Miesięcznik Dzikie Życie

4/310 2020 Kwiecień 2020

Ostatni Bunt

Krzysztof Wojciechowski

Niemałym zaskoczeniem było dla mnie, kiedy w skrzynce na listy zastałem białą kopertę z pieczątką Towarzystwa Wolnej Wszechnicy Polskiej. Jej rozmiar (A4) budził jeszcze większą nadzieję. Z instytucji tej przez ostatnich kilkanaście lat otrzymywałem tylko jednego rodzaju przesyłki. Były to kolejne numery czasopisma „Bunt Młodych Duchem” wydawanego przez niestrudzonego prof. Zbigniewa T. Wierzbickiego. Ale czasopismo to przestało być wydawane już 3 lata temu wraz z odejściem z tego świata niemal wiekowego jej założyciela. A tu taka niespodzianka.

Obrazek

Otwieram. Istotnie kolejny numer „Buntu”, z którego okładki patrzą na mnie roziskrzone oczy prof. Wierzbickiego. W środku wszystko po staremu: trybuna historyczna jest, trybuna polsko-niemiecka jest, trybuna polsko-rosyjska też, ba nawet notatnik „szalonego” ekumenisty Jana Turnaua również jest jak dawniej. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie duży biały napis na okładce „NUMER 100 – OSTATNI”. Z ciężkim sercem zagłębiam się w lekturę. A numer otwiera cały blok (a nawet dwa) poświęcone prof. Wierzbickiemu i jego rodzinie. Redaktor Jacek Giebułtowicz relacjonuje sympozjum, które odbyło się rok temu w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. W 100 rocznicę urodzin prof. Wierzbickiego pracownicy Instytutu udowodnili, że pamiętają o swym wielkim poprzedniku, choć pracował tam ćwierć wieku temu. W trakcie sympozjum odsłonięta została tablica pamiątkowa w sali poświęconej Profesorowi. Przy tej okazji red. Giebułtowicz wspomina o bezowocnych niestety staraniach o nadanie sędziwemu i zasłużonemu profesorowi Orderu Orła Białego. Istotnie, w czym prof. Wierzbicki był gorszy od Adama Michnika, Bronisława Wildsteina, czy serialowego Gustlika (Franciszka Pieczki) – z całym rzecz jasna szacunkiem dla wszystkich wymienionych – do dziś pojąć nie mogę. Może nie zapomniano mu zaangażowania w obronę doliny Rospudy? A może uznano, że wydawane pod redakcją Profesora „za komuny” w nakładzie 100 000 egz. czasopismo „Zdrowie i Trzeźwość” promujące trzeźwość w narodzie nie znaczy tyle co podziemne pisemko „drukowane” na powielaczu? Tego się już nie dowiemy. Z drugiej zaś strony, skoro np. Krzyże Zasługi są dziś przyznawane niewiastom (w tym wypadku jakże trafne jest staropolskie znaczenie tego słowa), które mają problemy z zakwalifikowaniem człowieka jak gatunku, czy też ptaków, do właściwej jednostki systematycznej, to może i lepiej zostać w grupie pod hasłem: „za nasze poglądy nie dają nagród”.

Artykuł red. Giebułtowicza zdobi w tej chwili już kultowe zdjęcie 88-letniego prof. Wierzbickiego z obrońcami doliny Rospudy. Można je potraktować jako swego rodzaju preludium do kolejnego artykułu autorstwa prof. Włodzimierza Wincławskiego z UMK w Toruniu pt. „Profesor Zbigniew T. Wierzbicki – życie spełnione”. Autor podkreśla w nim, że „Znaczący jest wkład Profesora w dzieło ochrony ojczystej przyrody. Od połowy lat pięćdziesiątych pisał krytyczne teksty na temat niekontrolowanego rozwoju turystyki, a wkrótce także na jej komercjalizację, co skutkowało destrukcyjnym wpływem na przyrodę. Już od lat sześćdziesiątych brał udział w organizowanych akcjach społecznych na rzecz ochrony Puszczy Białowieskiej, Bieszczad, Wielkopolskiego Parku Narodowego odsłaniając przy okazji działania korupcyjne elit państwowo-biurokratycznych. (...). Interweniował u decydentów, u władzy centralnej i lokalnej w sprawie dokonującej się w kraju dewastacji środowiska naturalnego – pisał do władz listy, wysyłał petycje (zbierał podpisy zainteresowanych osób), współorganizował uliczne wiece protestacyjne”. A niejako dopełnienie i wzmocnienie tego znajdziemy w kolejnym artykule w ostatnim numerze „Buntu”. Elżbieta Tobolska (również z toruńskiej wszechnicy) „odkrywa dusze i emocje” zawarte w listach prof. Wierzbickiego. W pracy na ten temat pisze: „Jeśli zdarzają się [w listach prof. Wierzbickiego – przyp. K.W.] fragmenty o zabarwieniu emotywnym (…) zwykle dotyczą sfer, które tak mocno dotykały Wierzbickiego, jak np. kwestia ochrony środowiska. W roku 1980 zajmowała Profesora sprawa zagospodarowania przestrzennego Tatrzańskiego Parku Narodowego; w listach z tamtego okresu używał pojęcia przestępstwa ekologiczne, demoralizacja społeczna młodzieży, która miała następować w skutek niszczenia środowiska naturalnego”. I nie dziwią te zasadnicze stwierdzenia Profesora, skoro bez mała ćwierć wieku wcześniej, na pożółkłych już dziś stronach zeszytu 4 (1956) czasopisma „Chrońmy przyrodę ojczystą”, w artykule „W sprawie turystyki w Tatrach”, pisał: „Tatry, jako szczególne dobro całego narodu muszą być przedmiotem specjalnej ochrony (…) w polityce tatrzańskiej obowiązuje jak najdalej posunięte ograniczenie urządzeń techniczno-cywilizacyjnych (…) należy dążyć do usunięcia z Tatr Wysokich kolejki na Kasprowy (…) należy koniecznie podjąć prace zmierzające do usunięcia zniszczeń przyrody Tatr oraz do naprawy tych wszelkich błędów popełnionych w Tatrach, które naprawić się jeszcze dadzą (…) potrzeby sportu muszą ustąpić na plan drugi przed realizacją głównych celów Tatrzańskiego Parku Narodowego (…) Zakopane… w żadnym razie nie może spełniać roli wesołego miasteczka” itd., itp. Niestety wiemy jednak, że w tej kwestii sprawdził się „scenariusz” zawarty w wydanej ledwie trzy lata wcześniej (przed opisywanym numerem „Chrońmy przyrodę ojczystą”) książeczce „Tatry” autorstwa innego, będącego wówczas na przymusowej emigracji, miłośnika tych gór – Ferdynanda Goetla, który pisał: „Tatry dla wszystkich! – wołano nie zważając na zatłoczenie gór zaborczą i niewybredną gawiedzią, która wypierała z Tatr ciszę i przyrodę, a zniszczeń zauważyć nie mogła rada samej sobie”. Do dziś zresztą to ona panuje w Tatrach i Zakopanem…

