁ się zachowuje. Zresztą to jest żenujące, że ci ludzie nie mają obowiązku przechodzić lekarskich badań okresowych.

Dzisiaj właśnie o tym mają dyskutować w senacie.

Oby przeszło! To paranoja, że człowiek przez 50 lat biega z bronią po lesie, przestrzeni dostępnej dla wszystkich, i nie sprawdza się jego stanu zdrowia fizycznego i psychicznego. A to powinien być standard. Przykre to jest. Dzięki całej tej akcji dowiedziałem się więcej o myśliwych i ich „tradycjach”. I choć nigdy nie byłem aktywistą, wkurzali mnie, bo jako „wybrana” grupa mogą wjeżdżać do lasu, rozjeżdżać ścieżki itd.

Ale po spotkaniu z nimi w lesie zacząłem dowiadywać się więcej, śledzę wiadomości o nowelizacji i mam nadzieję, że uda się ją przegłosować na korzyść społeczeństwa. W końcu lasy są dla wszystkich.

Dziękuję za rozmowę.

Igor Tracz – wielokrotny mistrz Polski, Europy i świata w wyścigach psich zaprzęgów, zarówno w warunkach śnieżnych, jak i bezśnieżnych, a także na rowerze z jednym psem, czyli bikejoringu. Trener kadry młodzieżowej.