W ostatnim numerze „Buntu” znajdzie czytelnik wiele jeszcze ciekawych treści wydrukowanych po raz ostatni…

Zakończenie wydawania „Buntu” traktuję jako koniec pewnej epoki. A smutno jest patrzeć na koniec epoki, której narodzin również było się świadkiem. Ileż to entuzjazmu było w roku 2001, kiedy to ukazał się pierwszy numer „Buntu”, ile nadziei i nieskrywanej radości z tego, że rodzi się nowe czasopismo redagowane przez człowieka „naszego” ponad wszelką wątpliwość. I „Bunt” nigdy tych naszych nadziei i oczekiwań nie zawiódł. Każdy nowy numer był dla mnie jak powiew świeżości… spojrzenia na wiele istotnych kwestii, nie tylko ekologicznych, ale i etnograficznych, historycznych czy „wschodnich”. Cieszyła też oryginalność treści, bo w której gazecie znajdziemy trybunę polsko-serbołużycką albo gdzie jeszcze przeczytamy o ojcu Aleksandrze Mieniu? Postać zacnego księdza Jana Ziei dopiero dziś uznana została za godną nakręcenia o niej filmu, a prof. Wierzbicki pisma ks. Jana drukował w „Buncie” już kilkanaście lat temu. I to co dla mnie najważniejsze: „Bunt” zawsze stawał po właściwej stronie. Jego redaktor, prawdziwy patriota, nigdy nie miał wątpliwości, że przyroda jest również nieodzowną składową ojczyzny i jako taką należy ją wszelkimi sposobami chronić. Nie przeczytaliśmy zatem nigdy w „Buncie” o ekoterrorystach, ekologistach, zielonych nazistach itp. co nierzadko dziś przeczytać możemy w gazetach mieniących się patriotycznymi. Na odwrót, o wszystkich ważnych kampaniach w ochronie ojczystej przyrody „Bunt” informował rzetelnie, zaś obrona doliny Rospudy stała się nawet tematem okładkowym numeru 1(2007) z jakże wymownym tytułem „Barbarzyńcy ekologiczni chcą zniszczyć Rospudę”.

To, że „Bunt” nie będzie wydawany w pewnym sensie jest porażką nas wszystkich (może i nielicznych), dla których idee, którym hołdowało to czasopismo były zawsze bliskie. To porażka myśli pozytywistycznej, porażka systematycznej, solidnej pracy organicznej, która wydaje się przegrywać z „fajerwerkami” domorosłych „autorytetów” i „ekspertów”, za którymi stoją media publiczne czy kościelno-prywatne. Porażka holistycznego i trzeźwego myślenia o ojczyźnie, na rzecz podejścia partyjno-plemiennego, dzięki któremu tak łatwo manipulować społeczeństwem. I tu chyba każdy z nas powinien się mocno uderzyć w pierś. Prof. Wierzbicki zaczął wydawać „Bunt” mając 82 lata, i za jego życia i dzięki entuzjazmowi tego staruszka gazeta przez kilkanaście lat wychodziła, nam – o wiele młodszym – nie udało się jej utrzymać. Teraz już jej nie będzie zapewne nawet w wersji elektronicznej. I choć „Bunt” zawsze był czasopismem niszowym, to jednak jego zniknięcie będzie stratą wielką. Zostanie bowiem niezapełniona nisza, której chyba też i nikt… nie kwapi się zapełnić... Szkoda, wielka szkoda.

Krzysztof Wojciechowski